Kraina martwego języka
Jaan Hatzfeld NAGOŚĆ ŻYCIA
Istnieją tematy, z którymi zmierzyć się właściwie nie sposób, zjawiska, wobec których słowa zamieniają się w ciąg wielokropków. W „Nagości życia”, reportażowej relacji z Rwandy, Hatzfeld mierzy się z jednym z nich – „polowaniem na ludzi w prowincji Bugesera”, gdzie w ciągu miesiąca, „chałupniczymi” metodami, za pomocą maczet i oszczepów, Hutu zamordowali pięćdziesiąt z sześćdziesięciu tysięcy tamtejszych Tutsi.
(…)
Na wzgórzach powiatu Nyamata, który jest głównym obszarem zainteresowania autora, sprawcy działali skrupulatnie i z konsekwencją – przez ponad miesiąc, od 11 kwietnia do 14 maja 2004 roku, wyruszali zabijać o 9.30 i odkładali maczety o 16.00. Jedna z rozmówczyń Hatzfelda mówi nawet o „dniu pracy”, do której sprawcy przychodzili ze śpiewem na ustach. „Zabójcy pracowali na bagnach od godziny dziewiątej do szesnastej lub szesnastej trzydzieści, ze względu na słońce. Czasem, kiedy mocno padało, przychodzili później. Szli w szeregu, zapowiadali swoje przybycie śpiewem i gwizdami. Walili w bębny, wydawali się bardzo uradowani, że idą na cały dzień zabijać (…) Po południu już nie śpiewali, gdyż byli zmęczeni, i gawędząc, wracali do swoich domów. Pokrzepiali się trunkami i jedli krowy, bo zabijali je tak samo jak ludzi”. Wyobraźcie to sobie, byle dobrze – czy w pracy polegającej na zabijaniu jest przerwa na lunch?
(…)
Przy lekturze „Nagości życia” ogarnia człowieka groza, bo nie ma nic bardziej przerażającego nad to, jak łatwo codzienność przełamuje się w horror. „Kiedyś wiedziałam, że człowiek może zabić człowieka, ponieważ zawsze to robił – wyznaje jedna z rozmówczyń Hatzfelda. – Teraz wiem, że nawet ktoś, z kim jadłeś z jednej miski czy spałeś, może bez trudu cię zabić”.
Niedoszłe ofiary wegetują w grubym cieniu przeszłości, jakby cały czas czekały, że ta w końcu połknie teraźniejszość, że powróci bez zapowiedzi któregoś ranka. Świadkowie mówią o tym bez przerwy – życie od nich odbiegło, a świat stał się domeną samotności. „Dostrzegam też, że powstaje przepaść między tymi, którzy przeżyli ludobójstwo, i resztą. Ktoś z zewnątrz (…) nawet jeśli jest Tutsi i stracił w rzeziach rodzinę, nie może do końca zrozumieć ludobójstwa. Nawet jeśli widział wszystkie te trupy (…) nie może dzielić naszego sposobu widzenia”. Czas się dla nich zatrzymał i zboczył ze swych torów, życie zwinęło się w znak zapytania. Ich mowa jest sucha, wyzbyta emocji. Opowiadają o śmierci, która ich podeszła, lecz zapomniała zagarnąć, z jakąś dziwną obojętnością. „Odtąd patrzę na gorzki czas, który przede mną płynie, jak na wroga. Boli mnie, że jestem związana z tym życiem, które nie było mi pisane”. Bo ci, którzy po miesiącu wyszli z bagien, nie wrócili do swoich żyć, jak wraca się do opuszczonego domu. „Wyzwoliciele mówili nam, że groźba masakr na zawsze odeszła z naszego życia, że wygraliśmy. Ale my mówiliśmy sobie cicho, że nie wiemy, co takiego mogliśmy wygrać, bo straciliśmy najważniejsze”.
