Doczytania. Blog Grzegorza Krzymianowskiego

„pisarz nie potrafi zmienić świata, nie może nawet uczynić go gorszym” (I.B.Singer)

Arbeit macht frei

Steve Sem-Sandberg

Biedni ludzie z miasta Łodzi

przeł. Mariusz Kalinowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011

Istnieją książki, od których się choruje. Albo które sprawiają, że człowiek staje wobec nich bezradny. Biedni ludzi z miasta Łodzi Sem-Sandberga należą do tej kategorii dzieł – czyta się je z uczuciem wzrastającej duszności. Pewne ludzkie doświadczenia zamieniają bowiem nasz język w marnej jakości protezę, a wszystko, co się na ich temat powie, nieodwołalnie staje się jakimś substytutem, namiastką tego, co powiedziane być powinno. Przemyślanie rzeczy do końca – tym bardziej zaś wypowiedzenie ich do końca – nie leży bowiem w naszym, człowieczym, charakterze. Co więcej, jest, zdaje się, w ogóle poza granicami ludzkich możliwości. Dlatego trzeba naprawdę wielkiej odwagi, by się z podobnymi tematami mierzyć; żeby podjąć się pisania tam, gdzie zasadniczo na pismo nie ma miejsca.

Mimo to o Zagładzie opowiada się często i na bardzo różne sposoby – operując liczbami i faktami (jak Hilberg w Zagładzie Żydów), oddając głos tym, którzy uczestniczyli w niej, stojąc po jednej lub drugiej stronie śmierci (co zrobił np. Claude Lanzmann w swoim dokumencie Shoah), fabularyzując Holocaust (Łaskawe Littella), w końcu relacjonując własne doświadczenia, głównie we wspomnieniach, rzadziej w formie pamiętnika. Sem-Sandberg, szwedzki autor, który ma w swoim dorobku choćby biografię Mileny Jesenskiej, nieszczęsnej przyjaciółki Kafki, a później ofiary Konzentrationslager Ravensbrück, porwał się natomiast na rzecz zgoła niezwykłą – powziął zamiar sfabularyzowania całej historii łódzkiego getta, od jego powstania aż po ostatnie dni jego istnienia w sierpniu 1944 roku, a nawet przedstawienia losów tego miasta-widma, w które Ghetto Litzmannstadt zamieniło się po likwidacji.

Już sam pomysł, by opowiedzieć historię pewnej zbiorowości, wydaje się ryzykowny, zwłaszcza jeśli ma to być portret społeczności, która bydlęcymi wagonami odjechała poza horyzont ludzkiego myślenia. Jak bowiem przedstawić losy ludzi zamienionych najczęściej w suche liczby raportów sporządzanych w getcie? Dodatkowo w przypadku zjawiska takiego, jak Zagłada (czy da się bowiem nazwać Zagładę wydarzeniem?) paraliżuje nas – a może terroryzuje? – prawda. Tyle że prawda to kategoria bardzo podejrzana, zwłaszcza w przypadku literatury. Literatura nie posługuje się prawdą w sposób, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni, co więcej, literatura ma to do siebie, że respektuje tylko jeden rodzaj prawdy – swoją własną. A prawda literacka nie opiera się na świadectwach i dokumentach, lecz staje się lub nie w zależności od tego, jak bardzo spójne i autentyczne (co nie jest bynajmniej, dodajmy dla porządku, synonimem terminu „realistyczne”) wydaje się dane dzieło.

Nie ulega wątpliwości, że potężnych rozmiarów i zamiarów książka Sem-Sandberga to przede wszystkim literacka opowieść o getcie, a dopiero w dalszej kolejności dzieło historyczne. I tak też – z perspektywy literatury, a nie historii – traktuje tak zwaną prawdę historyczną. Autor respektuje ją, cały czas się na niej wspiera, traktuje jako budulec, ale i modyfikuje, bez przerwy modeluje, dolepia składowe, tak by powstało coś, co możliwe jest tylko w literaturze – spoista, mimo że złożona z rozbitych kawałków ludzkich losów, historia. Pod tym względem Sem-Sandberg odnosi sukces – jego książka poraża literacką autentycznością, co nie znaczy oczywiście, powtórzmy to na wszelki wypadek, że musi być bezwzględnie wierna faktom.

