Doczytania. Blog Grzegorza Krzymianowskiego

„pisarz nie potrafi zmienić świata, nie może nawet uczynić go gorszym” (I.B.Singer)

„Lepiej, żeby niektórych dni w ogóle nie było”

Jan Balabán

Wakacje. Możliwe, że odchodzimy

przeł. Julia Różewicz, wydawnictwo Afera, Wrocław 2011.

Mariusz Szczygieł, zawołany czechofil, nazwał Jana Balabána „nieczeskim pisarzem czeskim”. Nie bez racji, trzeba powiedzieć. Jeśli bowiem założymy, że istnieje coś w rodzaju narodowego charakteru, który przejawia się (między innymi) w literaturze, a do tego uznamy, że czescy autorzy mają pewną skłonność do lekce sobie ważenia życiowych tragedii i traktowania ich jako zbioru mniej lub bardziej pociesznych anegdot, to z Balabánem trudno nam będzie dojść do ładu. Autor Możliwe, że odchodzimy ustosunkowuje się bowiem do życia poważniej niż — wedle polskich wyobrażeń, w dużej mierze opartych na produkcji kinematograficznej naszych sąsiadów oraz postaci wojaka Szwejka — przeciętny Czech. Zresztą mówił o tym autorowi Zróbmy sobie raj: „Ta cała pohoda jako dominująca część czeskiej kultury mnie denerwuje […] Nie wierzę w nią. Kiedy brakuje Boga, zaśmianie lęków jest bardzo przydatne. Tylko że to nie pozwala zbliżyć się do tego, co w nas przykre. Żarty, hece, ironia mają spowodować duchową homeostazę. Że tak naprawdę wszyscy jesteśmy fajni”. Dlatego w Wakacjach i Możliwe, że odchodzimy, dwóch wydanych wspólnie przez Wydawnictwo Afera zbiorach opowiadań, Balabán koncentruje się głównie na tym, czego jego współplemieńcy dostrzegać w swoich egzystencjach najwidoczniej nie lubią — małych, z wolna nabrzmiewających defektach.

Bohaterowie jego opowiadań, czy też raczej kilkustronicowych miniatur, to ludzie nieco bezradni wobec samych siebie, obserwujący codzienność z rozdziawionymi zdumieniem gębami, jakby unoszeni przez życie w przypadkowym i mało przewidywalnym kierunku. A forma, którą wybrał nieżyjący już prozaik, doskonale harmonizuje z wydźwiękiem tych utworów, przypomina, że życie nie jest ciągiem, lecz składa się z fragmentów nanizanych na naszą biografię jak koraliki — jakichś zdarzeń-niezdarzeń, zwyczajności, która traci kontury, gdy patrzy się na nią zbyt długo. Czytaj dalej »

10 Maj 2012 Posted by | lektury nadobowiązkowe, literatura czeska | , | 1 komentarz

Milan KUNDERA ZASŁONA

SZTUKA PISANIA POWIEŚCI

Milan KUNDERA ZASŁONA. Esej w siedmiu częściach

„Powieść jest owocem alchemii przemieniającej (…) błoto w złoto, anegdotę w dramat”

„Powieściopisarz rozprawiający o sztuce powieści nie jest profesorem wykładającym ex cathedra (…) Powieściopisarz będzie nam opowiadał o sobie (…) o powieściach, które lubi które są skrycie obecne w jego własnym dziele (…) w ten sposób przedstawi nam domyślnie swą poetykę powieści”

Bywają książki, które na każdej stronie krzyczą o krwawym pocie, jakim zostały okupione, powieści skonstruowane tak wymyślnie, że odbiorca czuje się zniewolony do szacunku i podziwu na samą myśl o autorskim mozole. Milan Kundera nie należy jednak do pisarzy epatujących swą pisarską męką. Przeciwnie, jego dzieła rzadko prowokują do myślenia o ciężkim trudzie pisania. Wszystko w nich wydaje się tak lekkie i płynne, że sprawia wręcz wrażenie, jakby Kunderze słowa same ustawiały się w odpowiednim szyku, karnie i akuratnie. I właśnie dlatego warto sięgnąć po „Zasłonę”, esej poświęcony sztuce pisania – bo to książka, która przekonuje, jaką mordęgą musi zostać zwykle okupiona lekkość frazy.

