Doczytania. Blog Grzegorza Krzymianowskiego

„pisarz nie potrafi zmienić świata, nie może nawet uczynić go gorszym” (I.B.Singer)

Bez granic

Onegdaj pisałem rozwlekle o Henrym Millerze, swoim ulubionym pisarzu-pornografie.  Czas po raz kolejny popuścić wodzy swoim niskim instynktom i równie nieumiarkowanie poplotkować o burzliwym życiu jego najsłynniejszej kochanki – AnaïsNin.

Bez granic – Anaïs Nin

To cud, że Anaïs Nin stała się samą sobą. Prawdopodobieństwo, że zostanie jedną z najbardziej znanych, a przy okazji kontrowersyjnych pisarek na świecie było bowiem doprawdy mizerne. Urodziła się pod Paryżem 21 lutego 1903 roku, jeszcze w belle époque, kiedy mężczyźni zwykli traktować kobiety w najlepszym razie jak piękne secesyjne ozdoby, dorastała w pruderyjnych, protestanckich Stanach Zjednoczonych, matka zaś powtarzała jej, że „nie potrzebuje wiele do szczęścia”. I dodawała: „Jedynie bardzo złe kobiety spędzają życie poza domem”. Imię jednak zobowiązuje — a Anaïs pochodzi od Anaitis, imienia syryjskiej bogini wojny.

Młodości przyszłej pisarki nie dałoby się nazwać ani sielankową, ani spokojną. Tuż po dwudziestce miała już wiele za sobą; burzliwe dzieciństwo w artystycznym domu, przeprowadzkę z Europy do Stanów Zjednoczonych, małżeństwo i powrót do Francji. Jej ojciec, „inteligentny, podstępny, kulturalny” muzyk, podróżuje wraz z rodziną po całej Europie, od Barcelony po Paryż, nie pozostając przy tym wzorem cnót i wierności. W końcu, gdy Anaïs ma 11 lat, ów gorącokrwisty Hiszpan porzuca żonę ostatecznie. I choć wspomnienia życia rodzinnego Nin pełne są obrazów kłótni, a nawet przemocy, której zaznaje od ojca, niezwykle przeżywa jego odejście. Obwinia samą siebie, uważa, że nie jest wystarczająco atrakcyjna, by zatrzymać rodzica przy sobie, a w swym młodzieńczym dzienniku zapisuje nawet, że poniosła „porażkę w miłości”.

Przez całe niemal życie będzie starała się uporać się z tą wyrwą w swoim istnieniu — za pomocą kolejnych mężczyzn, literatury, dziennika, psychoanalizy. „Niedostateczna miłość i odejście ojca pozostawiły niezatarte piętno. Czemu nie mogą zmazać go wszystkie miłości, które wzbudziłam?”. Potrzeba połączenia z ojcem staje się w końcu jej obsesją. W dziennikach wyznaje: „Pozostałam kobietą, która kocha kazirodztwo”. Nie jest to wyznanie teoretyczne; już jako trzydziestoletnia kobieta, w 1933 roku, spotyka się z ojcem we Francji i uwodzi go, by następnie porzucić. Ale to nie wystarcza, by uporać się z problemem niezrealizowanego dziecięcego pragnienia. „Uwodziła głównie ojcowskie postacie swego życia”— zauważa jej biografka Noël Riley Fitch. „Ojciec zdradził mnie i rozmieniłam się w milionach drobnych związków”— dodaje sama pisarka.

W młodości nazywano ją Linotte, roztrzepaniec. Pewna niefrasobliwość wobec życia pozostaje w niej na zawsze. Nawet jako dojrzała kobieta ma w sobie jakąś dziecięcą zachłanność, nie potrafi z niczego rezygnować, chce dla siebie wszystkiego jednocześnie, często rzeczy wzajemnie się wykluczających. Dlatego bardzo wcześnie wikła się w konflikty z samą sobą. „Byłoby pięknie, cudownie, gdybym dążąc do osiągnięcia własnego szczęścia, nie musiała polegać na mężczyźnie!”— pisze, by zaraz potem przyznać jednak, że świat bez mężczyzn wydaje jej się jałowy i bezbarwny. Jako nastolatka projektuje sobie idealnego partnera: „Mógłby być wielkim pisarzem, a ja pomagałabym mu chętnie tworzyć poetyckie fantazje”. Ale natychmiast uzupełnia ten obraz: „byłoby może lepiej, gdybym ja sama napisała tę książkę, a on przeprowadził korektę”.