*

Pierwszoplanową postacią Biednych ludzi… jest oczywiście Chaim Rumkowski. Nie ma w tym nic dziwnego – łódzkie getto i on to jakby jeden organizm. Rumkowski getta oczywiście nie stworzył, ale to on sprawił, że stało się tym, czym było – karnym zakładem produkcyjnym. Postać Prezesa, nad którym nie tak dawno sąd przeprowadzał Andrzej Bart w swojej Fabryce muchołapek, musi wzbudzać skrajne – i sprzeczne – emocje. Bo miał władzę nieomal dyktatorską, a w każdym razie pragnął ją mieć. Bo był z usposobienia tyranem, terroryzującym otoczenie i wymagającym bezwzględnego posłuszeństwa. Bo rozdzielał własnoręcznie życie i śmierć. „Najgorsze było, że się nigdy nie wiedziało, kim Prezes będzie z momentu na moment. Albo raczej: w jakiej postaci się objawi” – stwierdza w pewnym momencie jeden z wielu narratorów Biednych ludzi…

W dziele Sem-Sandberga mamy do czynienia z oszustem, który zostaje zdegradowany przez historię do roli poręcznego i posłusznego narzędzia i który ponosi zasłużoną – z naszej perspektywy zasłużoną – klęskę za to, że pozwolił mamić się imaginacji. Ale obserwujemy też kogoś, kto został zdradzony przez własne marzenie, kogoś, kto zawierzył swej wyobraźni do tego stopnia, że oślepł na rzeczywistość – tak, że poczuł się jakimś nowym Mojżeszem, istotą nieomal nadludzką, namaszczoną, by przeprowadzić swój lud przez morze Zagłady.

Marzyło mu się, mówił, że pokaże władzom, jakimi zdolnymi robotnikami są Żydzi […] A wtedy także inne części Łodzi zostałyby włączone do getta i już po wojnie władze byłyby zmuszone uznać getto za miejsce szczególne. […] A kiedy Niemcy to dostrzegą, nadadzą gettu status protektoratu w ramach tej części Polski, która została wcielona do Rzeszy. Powstanie wolne państwo żydowskie pod zwierzchnictwem Niemiec, którego wolność będzie opłacana ciężką, uczciwą pracą.

Rumkowskiego wiara w pracę była tak potężna, że współgrała niemal z wydźwiękiem przewrotnego napisu na oświęcimskiej bramie: Arbeit macht frei. Prawdopodobnie właśnie na skutek owej wiary Prezesa w żadnym innym chyba miejscu to jedno z najbardziej diabelskich haseł, jakie ukuł człowiek dla maskowania swych przewrotnych zamiarów, nie było równie aktualne, jak właśnie w łódzkim getcie. „To miasto pracy, Herr Reichfűhrer – na kartach powieści tłumaczy Rumkowski wizytującemu jego królestwo Himmlerowi – i będziemy pracować tak długo, aż spłacimy nasz dług wobec was”.

Książka Sem-Sandberga to opowieść, ale również sąd, choć nie tak spektakularny jak pozaziemska rozprawa Barta. Jest to wszakże sąd sprawowany przez kogoś, kto ma świadomość, że rozprawa nie może przynieść sprawiedliwości, bo nie ma takich miar, którymi dałoby się mierzyć ludzi postawionych wobec absolutnie nieludzkich okoliczności. „A może nie było różnicy między świadomym zamiarem a bezwiednym wyborem” – to zdanie stanowi prawdopodobnie klucz do rozumienia całości. Nie znaczy to jednak, że Szwed stara się Prezesa z czegokolwiek usprawiedliwiać. Rumkowski z Biednych ludzi… to kreatura zlepiona ze swoich chorobliwych ambicji, kompleksów, porażek i obrzydliwości; ale to również kanalia działająca w warunkach niemożliwych, w których każda decyzja jest decyzją złą.

Z całości wyłania się historia samowładcy rządzącego wyimaginowanym królestwem, obraz arcykłamcy, manipulującego swymi poddanymi; ale też istoty okłamanej, która dawała się zwodzić swoim coraz bardziej bezpodstawnym nadziejom: „Wielki Chaim przechadzał się po swoim kłamstwie jak cesarz po swoim pałacu”. Przede wszystkim jednak Rumkowski jest przedstawiany przez Sem-Sandberga jako człowiek wystawiony na zbyt wiele – zbyt wiele nieludzkich dylematów, pokus, będących udziałem szafarza życia i śmierci, i władzy, która może prawdopodobnie sprowadzić na każdego człowieka zawroty głowy właściwe bogom.