Wprawdzie pisarz świadomy swych celów i możliwości nie zawsze osiąga lepsze artystycznie efekty od takiego, który popuszcza po prostu cugli swej językowej wyobraźni i liczy na to, że sama go gdzieś zawiedzie – nie zawsze, ale zwykle jednak tak. Pisanie prozy to w końcu nie ciąg ekstatycznych wizji przelewanych w pośpiechu na papier, lecz nade wszystko rzemiosło, uporczywe heblowanie materii języka („aby dosłyszeć tajemny, ledwo słyszalny głos <<duszy rzeczy>> powieściopisarz (…) musi uciszyć krzyk własnej duszy”). Rzemiosło zaś ma to do siebie, że wprawy w nie nabiera się z czasem, a i wiedza teoretyczna bardzo się w nim przydaje.

„Zasłona” to świadectwo uważnej i poważnej lektury, lekcja czytania, dowód na samoświadomość Kundery jako pisarza. Książka złożona jest z notatek, migawek, kolażu scen wyciętych z powieści i opatrzonych autorskim komentarzem. Mimo to rzecz jest zaskakująco spójna, scalona w refleksję nad literaturą. Autor „Żartu” analizuje tu mechanizmy powieści, rozkręca swe literackie fascynacje na sceny, demontuje kolejne powieści, by unaocznić nam, jak i dlaczego coś jest napisane, tłumaczy nam środki i sposobiki, do których uciekają się (ach, to wieczne continuum literatury, które pozwala pisać o obróconych w proch autorach jak o naszych współczesnych) Flaubert, Dostojewski, Sterne czy Broch. Jest w tych rozważaniach – wybaczcie Państwo to rynkowe określenie – świadomość profesjonalisty, kogoś, kto zna się na swojej robocie („Stendhal lubi wyłączyć dźwięk w środku sceny: nie słyszymy już dialogu i śledzimy tajemną myśl jednego bohatera”). Przy czym nie jest to popis erudycji, ale wyciąganie z kilkunastu wnikliwie czytanych powieści ich esencji, ukazywanie ich kolejnych warstw oraz środków, dzięki którym ich wewnętrzny mechanizm działa bez zgrzytów.

Mamy tu też wykład z psychologii prozy; w ujęciu Kundery powieść to przekroczenie stanu lirycznego („powieściopisarz rodzi się na ruinach swego świata lirycznego”), wejście w dojrzałość, bo w przeciwieństwie do poezji wymaga od autora odejścia od siebie samego, rezygnacji z solipsyzmu, dystansu do języka i kreowanego świata. „Przemiana antyliryczna jest fundamentalnym doświadczeniem w biografii powieściopisarza; oddalony od siebie, patrzy nagle na siebie z dystansu, zdziwiony, że nie jest tym, za kogo się uważał. Po tym doświadczeniu będzie wiedział, że człowiek nie jest tym, za kogo się bierze, że nieporozumienie to jest powszechne, podstawowe, że pokrywa ludzi (…) łagodnym blaskiem komizmu.

Ale główny sens „Zasłony” leży jednak gdzie indziej; to nade wszystko wielka obrona literatury, podjęta w świecie, który słowa potrzebuje coraz mniej, zadowalając się bezpośredniością i dosłownością obrazu. „Postawić powieść i księgę filozoficzną na tym samym planie, co ogromne wydarzenie polityczne – oto na czym polega Europa (…) zrodzona wraz z Kartezjuszem i Cervantesem (…) Europy Czasów Nowożytnych już nie ma. Ta, w której żyjemy, nie szuka już tożsamości w lustrze filozofii i sztuki.” Tymczasem, zdaniem Kundery (które zresztą podzielam), „w świecie nowoczesnym, porzuconym przez filozofię, poszatkowanym przez setki spekulacji naukowych, pozostaje nam powieść, ostatnie obserwatorium, z którego można ogarnąć życie ludzkie w całości”. Jak ujął to cytowany przez czeskiego autora Proust: „Dzieło pisarza jest niczym innym jak rodzajem optycznego narzędzia podłożonego czytelnikowi, aby ten mógł dostrzec to, czego bez książki by nie zauważył”.

Kundera broni tu wizji powieści nie jako taniej sztuczki, nieudolnie naśladującej tak zwane życie, lecz jako fikcji, która zmienia się w rzeczywistość. „Naprzeciw naszego realnego świata, który z natury jest przelotny i godny zapomnienia, dzieła sztuki wyrastają niczym inny świat, świat idealny, solidny, gdzie każdy szczegół ma swoją wagę, swoje znaczenie, gdzie wszystko, co się w dziele znalazło, każde słowo, każde zdanie, zasługuje na ocalenie w pamięci i po to zostało stworzone.” Powieść zatem ma sens jedynie wtedy, jeśli jej powstawaniu towarzyszy próba „rozdzierania zasłony”, pragnienie posunięcia się choćby o krok dalej w ciemności, które otaczają człowieka. Powieść ma mówić o nas rzeczy nieoczywiste, bo inaczej szkoda fatygi – autora i odbiorcy.