W gruncie rzeczy te relacje są wręcz nieznośne, nieznośne w swej powtarzalności, nawrotach, wciąż powielanych obrazach. W relacjach przytaczanych przez Hatzfelda panuje monotonia, echo monotonii zbrodni. Kolejni rozmówcy francuskiego dziennikarza mówią właściwie to samo i tak samo, jakby byli jedną zbiorową pamięcią. Powtarzają się szczegóły, powtarzają się emocje, ba, niemalże słowo w słowo powtarzają się konkretne frazy – jakby język był zbyt wąski, jakby nie sprostał swemu zadaniu.
„Nagość życia” każdą stroną dowodzi, jak niewiele może słowo, jak bezradny jest ludzki język w konfrontacji z grozą; „bo nawet jeśli można rozmawiać o eksterminacji, nie da się jej wyjaśnić w żaden możliwy do przyjęcia sposób, nawet w rozmowach tych, którzy przeżyli”. W gruncie rzeczy nie mamy narzędzi – albo mamy narzędzia zbyt zawodne – aby zmierzyć się z podobną problematyką; język zawodzi tam, gdzie dochodzi do skraju ludzkiego doświadczenia, i ratuje się wypracowanymi kliszami. Brak nam sposobu komunikacji do przekazania takich zdarzeń jak ludobójstwo, język przegrywa w konfrontacji z rzeczywistością wykraczającą poza ramy codzienności. Bo – posługując się określeniem jednej z rozmówczyń Hatzfelda – kiedy o nim myślimy, myśli zaczynają zderzać się w naszych głowach.
Uderzające, jaka zbieżność zachodzi między notowanymi przezeń relacjami z Rwandy a świadectwami ocalałych z Zagłady. Niedoszłe ofiary posługują się tym samym językiem – językiem bezradności, jak gdyby istniała jakaś wspólnota istot zapędzonych w sam narożnik człowieczeństwa. Można jednak, a nawet należy, zadać pytanie, ile jest w tym – tylko jak to powiedzieć, stąpamy teraz po kruchym lodzie – autentyczności, a ile wkładu własnego Hatzfelda, co i rusz szukającego paraleli między „ostatecznym rozwiązaniem” a ludobójstwem w Rwandzie? „Nagość życia” to w końcu książka, rzecz skomponowana, poddana obróbce, ułożona wedle zasad dziennikarskiego warsztatu. Jej forma i struktura obnażają, prawdopodobnie przypadkowo, nasze myślenie schematami – odwołujemy się do tego, co znane, by oswoić problemy, które nas przerastają. Hatzfeld nie zdołał bowiem znaleźć – może po prostu znaleźć nie sposób? – osobnego języka na to, co usiłuje opowiedzieć.
(…)
Pamiętacie Littella? Wspominam o „Łaskawych”, ponieważ Hatzfeld, tak jak amerykański pisarz, również zajmuje się życiem obnażonym do kości. Obaj mówią nam coś o cywilizacji i ludziach, niezależnie od rasy i koloru skóry. A nade wszystko mówią o nieskończonej potrzebie przyswajania uspokajającego kłamstwa. „Ale przecież wojna skończona. Wyciągnęliśmy wnioski z tej lekcji, to się więcej nie powtórzy. Jesteście pewni, że wyciągnęliśmy wnioski? Jesteście pewni, że się nie powtórzy? I w ogóle, jesteście pewni, że wojna skończona?” – mówi Aue, bohater „Łaskawych”, ten niewinny potwór. Dlatego nie dajmy posłuchu optymistom, bo optymizm to tylko jeden ze środków, którymi się nas ogłusza. Słuchajmy raczej głosu tych, którzy przeżyli, bo – trudno pozbyć się takiego wrażenia – to głos przyszłości, mniej lub bardziej odległej: „Ludobójstwo to coś więcej niż wojna, ponieważ zamiar zawsze pozostanie, nawet jeśli tym razem to się nie powiodło”.
Całość do przeczytania w najnowszym artPapierze.
PODRÓŻ DOLINĄ ŚMIERCI cz.II
Druga część eseju, którego początek znajduje się TUTAJ.
Thomas Bernhard ZABURZENIE
(…)
W Zaburzeniu Bernhard portretuje świat, w którym ludzie nieustannie osuwają się w kolejne udręki, w którym istnienie po kolei odbiera żywym wszystko to, co mogłoby im pomóc znosić swój los. Tak jakby autor chciał podkreślić, że istotą świata jest perfidia, że napędza go przewrotny mechanizm unieszczęśliwiania, a jego zasadą jest permanentna katastrofa.