Wśród fantazji, którymi zapełnia swą młodość, niewiele jednak przetrwa próbę czasu. Trudno to sobie wyobrazić, ale ta skandalistka, kobieta, która ze swojego życia erotycznego uczyniła bez mała dzieło sztuki, we wczesnej młodości była idealistką, marzącą o czystym i wzniosłym uczuciu. Zanim stanie się wampem, kometą, za którą ciągnie ogon zahipnotyzowanych jej urokiem i sex-appealem mężczyzn, potrafi nazwać zepsutym i bezwstydnym człowiekiem pewnego młodzieńca, który stara się o jej pocałunek. A na pytanie, czy chciałaby zostać sufrażystką, wykrzykuje: „Uchowaj Boże! Przeraża mnie sama myśl o tym!”.

Jej małżeństwo z Hugonem Guilerem, młodym bankierem, wydaje się przedsięwzięciem nie do końca przemyślanym — jakby Anaïs poszukiwała kotwicy dla swojej kapryśnej i niepewnej siebie natury. Kiedy w końcu decyduje się na ten krok, wahania jej nie opuszczają: „Czy teraz naprawdę znam życie? Czy wiem, co to miłość, miłość w małżeństwie?…”. Młodych małżonków nie łączy ani miłość od pierwszego wejrzenia, ani psychiczne czy cielesne dopasowanie. Bardziej wiążą ich własne słabości niż wzajemna fascynacja. Dość powiedzieć, że przez dłuższy czas ich związek pozostaje nieskonsumowany, a nawet gdy już do tego dochodzi, ich intymne pożycie staje się źródłem kolejnych frustracji i problemów. „Kocham Hugona beznamiętnie — notuje Nin— ale także czułość silnie wiąże ludzi”. Może właśnie z powodu owej „czułości” małżeństwo się nie rozpada. Nawet wtedy, gdy w 1955 r. Nin poślubia innego mężczyznę, Ruperta Pole’a, nie rozwodzi się z pierwszym mężem — pisarka przez 11 lat wiedzie żywot formalnej bigamistki.

Jak wiele innych par Anaïs i Hugo brną ze swymi problemami przez życie, a kiedy ich ciężar staje się zbyt nieznośny, czasowo się rozstają. Jej stosunek do męża jest jak przypływ i odpływ — nie potrafi się zdecydować, czy go porzucić, czy może uznać, że „przed chorobą i śmiercią może uchronić [ją] jedynie miłość — taka, jaką może dać Hugo, nikt inny”. Tworzą więc układ patologiczny, ale i symbiotyczny. Przynajmniej tak to sobie oboje wyobrażają — on zapewnia im środki do życia, z czasem coraz bardziej wystawnego, ona zaś realizuje pasje, które mężczyzna podziwia. On od rana do wieczora przesiaduje w banku, pnąc się po szczeblach kariery i ekonomicznego sukcesu, pani Guiler zaś pozostaje w domu.

Jeśli jednak Anaïs jest kurą domową, to z gatunku tych, które nie znoszą pokornie jajek. „W pracy gospodyń domowych — pisze— nie ma nic pięknego, potrafię więc doskonale zrozumieć rozterki i niezadowolenie przeżywane przez wiele kobiet, które muszą się tym zajmować, chociaż zasmakowały już przedtem w innym życiu, bardziej niezależnym”. Nigdy nie została matką, choć nie uniknęła zajścia w ciążę. Ale rozwiązuje ten problem w zgodzie ze swoim przekonaniem, że nie powinna mieć dzieci. „Macierzyństwo jest takim samym powołaniem jak każde inne. Kobieta powinna decydować się na nie z własnej woli, a nie pod wpływem nakazu”. Anaïs zaś nie jest panią domu, pragnie emocji, nawet ekstremalnych. „Śnią mi się burdele — wyznaje w dzienniku — gdzie biorą mnie wszyscy po kolei, tak długo, aż popadam w stan całkowitego wyczerpania, ale i zaspokojenia”.