„Zasłona” to rzecz arcypoważna, bo na arcypoważną sprawę skierowana – ostatecznie nasza cywilizacja została wzniesiona na słowie, nie ruchomych obrazkach, i jeśli słowo ustąpi pola (a ustępuje od kilku dziesięcioleci, ostatnio jakby gwałtowniej), to i zmienią się reguły kierujące tą cywilizacją. Patos jest więc na miejscu, choć na szczęście Kundera od czasu do czasu łamie się, by przypomnieć sobie o sztuce dystansu – tej najwyższej z pisarskich cnót – do siebie i własnego powołania. „Sława artystów jest najbardziej monstrualna ze wszystkich, albowiem zakłada ideę nieśmiertelności. Co jest zasadzką diabelską, gdyż groteskowo megalomańska myśl o przeżyciu własnej śmierci wiąże się nierozerwalnie z wartością artysty (…) Pisać bez tej ambicji jest cynizmem (…) powieściopisarz, który z całą świadomością wytwarza książki ulotne, pospolite, konwencjonalne (…) jest godny pogardy. Na tym polega przekleństwo powieściopisarza. Jego uczciwość jest przywiązana do ohydnego słupa megalomanii.”

Jeśli właśnie megalomania dyktowała Kunderze ten traktat o konieczności i niezawisłości powieści, to tylko dowód, że i nasze przywary, odpowiednio wykorzystane, mogą się przysłużyć nie tylko nam, ale i bliźnim. A kogo nachodzi zwątpienie w sens powieści, niechaj sięga po „Zasłonę” – choćby dla chwilowego wrażenia, że literatura obchodzi jeszcze kogokolwiek poza wami.

18 Luty 2011 Posted by | lektury obowiązkowe, literatura czeska | | 5 komentarzy

Jozef Škvorecký LWIĄTKO

MĘŻCZYZNA OBNAŻONY.

Jozef Škvorecký, Lwiątko

W przeciwieństwie do osób zapracowanych, przez okrągły rok oddanych w kierat swych marzeń o godnej przyszłości, źle znoszę wakacje. Ten naturalny czas nieróbstwa, pomnożony dodatkowo przez moje prywatne lenistwo oraz atmosferę kanikuły, sprawia, że tęsknie wyglądam jesiennych anomalii pogodowych i melancholii krótkich, chłodnych wieczorów.

Wśród wielu sposobów przeczekiwania do pomyślniejszych czasów, jednym z mniej zawodnych (bo zawodne są zasadniczo wszystkie, jako że pomyślniejsze czasy są jak horyzont, zawsze kilka kroków przed nami) od mniej więcej szesnastego roku życia wydawała mi się literatura. Zasadniczo, mimo pojawiających się niekiedy wątpliwości, zdania od tego czasu nie zmieniłem i w różnych okolicznościach stosuję ów środek z uporem wartym lepszej sprawy. Coraz rzadziej jednak trafia mi się książka, którą kończę z żalem, a jej lekturze towarzyszy myśl, by nie brnąć przez nią zbyt szybko. Szczęśliwie wśród lipcowych upałów zdarzyło mi się trafić na tego typu powieść – Lwiątko Jozefa Škvorecký’ego.

Jest co najmniej kilka powodów, by po ten tytuł sięgnąć. Po pierwsze i najważniejsze: lektura to rozkoszna, wywołująca dreszcz przyjemności, akuratna do tego, by przypomnieć sobie radość płynącą z prozy rozrywkowej, acz zupełnie pozbawionej tej dozy językowego banału, który zwykle wylewa się z rzeczy skrojonych na rozrywkową miarę. Fraza Škvorecký’ego jest świetna, humor, lekko podszyty mizoginią, pierwszorzędny, dialogi zaś iskrzą się tym rodzajem autentyzmu i napięcia, którego próżno szukać wśród rozmów prowadzonych przez nas w tak zwanej rzeczywistości.