Tacy pisarze jak Camus, Sartre, Saint-Exupery postrzegali warunki progowe egzystencji w bardzo zbliżony sposób. Widzieli wszak odpowiedź na drwinę świata we wspólnocie, której sprawdzianem jest moment grozy, kiedy to człowieczeństwo albo się kompromituje, albo utwardza, oddziela się od natury i staje przeciw niej. Bernhard taką ewentualność wyklucza – w jego drugiej powieści wszelkie więzi z innym człowiekiem są radykalnie negowane. „Ludzie są wyłącznie (…) wspólnotą umierania a całe społeczeństwo (…) to godna pogardy hołota.” Ludzka komuna żarcia i wydalania nie może być żadną odpowiedzią, bo tworzy pozbawioną sensu zbiorowość, w której jedyną rzeczywistością jej nieprzerwane udawanie. „Wychodzę jakiemuś człowiekowi naprzeciw i myślę: co ty myślisz? Czy mogę (…) przebyć wspólnie z tobą kawałek drogi w twoim mózgu? Odpowiedź brzmi: nie! Ani kawałka drogi nie możemy przebyć wspólnie w jednym mózgu.”
W Zaburzeniu ludzie obcując ze sobą przyczyniają się tylko do zwiększenia puli własnych nieszczęść. Zamiast pomagać sobie znosić katastrofę istnienia, czynią je zjawiskiem jeszcze bardziej nieznośnym. Bo „miłość jest absurdem i w ogóle nie istnieje w naturze”. Ta reguła dotyczy wszystkich bez wyjątku postaci, nawet tych najbardziej epizodycznych: im bliższe więzi biologiczne łączą je ze sobą, tym bardziej się one wzajemnie dręczą, tym częściej ich stosunki zamieniają się w serię nieporozumień i rozczarowań. Kalumnie rzucane na rodzinę to niemal znak firmowy autora Wymazywania i ich amatorzy nie powinni być zawiedzeni również w tym przypadku. Rodzina określana jest tu jako „niekończąca się nikczemna amputacja umysłu, a rodzice płodzą dzieci prawdopodobnie wyłącznie ze złośliwej radości i z największą bezwzględnością, jaką tylko można sobie wyobrazić, po czym wyciągają je na świat.”
Antagonizm między księciem i jego następcą jest lustrzanym, choć pogłębionym odbiciem stosunków łączących, czy też raczej dzielących, narratora i jego ojca. Więzi, które powinny zbliżać, stają się powrozem, z którego ani jeden, ani drugi nie ma możliwości się zerwać. Uwagi Sauraua na temat potomka można traktować również jako komentarz do relacji między lekarzem i jego synem. „Wychowałem go (…) na swojego niszczyciela (…) Zawsze wtedy, kiedy powinienem był przyciągać go do siebie, ja go od siebie oddalałem, wydalałem z siebie. Ale wszelkie wychowanie jest zawsze absolutnie niewłaściwe (…) działania syna kierowały się zawsze przeciw mnie.”
W książce nie ma więc nawet zarysu związku mistrz-uczeń, tak charakterystycznego przecież dla twórczości Bernharda. Syn podąża wprawdzie za ojcem, przysłuchuje mu się i przysłuchuje się jego rozmówcom, ale jednocześnie trawi go resentyment, nosi w sobie ukryte pragnienie rozprawienia się z rodzicem. Ponieważ jednak nie stać go na taki akt, zemsta – jak trafnie zauważył Juliusz Kurkiewicz w swojej recenzji w „GW” – „dokonuje się w sposób zastępczy”, gdy książę Saurau referuje konflikt z własnym potomkiem i wspomina o wyimaginowanym liście, w którym syn księcia „otrzymuje wiadomość o samobójstwie opowiadającego tę historię ojca”.