Szwedzki autor, pracując na rumowisku przeszłości, wśród odprysków ludzkiej pamięci, świadectw skalanych świadomością konsekwencji działań i decyzji „króla getta”, postawił sobie zatem ambitny cel – przedrzeć się przez polepione warstwy czasu i dotrzeć do prawdy, własnej prawdy, o tajemnicy Rumkowskiego. Bo lektura Biednych ludzi… prowadzi ostatecznie do jednego, niezbyt oryginalnego wniosku – podobne dzieło, rekonstrukcja osobowości, rekonstrukcja intencji, po prostu nie może się powieść, ponieważ w przeszłości nie ma prostych faktów, do których można by się dokopać. Sem-Sandberg, świadomie lub nie, dowodzi, że prawda to idealistyczny wymysł naszych zrozpaczonych umysłów, dążących do narzucenia światu, to jest naszym życiom, jakichś form, w których dałoby się rozeznać. Prawda o człowieku, także prawda o Chaimie Rumkowskim, jest jak mokry piasek – każdy lepi z niej, co tylko chce.

Sem-Sandberg stworzył w Biednych ludziach… postać tyleż ohydną, co tragiczną, przedstawił historię człowieka, który podpisał cyrograf z diabłem, licząc – jak wszyscy jemu podobni – że przechytrzy Księcia Kłamstwa, by na koniec przekonać się, że sam został okpiony. Kończąc zaś temat Rumkowskiego, trzeba za Sem-Sandbergiem postawić jeszcze jedno pytanie: jak byłby oceniany Przewodniczący, gdyby nie wybuchło Powstanie Warszawskie (a wybuchnąć przecież nie musiało), Armia Czerwona nie wstrzymała latem 1944 roku swojej ofensywy i Niemcy nie zdążyli w tak planowy sposób przeprowadzić „ewakuacji” łódzkiego getta? Ludzkie życia pisane są nie tylko naszymi decyzjami – kto wie, czy w nie większym stopniu zależą od okoliczności, na które nie mamy najmniejszego wpływu…

*

Oczywiście, jak to zostało wcześniej zasygnalizowane, Biedni ludzie… to nie tylko opowieść o Chaimie Rumkowskim, lecz portret zbiorowości, rodzaj reportażu z getta, w którym co i rusz zmienia się perspektywa, punkt widzenia, miejsce obserwacji. Sem-Sandberg prowadzi nas bowiem przez całą historię łódzkiego getta za pośrednictwem kilku przewodników, wprowadzających nie tylko w pałace elity, lecz również do śmierdzących nor i spowitych w mrok zaułków. Posiłkując się wieloma punktami widzenia, Sem-Sandberg portretuje życie getta – oficjalne i podskórne, przedstawia zarówno rauty z udziałem członków Judenratu, jak i zabiegi tych, którzy próbowali przeżyć, mając do dyspozycji jedynie racje dystrybuowane przez administrację.

Szwed klei swą opowieść z relacji, dokumentów, pamiętników, a także domniemań i wyobraźni, a robi to w taki sposób, że właściwie nie widać wiązań między elementami składowymi jego dzieła. Sam usuwa się w cień, jest przezroczysty, kompletnie nie widać go zza parawanu słów – jakby przyjął na siebie rolę pośrednika między czytelnikiem a bohaterami tragedii, którą relacjonuje. Książka ma wielu narratorów, którzy z wolna od niej odpadają – zupełnie jak suche liście – gdy zbliży się do nich śmierć. Milkną jeden po drugim, w końcu scenę opuszcza nawet Rumkowski, uwożony wraz z rodziną w nicość. Ostatecznie pozostaje miasto – pusty artefakt obserwowany oczyma jednego z nielicznych ukrywających się w nim mieszkańców.