Bardzo wcześnie zaczyna rozumieć, że tego, czego szuka, nie znajdzie w małżeństwie. Pragnie ŻYCIA, a nie życia i MIŁOŚCI zamiast miłości. Już jako kilkunastoletnia dziewczyna zapisuje: „Moje serce zdaje się zwracać ku każdemu, kogo uznam w duszy, iż jest tego wart; potrafię kochać na tysiąc różnych sposobów, lojalnie i szczerze”. Po kilku zaś latach te nieco niejasne i bardzo młodzieńcze deklaracje stają się dużo bardziej precyzyjne: „Jestem przekonana, że kiedy, tak jak ja, kocha się intensywnie trzech wybranych mężczyzn, doświadcza się wszystkiego”. Planuje napisanie opowiadania „o tym, jak to możliwe, że kobieta kocha dwóch mężczyzn; że całuje się z jednym z nich, marząc zarazem o ustach drugiego; że patrzy z miłością w oczy jednego, wspominając spojrzenie drugiego; że zasypia w ramionach jednego, marząc o drugim”. Anaïs zapewne nie jest ani pierwszą, ani ostatnią kobietą przeżywającą podobne rozterki; ale jako pierwsza równie bezpośrednio i bez przesłon daje dojść do głosu niespójności własnego pożądania. Z czasem Nin dochodzi do takiej wprawy we wplątywaniu się w karkołomne sytuacje uczuciowe, że potrafi kochać (i dręczyć) czterech mężczyzn jednocześnie. Rozstaje się z nimi, porzuca ich, wraca — jakby kręciła się na jakiejś diabelskiej erotycznej karuzeli. Jej psychoanalityk oraz — jakże by inaczej — kochanek charakteryzuje ją następująco: „Nie chce pani słabych mężczyzn, ale nie jest pani zadowolona, dopóki nie staną się słabi w pani rękach”.

Dopiero jednak wyjazd do Europy, ku której, wedle Anaïs, zwracają się „ludzie sztuki, intelektualiści i w ogóle zorientowani na kulturę”, staje się dla niej przełomem. Nieprzypadkowo wpis na nowy rok 1926 brzmi: Vita nuova, nowe życie. Nin ze swoimi literackimi ambicjami doskonale pasuje do artystycznej atmosfery stolicy Francji. Tak się jednak składa, że zamiast Hemingwaya, Joyce’a czy Scotta Fitzgeralda spotyka Henry’ego Millera. Znajomość, a wkrótce gorący romans z tym ostatnim oznacza dla Anaïs wstrząs i zwrot. Dotychczas tylko snuła fantazje, teoretyzowała, teraz przychodzi czas praktyki, prawdziwej inicjacji twórczej i erotycznej. „Przyszłam do Henry’ego jako dziewica, świeża, niedoświadczona, ufna, nienasycona”— zauważa Anaïs. A wkrótce potem deklaruje: „Pragnę rzucić moje dotychczasowe życie, mój dom, moje bezpieczeństwo, moje pisarstwo, żeby z nim żyć, dla niego pracować, dla niego stać się prostytutką”. Ale i dla niego, mężczyzny zaprawionego w seksualnych bojach, jest to sytuacja nowa: „nigdy nie kochałem inteligentnej kobiety. Zawsze stały umysłowo niżej ode mnie. Ciebie uważam za równą sobie”. Henry uważa ją za tak równorzędnego partnera, że nie ma nic przeciwko, by to właśnie Nin zorganizowała mu pieniądze na wydanie jego debiutu, słynnego Zwrotnik Raka, nawet jeśli fundusze pochodzą od Otto Ranka, ucznia Freuda i pierwszego z całego ciągu psychoanalityków uwiedzionych przez Anaïs.

Związek z autorem Sexusa to najbardziej intensywny i brzemienny w skutki okres w życiu Nin. „Ściga mnie jego brutalna, agresywna męskość. Smakuję tę brutalność wargami, łonem”. Wzajemna fascynacja rozwija się niemalże pod okiem męża Anaïs. A żeby sytuacja była bardziej skomplikowana, Miller ma biseksualną żonę, June Mansfield, która zdradza go na potęgę, zarówno z mężczyznami, jak i kobietami. Anaïs i June szybko połączy fascynacja, nie tylko duchowa. „June to przerażająca, a zarazem inspirująca natura, przy której wszystkie inne kobiety wydają się mdłe i nudne”— zapisuje Nin, zazdroszcząc jej „nienasyconego apetytu na życie i chęci wypróbowania wszelkich, nawet najostrzejszych smaków”. A przy innej okazji dodaje: „Kocham ją za to, kim ośmiela się być, za jej nieczułość, okrucieństwo, egoizm, przewrotność, demoniczną niszczycielską siłę. [...] Szanuję jej odwagę, by ranić ludzi”.