Ponieważ jednak mamy do czynienia z kuglarzem lubiącym zakpić sobie z czytelnika, który biedzi się nad znalezieniem klucza do twórczości Bernharda, przygnębiającej i wielokrotnie powtarzanej konstatacji na temat niemożności porozumienia między dwojgiem ludzi towarzyszy w powieści przewrotny przypis. Być może faktycznie zbliżenie się do drugiego człowieka i rozpoznanie go przekracza nasze zdolności, jednakże w fakcie tym, sugeruje pisarz, tkwi też pewna pociecha, potencjał złudzenia, bez którego ostatecznie pogrążylibyśmy się w samotności. „Ludzie chodzą ze sobą, rozmawiają ze sobą, sypiają ze sobą, ale się nie znają. Gdyby się znali, nie chodziliby ze sobą, nie rozmawialiby i nie sypiali ze sobą (…) Dzięki temu można istnieć i przynajmniej być niezrozumianym.”
Bohater, tając w sobie potrzebę rozrachunku z ojcem, którego oskarża zarówno o śmierć matki, jak i próbę samobójczą siostry, przemierza z rodzicem wąwóz śmierci, by wreszcie podążyć wraz z nim ku górującemu nad okolicą zamkowi księcia. Opuszczają dolinę, gdzie „wschód słońca (…) jest niemożliwy” i w której „zawsze panuje (…) atmosfera jak na chwilę przed straszną burzą”. Przybywają zaś na miejsce, w którym „panują swoiste prawa naturalne Sauraua”. Uniwersum powieści składa się z dwóch oddzielnych światów, dwóch systemów, pomiędzy którymi zerwała się łączność. W dole rozpościera się padół zgnilizny, tymczasem na wzgórzu zasiada zdetronizowany Namiestnik.
Pan na Hochgobernitz postanawia znaleźć nowego zarządcę swych dóbr. Liczni kandydaci na stanowisko, o pojawieniu się których informuje gości książę są jak zawiedzeni pielgrzymi – wspinają się po stromym zboczu tylko po to, by u kresu swojej wędrówki spotkać się z własnym zawodem. Nawet ci, którzy są dopuszczeni przed oblicze władcy zostają odprawieni z kwitkiem. Saurau wyznaje: „obserwuję ich, zanim wreszcie – (…) większość po długim wahaniu – odejdą (…) Jeden puka, ale nie zostaje mu otwarte”. Ten specyficzny, bezosobowy ton podkreśla jedynie dystans dzielący Sauraua od ludzi z wąwozu: przybywają do tego miejsca, żeby wkraść się w jego łaski, lecz nie są zdolni nawet do sforsowania pierwszej przeszkody, zatrzaśniętych wrót prowadzących do zamku. Ich udziałem jest to samo puste, wyczerpujące dążenie, które charakteryzuje bohaterów Kafki. Literackie paralele są oczywiste: niewidoczny Saurau, który chowa się w swym odosobnieniu wydaje się jednym z mieszkańców Zamku, do którego bezskutecznie usiłuje dostać się geometra K.
O zamku krążą w wąwozie legendy – niekiedy jeszcze niesie się po okolicy muzyka i śpiew, które przenikają strzeliste mury, gdy mają za nimi miejsce jakieś uroczystości. Ale dzieje się tak coraz rzadziej; „w ostatnich czasach na Hochgobernitz nie odbywają się już żadne uroczystości (…) Książę zamyka się coraz bardziej.”
Mamy tu prawdopodobnie do czynienia ze świadomą i zaskakują w kontekście innych powieści Bernharda aluzją do mistycznej koncepcji niewidocznego boga. Saurau to deus absconditus, bóg ukryty, przy czym – nie chodzi w końcu o chrześcijańskiego mistyka, lecz autora Wymazywania – jest to bóg, który usycha, martwieje, zaczyna wątpić o sobie samym. „Wśród własnych ludzi czułem, ze już dawno stałem się dla nich wszystkich niewidzialny (…) Naraz w ogóle przestałem dla nich istnieć, w ogóle mnie tam nie było.”