Paradoksalnie prawdziwi winni, Niemcy, w Biednych ludziach… pojawiają się w rolach jakby drugoplanowych, co najwyżej jako występujące zza kulis getta furie, apodyktyczne i kapryśne; zwykle zaś są tylko znudzonymi dozorcami „w stalowych hełmach i długich mundurowych płaszczach koloru feldgrau”, obserwującymi życie getta i zstępującymi ze swoich wyżyn tylko wtedy, gdy to konieczne. Może właśnie dzięki temu autorskiemu zabiegowi tak widoczny staje się w Biednych ludziach… problem, który nieodmiennie wzbudza olbrzymie kontrowersje i uzasadnione emocje, ponieważ wymyka się prawidłom moralnym „normalnego” świata – roli samych Żydów w realizacji planu Zagłady, odpowiedzialności tych wszystkich, którzy tak jak Rumkowski w mniejszym lub większym stopniu dobrowolnie współpracowali z nazistami. Sem-Sandberg szczegółowo przedstawia działalność Komisji Wysiedleńczej, pracującej noce i dnie nad listami wywożonych, tak by kontyngent wyjechał o wyznaczonym czasie, opisuje brutalność żydowskich służb porządkowych i gorliwość, z jaką policja z Litzmannstadt Ghetto starała się wypełniać nałożone na nią przez nazistów obowiązki. A także bezwzględną hierarchię gettowego społeczeństwa, w którym bardzo szybko powstały elity, korzystające, jak to jest w zwyczaju wszystkich elit tego świata, ze swych uprzywilejowanych pozycji, by – zanim wszystkich sprowadzono do roli pozamykanych w bydlęcych wagonach, przerażonych zwierząt – pielęgnować swe fortunki i wpływy. W ten sposób Biedni ludzie… – niejako przy okazji opisywania losów łódzkiego getta – stają się też zapisem uniwersalnego mechanizmu, który uruchamia się w istotach ludzkich, gdy sama moralność traci kontury, gdy przychodzi jej konfrontować się z dylematami zbyt nieludzkimi, by rozstrzygać je, posługując się czarno-białą dychotomią dobra i zła. Hierarchia wpisana jest w samą strukturę każdego ludzkiego getta – im izolacja danej społeczności większa, tym i jej wertykalna struktura robi się bardziej widoczna.

*

Lektura Biednych ludzi… przypomina odsłanianie zasłony za zasłoną – bo i mieszkańcy getta żyli za takimi zasłonami, coraz mniej licznymi, które oddzielały ich od świadomości, jaki los został im przeznaczony – za każdą robi się coraz ciemniej, coraz przeraźliwiej, coraz bardziej niepokojąco. Nie otrzymamy tu odpowiedzi, co najwyżej przemnożymy swoje wątpliwości przez te, które serwuje nam Sem-Sandberg. Ale czy nie taka jest ostatecznie rola literatury, nie do tego została stworzona? Literatura ma kwestionować, zaprzeczać i falsyfikować nasze myślowe nawyki i przekonania. Jeśli dobrowolnie rezygnuje z tego zadania, sama siebie degraduje do poziomu poobiedniej czytanki albo wymagającej trochę ciszy i skupienia rozrywki. Rozerwać jednak można się na tyle innych, zwykle bardziej ekscytujących sposobów…

Tekst okazał się już tu i ówdzie: w “Literatkach”, które zwyczajowo polecam Państwa uwadze, oraz “Kronice miasta Łodzi” (nr4/2011).