Mąż Anaïs robi wiele, by nie dostrzegać własnego poroża, które z miesiąca na miesiąc przybiera coraz bardziej okazałe rozmiary. Można chyba mówić o zamierzonej ślepocie, skoro nawet gdy czyta w dzienniku Anaïs opisy jej intymnych schadzek z Millerem, daje sobie wmówić, że to fikcja literacka. Po tym incydencie Nin na potrzeby Hugo tworzy specjalną wersję pamiętnika. Da się ją zrozumieć — mąż dużo pracuje, to w Paryżu, to w Londynie, ma na głowie utrzymanie rodziny, a często, nie zawsze tego świadomy, grono jej przyjaciół-artystów. Nic właściwie dziwnego, że ostatecznie również ląduje na kozetce psychoanalityka i nie podniesie się z niej aż do śmierci.

Związek Anaïs i Millera rozluźnia się na skutek wybuchu wojny. Wprawdzie spotykają się już w styczniu 1940 r. w Nowym Jork, ale temperatura ich relacji opada. Rupert Pole podsumował ten okres życia Nin następująco: „Nigdy później nie była już tak szalona, choć jej seksualna odyseja trwała jeszcze wiele lat”.

W dzielnicy Nowego Jorku Greenwich Village powstaje nowe centrum awangardy artystycznej. Po wielkiej migracji z Europy pojawiają się tam Marcel Duschamp, Man Ray, Salvadore Dali, słynni awangardowi burzyciele, a także bardziej nobliwi pisarze — np. Tomasz Mann i jego brat Henryk. Anaïs ma już dosyć pisania dla wąskiej grupy przyjaciół, pragnie publicznego uznania. Wydawcy ją jednak ignorują, jeśli ukazują się jej powieści, to publikuje je własnym sumptem. Kupuje starą prasę drukarską, napędzaną przy pomocy pedału, i własnoręcznie, a właściwie własnonożnie, tłoczy egzemplarze swoich dzieł.

Na szerszy oddźwięk publiczności przychodzi jej jednak poczekać bez mała 20 lat. „Konflikty uczuciowe, fiasko niespełnionych marzeń, zamiarów i planów, brak energii, przygnębienie, niezrozumiałe napięcie — oto lejtmotyw jej pisarstwa” — zauważa jej biografka Linde Sandler. Anaïs w opowiadaniach rozszczepia swoją osobowość na podobieństwo atomu — każdej z postaci kobiecych przyporządkowuje jakiś element siebie, obdarza je fragmentami swoich doświadczeń. Lata wojny nie sprzyjają jednak tak bezpruderyjnej, bezpośredniej, psychologicznie powikłanej i pełnej erotyzmu twórczości, a przychylne głosy padają rzadko. Krytyk literacki Edmund Wilson uważa, że w jej twórczości „wyborna poezja miesza się z prosta, realistyczną obserwacją. Sceną wydarzeń jest świat szczególny, świat kobiecych obserwacji i fantazji”. Częściej jednak zdarzają się opinie odmienne. W 1949 roku w „Partisan Review” pewna recenzentka nie pozostawia na Anaïs suchej nitki: „Dość nieokreślona, rozmarzona, rozpaczliwie pretensjonalna, jest kwękającym dzieckiem z dobrego domu awangardy lat dwudziestych”. A Simone de Beauvoir, feminizująca pisarka i partnerka Sartre’a, jest wściekła na Nin ze względu na wykreowany przez nią typ kobiecości.

Dlatego w latach 40. wespół z Millerem zarabia pisaniem opowiadań pornograficznych dla pewnego kolekcjonera. Zostaną opublikowane dopiero po jej śmierci w tomach Delta VenusMałe ptaszki i natychmiast zostaną bestsellerami. To dzięki nim zacznie się mówić o „pornografii dla kobiet”. Choć Anaïs nie przemilcza nawet bardzo niestandardowych konstelacji seksualnych, opisy zbliżeń nie rażą dosłownością, są dosadne, lecz nie wulgarne. Nin robi z aktu seksualnego teatr. W recenzji „New York Times” mówi się nawet o „najpiękniejszej i najbardziej bezpośredniej książce, napisanej kiedykolwiek przez kobietę”.