Wiele wskazuje na to, że postać księcia celowo została spreparowana w taki właśnie sposób. Rzucane mimochodem, acz konsekwentnie wzmianki na temat Sauraua wskazują na jego boskie atrybuty. Sam nazywa siebie bez ogródek „ojcem” i dodaje na dokładkę, że widzi „wszystkich jako niezwykle zróżnicowaną przedrzeczywistość, tę przedrzeczywistość, która jest ze mnie i z której ja jestem”. Bez nadmiaru skromności – jak to bogowie mają w zwyczaju – zauważa też, że „świat się zawali, kiedy mnie zabraknie”. Jeśli Saurau jest wiarygodnym świadkiem we własnej sprawie, to jego natura różni się od natury innych, a jego udręka nie ma nic wspólnego z udręką ludzi. Jednocześnie jednak jego słowa sugerują jakiś rodzaj odkupicielskiego poświęcenia, które musi przywoływać postać Chrystusa. Książę, mimo że „wydalony (…) z tego co ludzkie, jest także udręczony jak nadużywana dla całej ludzkości membrana”. A wedle relacji narratora (innej wszak nie posiadamy) „nieomal wszystkie zdania, w które (..) wstrzykuje całą swoją udrękę, kończy wyrażeniem <<dla całej ludzkości>>”.
W Jungowskiej Odpowiedzi Hioba Jahwe to Demiurg nieświadomy siebie i następstw swoich czynów. Podobnie skonstruowana jest postać Sauraua. „Mówi ciągle słowami, które właściwie już w ogóle nie istnieją.” Język, który niegdyś miał do dyspozycji, stracił swoją komunikacyjną moc. Słowotok księcia wypływa z trwogi, ale, paradoksalnie, im dłużej trwa jego monolog, tym mniej staje się zrozumiały i tym bardziej jest fragmentaryczny, rwany oraz bełkotliwy. Ostatecznie zamienia się w strumień sentencji, które mają ze sobą coraz mniej wspólnego. Mimo że Saurau „używa takich samych ordynarnych słów jak oni, takich samych nieporadnych zdań”, nie rozmawia z odwiedzającymi go ludźmi, tylko do nich przemawia, nie słucha gości, lecz wygłasza kazanie, nie tyle opowiada, co naucza. To nie komunikacja, lecz solipsystyczny popis umacniającego się obłędu.
W drugiej części książki narrator zostaje zdegradowany właściwie do roli skryby, spisującego ewangelię według Sauraua – opętańczą mowę pogrzebową, poświęconą sobie samemu przez boga, który puścił swe dzieło samopas z powodu ogarniającej go rezygnacji. Nawiązując ponownie do koncepcji gnostyckich można by powiedzieć, że w przypadku księcia mamy do czynienia z jakąś poślednią wersją Kreatora, demiurga z wyraźnym deficytem sił i chęci. „Starałem się stworzyć swoje odbicie (…) i w to odbicie kazałem zajrzeć im wszystkim”. Po tym wysiłku wszak Saurau-bóg jest zmęczony; z prawdziwym brakiem wdzięku zgorzkniałego emeryta utyskuje, że jedynie mój umysł jest tym, który musi rejestrować wszystko. Saurau to zatem bóg, który zwątpił i postanowił abdykować. Czasy świetności Hochgobernitz ma i tak za sobą. „Niegdyś należała do nich [rodu księcia] cała ta ziemia”. Ale upadek jej władcy, choć powolny, już się właściwie dokonał: dolina, należąca dawniej do jego włości, stała się czymś obcym, zawłaszczanym stopniowo przez omnipotentne Państwo.
Zaburzenie da się zatem odczytywać także jako powieść o kryzysie starego i tryumfie nowego, o radykalnej i nieodwracalnej transformacji, która wywróciła świat na nice. Tę optykę wspierają zauważalne w książce reminiscencje Nietzscheańskiego wrzasku na temat śmierci boga i świecie oczekującym na przewartościowanie dotychczasowego ładu. Charakterystyka Księcia jako żywo przypomina wielką nowinę Zaratustry. „Niejednokrotnie długo podnieca się myślą o niedostrzeżonej przez długi czas śmierci jego osoby.” Niektóre postulaty Sauraua są jakby żywcem wyjęte z Woli mocy: „Jeszcze nie przezwyciężyliśmy świata w swoim myśleniu. Posuniemy się dalej dopiero wtedy, gdy w swoim myśleniu całkowicie zostawimy świat w tyle. W każdej chwili musimy umieć zlikwidować wszelkie pojęcia”. Bernhard ustanawia sytuację jak z Nietzschego – rejestruje stan przejściowy, stan całkowitego zawieszenia pojęć i oczekiwania na to, „kto pierwszy przekroczy ziemię”, dokumentuje zmierzch starych bóstw i niepełnoletność nowych.