20 Luty 2012 Posted by | lektury obowiązkowe, literatura skandynawska | | Dodaj komentarz

Uroki zaangażowania

Malcolm Bradbury
Homo historicus

Czytelnik 1982

Jakże to lubimy! Jakże lubimy, gdy autor bez krztyny litości znęca się nad swoimi bohaterami, gdy dworuje sobie z nich bez umiaru, odziera z godności, a do tego nurza jeszcze w egzystencjalnych i życiowych kryzysach. Jakże lubimy podobnych bohaterów — moralnie zbankrutowanych, emocjonalnie niewypłacalnych, tonących we własnych pomyjach, przede wszystkim zaś zbyt zakłamanych, by przeżyć jakieś katharsis. A właśnie taki zestaw indywiduów funduje nam w swojej przezabawnej powieści Malcolm Bradbury.
Trudno właściwie wyobrazić sobie wdzięczniejszy temat do satyry, Bradbury bierze bowiem na cel mit sześćdziesiątego ósmego roku, kiedy to życie „szło naprzód; w 1969 uznano istnienie niepokoju egzystencjalnego oraz dramatu współczesnego człowieka. Uznano też, ze żyjemy w świecie pluralizmu i relatywizmu”. Homo historicus to zatem doskonały paszkwil na pewien typ umysłowości, który tylko z pozoru przeszedł do lamusa — angielski autor portretuje lewicującą uniwersytecką socjetę drugiej połowy XX wieku. Wystarczy jednak troszkę porozglądać się wokół, by zrozumieć, że napisana w 1975 roku powieść wcale się tak bardzo nie zdezaktualizowała; ostatecznie w naszych zdesakralizowanych czasach nietrudno spotkać ludzi, którzy z braku laku uznali postępowość za swoje wyznanie wiary.
Pierwszorzędnymi bohaterami powieści jest arcypostępowe małżeństwo Kirków — Howard, socjolog o renomie wrażliwego na krzywdę społeczną rebelianta, i Barbara, pozbawiona uprzedzeń kobieta nowoczesna. Jak większość ludzi — jak większość z nas — Kirkowie mają potrzebę bycia kimś określonym, zdefiniowanym, kimś, kto ma granice, dzięki którym można by się wobec świata jakoś ustawić. Stąd też nie ma w nich śladu światopoglądowego mazgajstwa; są parą lewaków, co się zowie, radykalnych i nieprzekupnych, z gatunku tych, którzy chcieliby pożogi zastanej rzeczywistości w imię ciągłego ruchu, ponieważ „niezależnie od tego, co robią, nigdy nie zapominają o własnym rozwoju”.
Bradbury bierze ich wszakże w obroty w momencie pewnego przesilenia, gdy rozkosze zaangażowania nieco blakną, a oni sami zaczynają odczuwać ideologiczną posuchę, a nawet wydają się jakby trochę zasuszeni w swych życiowych rolach i wyborach. „Są bowiem dobrze po trzydziestce i naturalnie do czegoś doszli […] Jako słynny radykał uniwersytecki [Howard] jest już starszym wykładowcą i członkiem licznych komitetów”. A wiadomo, nie jest łatwo być konsekwentnym wywrotowcem, gdy sukces sam pcha się w łapy i w praktyce trzeba się skonfrontować z treścią nalepki, którą Kirkowie nakleili na tylnej szybie samochodu: „Forsa to gówno”.
Każdy duch radykalny karmi się poczuciem zaznawanej krzywdy, żywi się własnym uciskiem, łaknie przemocy doznawanej ze strony wrogich sił. Znamy to przecież z autopsji; w końcu i w naszym kraju najbardziej różnorodne grupy toczą krwawe boje o miano najbardziej uciskanej mniejszości. Uczucie pokrzywdzenia powiązane ściśle z uczuciem moralnej racji to doskonała pożywka dla miłości własnej, stąd też równie hucznie cierpią ucisk stołeczni geje, jak i prawicowi publicyści, niedojadający intelektualiści oraz uciskani przez fiskusa przedsiębiorcy. Ostatecznie — a Kirkowie doskonale zdają sobie z tego sprawę — głównym zagrożeniem dla ludzkiej tożsamości nie jest bynajmniej ucisk, lecz nadmiar pozbawionej granic wolności. „Dlaczego nie naciskają nas tak jak kiedyś?”  — pyta z niepokojem jeden z bohaterów Homo historicus. „I w tym właśnie jest problem — pada odpowiedź. — Trzeba ich kopnąć w miękkie, liberalne podbrzusze. Trzeba znaleźć taki punkt, w którym są zbyt tolerancyjni, i tam uderzyć”. Głównym problemem Kirków pozostaje fakt, że permanentna rewolucja wymaga permanentnego wroga, zaś jego brak wywołuje poważny niepokój. „Pamiętasz okres, kiedy ludziom takim jak my życie nie wydawało się bez sensu? — pyta Barbara. — Wszystko stało otworem, czuliśmy się wolni, mieliśmy tyle do zrobienia, a rewolucja była na wyciągnięcie ręki? Mieliśmy po dwadzieścia kilka lat i mogliśmy na sobie polegać”.
Jeśli zatem do tej pory sądziliście, ze nikt nie szydzi bardziej bezwzględnie z ideałów pokolenia dzieci-kwiatów niż niejaki Michel Houellebecq, sugeruję, byście sięgnęli po powieść Bradbury’ego. Wprawdzie w Homo historicus, w przeciwieństwie do takich Cząstek elementarnych, plwocina nie bryzga na lewo i prawo, mimo to do tej pory nie spotkałem się z książką, która tak skrupulatnie punktowałaby zaplecze ideałów, które stały się fundamentem naszego świata. A ile przy tym zabawy! Nie warto z niej rezygnować, nawet jeśli wśród swych nieco bardziej oświeconych znajomych człowiek narazi się przy tym na opinię reakcjonisty.

1 Luty 2012 Posted by | lektury nadobowiązkowe, literatura anglojęzyczna | | Dodaj komentarz

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.