Po wtóre: Škvorecký głównym bohaterem uczynił cynicznego dziwkarza bez krzty charakteru, pozbawionego jakiegokolwiek balastu w postaci honoru czy odpowiedzialności. Choć nie dla wszystkich będzie to wystarczająca rekomendacja, ja jednak pasjami lubię postacie pozbawione moralnego kośćca, wytrzebione z elementarnego poczucia przyzwoitości, z lekkością łamiące dekalog i kobiece serca i kierujące się jedynie kompasem własnego egotyzmu. Uwielbiam figury, które mają za sobą lata łajdaczenia się dla sportu i pisania wierszy z nawyku, jak Karol Leden, główny bohater Lwiątka, poeta i redaktor praskiego wydawnictwa.

Osobnik ów zalicza się do niewąskiego grona literackich kurw, acz, trzeba zaznaczyć, jest ladacznicą skrojoną przez autora na miarę czytelniczych inklinacji, tak by nie utraciła naszej sympatii i byśmy nie przestali kibicować jej po ostatnią stronę. Leden odnajmuje się wprawdzie komunistom w zamian za spokój i wygodę, lecz wśród otaczających go literackich kokot umiejętnie pielęgnuje swą renomę umiarkowanego buntownika w granicach prawa, co sprawia, że nie jest pospolitą bladzią, lecz należy do dziwek wyższej kategorii. A postacie takie, jak wiemy wszyscy, a najlepiej panie, pełne są zniewalającego bogartowskiego wdzięku. Nawet jeśli ich credo ma w sobie pospolitość kartofla i ogranicza się do konstatacji, że życie jest krótkie i przy odrobinie szczęścia, jak również z pomocą opatrzności możemy doczekać emerytury.

Nieco mniej lubię, gdy tacy bohaterowie tracą głowę i chłodny rozsądek, będący najskuteczniejszą bronią uwodzicieli, i dają się ponieść uczuciu nieprzystającemu do ich reputacji. A taki jest właśnie los Karola. Trawi go bowiem rodzaj głodu, który mężczyznom tak często myli się z miłością, gdy kandydatka na przelotną miłość staje okoniem i odmawia swoich powabów. Ale jak go nie rozumieć, zwłaszcza po informacji, że kontrast między striptizerką urodą, a purytańskimi morałami tworzył specyfikę panny Srebrnej, jego nieczułej bogdanki?

Skvorecky funduje nam więc pokaz idiotyzmu mężczyzny ogłupionego i ogłuszonego kobietą, z satysfakcją nurza męskość w bezsile wywołanej widokiem spalonego na brąz ramienia. Rejestruje drobiazgowo ów absolutnie barani zachwyt, typowe dla mężczyzn urzeczenie, onieśmielenie, ba, stupor myślowy, który ogarnia ich (nas), gdy mają (nie)szczęście znaleźć się w pobliżu kobiety zbyt doskonałej w swej wyzywająco milczącej powierzchowności. Atmosfera Lwiąta przypomina nieco aurę Obsługiwałem angielskiego króla Menzla, tego filmowego poematu na cześć idealnie pełnych zadów i krągłych piersi, choć więcej w dziele Škvorecký’ego smutnej refleksji na temat prostych mechanizmów płci niż ludycznego zachwytu.

Miłosna intryga toczy się wartko, a tocząc się, nie posuwa bynajmniej w stronę spodziewanej konsumpcji, tak że bohater, wedle własnego rozpoznania i zapewne ku radości poniektórych czytelniczek, ląduje ostatecznie na dupie, czyli w położeniu niezbyt godnym zazdrości. I właśnie wtedy, gdy konwencjonalne cierpienia Ledena osiągają swe apogeum, kiedy uczucie dowodzi swej banalnej potęgi, rozpuszczając zwartą bryłę cynizmu na strumyczki miłosnych skomleń i nie oczekujemy od książki właściwie niczego więcej, zauważamy, że daliśmy się nabrać i jesteśmy w samym środku kryminalnej zagadki, która, choć nie bardzo wyrafinowana, spina całą powieść i doprowadza nas do finału.

Lwiątko nie jest dziełem wytopionym na wielką miarę, tak jak na przykład nagrodzone w zeszłym roku Angelusem Przypadki inżyniera ludzkich dusz. To powieść znacznie skromniejsza i w innych celach spłodzona, nieprzytłaczająca autorską ambicją stworzenia opus magnum. Ale swoją świeżością i naturalnością (o ile w ogóle można o niej mówić w przypadku literatury) uwodzi nawet łatwiej niż opasłe tomiszcze Przypadków… A do tego budzi w człowieku zdrowy instynkt, by nie traktować świata nazbyt poważnie. Zwłaszcza latem.

9 Sierpień 2010 Posted by | lektury nadobowiązkowe, literatura czeska | | Dodaj komentarz

   

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.