Rzecz jasna, autor Zaburzenia miesza szyki interpretatorom i robi wiele, żeby mylić tropy. Sugerując boskie atrybuty Sauraua, dba równocześnie, aby analogia nie wydała się zbyt oczywista, a nawet rozmywała się raz po raz w podejrzeniu, bynajmniej niebezpodstawnym, że książę to nie żaden bóg, a jedynie ogarnięty megalomanią i postępującym szaleństwem uzurpator. W końcu równie tajemnicze, co „zabójcze szumy”, które kotłują się w jego głowie, rozpraszając mu myśli i spokój oraz wywołując strach, nie są bagatelą w przypadku pretendenta do roli Demiurga. Tymczasem, jak wyznaje sam zainteresowany, „wszystko było zawsze tymi szumami (…) te szumy ciągle są, ciągle były, ciągle będą, wskutek czego cudowny porządek w moim mózgu przerodził się nagle w odrażający chaos, w odrażający, zagłuszający chaos”. Do tego, jakby na potwierdzenie tych domysłów, narrator nagle spostrzega „bardzo wyraźnie, że książę jest obłąkany”.
Powyżej zasygnalizowanej wątpliwości rozstrzygnąć w zasadzie nie sposób, można jedynie, posługując się heglowskim instrumentarium, zaproponować syntezę – a co jeśli Saurau to i wariat, i bóg w jednej osobie?; jeśli Bernhard skreślił portret boga oszalałego, skłóconego ze swoim dziełem, zrozpaczonego jego samowolą i rozkładem? Wizja Armagedonu, „wizja, że powierzchnia ziemi staje się z wolna przestrzenią kompletnie pozbawioną powietrza”, którą bawi swych gości książę zyskuje wtedy, trzeba przyznać, dodatkowego trupiego smaczku. Wyobrażenie ulic pełnych duszących się ludzi i zwłok nabiera proroczej wyrazistości. Koniec zaś nie jest jak u Eliota skomleniem, lecz „niesamowitym hałasem, po którym następuje zgodny z naturą proces gnicia”.
Zaburzenie to metafizyczna maligna, relacja ze świata opustoszałego z sensu i pozbawionego przyszłości. Bernhard w swej drugiej powieści jawi się nie jako pretendent do miana wirtuoza beznadziei, lecz w pełni ukształtowany arcymistrz rozpaczy. W dziele spotwarzania świata, dyscyplinie popularnej przecież wśród pisarzy, autor Wymazywania ma tylko jednego godnego siebie towarzysza – Samuela Becketta. Bohaterowie Bernharda to powinowaci postaci zaludniających dzieła genialnego Irlandczyka: to fizyczne i duchowe wraki, substytuty człowieczeństwa, egzystujące na jakiejś osamotnionej i spustoszonej piędzi ziemi, upośledzeni i kalecy, zarówno psychicznie jak fizycznie, nie z jakiegoś konkretnego powodu, lecz z faktu urodzenia, bycia istotą ludzką. Obaj pisarze nie budowali historii, lecz persony, stwarzali swe ułomne światy, lepiąc je z obrzydliwości, furii, wstrętu i niemocy. Wydawali swych bohaterów nieszczęściu, szaleństwu i śmierci po to, by zaserwować nam detaliczne widowisko rozpadu. Dzieła tej dwójki – bo twórczość obu nie rozpada się na poszczególne książki, lecz stanowi jednolitą całość – to odpowiedź literatury na nędzę człowieka i nędzę tego świata, odpowiedź zakończona dwukropkiem śmierci w 1989 roku.
NOWY DOWÓD NA ISTNIENIE BOGA (ex futbolitate)
NOWY DOWÓD NA ISTNIENIE BOGA
(ex futbolitate – pominięty przez Tomasza z Akwinu zapewne wyłącznie z przyczyn metrykalnych)
Szanowni Państwo.
Oto, dzięki niezawodnej “Rzeczpospolitej” uzyskaliśmy niepodważalny dowód na to, że Bóg w Niebiesiech, Pierwszy Poruszyciel nie tylko istnieje, ale też sprzyja seksualnym mniejszościom i każe tych, którzy sprzeciwiają się jego nowym skłonnościom (tym samym dowodząc, że starożytni Grecy, utrzymując, że jednym z atrybutów boskości jest niezmienność, nie mieli pojęcia o przedmiocie swych dociekań).
Polski piłkarz, imć Onyszko, 18 lipca udzielił “Rp” wywiadu, w którym twierdzi, co następuje:
” – Jeśli w UE geje się pobierają i adoptują dzieci, to nie znaczy, że tak samo ma być w Polsce. Jeśli u nas w miejscach publicznych wiszą krzyże, to niech wiszą. Jeśli co niedziela chodzi się do kościoła, to niech się chodzi.
(…)
-Ostatnio zadzwoniła do mnie pani prokurator, że jakiś polityk podał mnie do sądu za to, że nienawidzę gejów. Zapytałem ją od razu, czy robi sobie jaja. Stwierdziła, że będę musiał przyjechać zeznawać, więc od razu kazałem jej list gończy wysyłać, bo nigdzie się nie wybieram. Znam polską mentalność, nie wydadzą mnie za jakichś gejów.
- Naprawdę ich pan nienawidzi? Dlaczego?
-Nienawiść to za dużo, jak ktoś się taki urodził, trzeba to uszanować. Ale eksponowanie tego na ulicach, ubieranie się jak kobieta, te kobiece gesty, ruchy – to jest obrzydliwe. Nie chciałbym, żeby w moim kraju były jakieś parady, żeby geje nago biegali po ulicach i się całowali. Widziałem w Kopenhadze olimpiadę homoseksualistów – brud, smród i ubóstwo. Nie szło na to patrzeć. Dziwiłem się, że Duńczycy na to pozwolili. Ale pozwolili, bo przecież burmistrz Kopenhagi też jest gejem. Sprzątali po tej imprezie tydzień. A ja? Miałem papieża Polaka, chodziłem na religię, uczono mnie, że tak nie wolno, a teraz mam być sądzony za to, że powiedziałem, że to obrzydliwe? Nie przeszkadzają mi homoseksualiści, którzy normalnie się zachowują. Mogą mieszkać razem, ale po co się afiszować? To mnie bardzo drażni.”
I tak dalej – całość absolutnie godna polecenia.
Bóg – to również dość oryginalne zachowanie z jego strony – zareagował błyskawicznie.
Następnego dnia w tym samym periodyku znalazła się taka oto informacja:
“Z powodu choroby nerek nowy bramkarz Polonii Warszawa może już nigdy nie zagrać w piłkę. Klub czeka na opinię prawników, by móc zerwać kontrakt.” (całość tu – http://www.rp.pl/artykul/60511,511024_Powazna_choroba_skonczy_kariere_Onyszki_.html)
I jak tu zaprzeczać boskiej potędze?
Tak zwane słowo wstępne
Literatura przypomina mi zwierciadło z bajki o Królewnie Śnieżce – można się przed nim mizdrzyć, podmalowywać, stroić miny i pozy, uprawiać wszelkie możliwe formy egotyzmu, by w końcu i tak z niejaką obawą zapytać: „lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?” Jeśli staje się do tego „wyścigu garbusów”, jak to malowniczo ujął Miłosz, trzeba być gotowym na wstrząs, będący udziałem Złej Królowej: można usłyszeć, że jest ktoś piękniejszy i mądrzejszy, a nawet – wbrew temu, co się o sobie samym dotychczas sądziło – że jest się co najwyżej pięknością powiatową…