Dziełem życia Anaïs pozostaje jednak dziennik, który rozpoczęła, mając 14 lat. W chwili jej śmierci, 14 stycznia 1977 r., rękopis liczył 35 tys. stron! To jedno z najbardziej spektakularnych w dziejach literatury świadectwo wewnętrznego życia kobiety. Dla Anaïs dziennik stał się jednak przede wszystkim narzędziem samopoznania i autokreacji, zwłaszcza gdy uznała, że warto go opublikować. „Mam gorące pragnienie wynaleźć sama jakąś nową formę, a mogłabym tego dokonać, dając upust swym skłonnościom i drzemiącemu we mnie lekkiemu szaleństwu”.

Pisarstwo i mężczyźni — dwie namiętności, od których Nin nie potrafiła i nie chciała się uwolnić. Niepowodzenia w jednym i drugim przypadku skutkują stanami przygnębienia, okresami depresji, która mija, gdy na horyzoncie pojawia się nowy kandydat na kochanka. Dojrzała Anaïs to już nie ta młoda kobieta, która boryka się z własnymi potrzebami cielesnymi. Jej przygody zaczyna cechować pewien pragmatyzm — mężczyźni, których okręca sobie dookoła palca, bywają dużo młodsi. Nie może zresztą już liczyć na swych byłych kochanków, zwłaszcza w kwestiach dotyczących spraw cielesnych. U Henry’ego Millera drażni ją „jego pogłębiające się zainteresowanie mistycyzmem przy jednoczesnym braku zainteresowania kobietami”. Anaïs wyznaje: „Obecność młodzieńców […] sprawia, że ciasny, przygnębiający, ostateczny i skostniały świat przekształca się w świat zmienny, cudowny, nadający się do formowania i tworzenia”. Może sobie jednak na to pozwolić — ze swoimi wielkimi oczyma, ptasią głową i drobniutkim ciałem nawet po sześćdziesiątce wygląda tak, jakby odkryła sekret długiej młodości.

Uznanie i popularność zyska dopiero w latach 60., gdy przez świat Zachodu przeleje się fala rewolucji obyczajowej, a seks ze szczelnie zamkniętych mieszczańskich sypialni wyjdzie na ulice. Pisarka Erica Jong uznała, że żadna inna artystka „nie opowiedziała »dziejów kobiecej seksualności« bardziej uczciwie niż Nin”. Zaś zdaniem znanej feministycznej badaczki Kate Millet — Anaïs była autorką „pierwszego prawdziwego portretu artystki jako kobiety”. Już po śmierci pisarki w 1977 r. na podstawie jej prozy i dzienników powstają znane filmy: wysmakowany erotyk Delta Venus w reżyserii Zalmana Kinga czy Henry i June Philipa Kaufmana. Ostatecznie, co jest częstym losem ludzi zbyt śmiało wychodzących naprzeciw przyszłości, znaczenie twórczości Anaïs Nin docenili dopiero jej potomni.

 

(tekst ukazał się w lutowym „Existence Magazine” pod tytułem Udręka i ekstaza)

 

 

 

 

 

16 Marzec 2012 Posted by | niedyskrecje | , | Dodaj komentarz

Nakładać pustkę na pustkę

Fleur Jaeggy, Żywoty domniemane

Po pozycji o równie znakomitym, z ducha Borgesowskim tytule, sugerującym jakieś biograficzne gry i zabawy, a dodatkowo z ducha postmodernistyczną dowolność, wiele można sobie obiecywać, nawet jeśli książka okazuje się jedynie książeczką. Ostatecznie powszechnie wiadomo – a w każdym razie zwykło się tak utrzymywać – że nie rozmiary są w życiu najważniejsze. Jak jednak pomieścić na osiemdziesięciu stronach cztery biografie, w dodatku równie zagadkowe co żywoty de Quinceya, Keatsa, Schwoba czy Roberta Walsera, by nie pozostawiły po sobie jedynie uczucia napoczęcia, urwanego szkicu, niewykończonego portretu? Autorka wyraźnie wzięła się na sposób i – całkiem rozsądnie – nie targnęła się na życia opisywanych przez siebie postaci z ambicją dokopania się do ich tajemnicy, czego wynikiem, biorąc pod uwagę mikre rozmiary całości, musiałyby być niechybnie skrótowce godne Wikipedii. Postawiła raczej na przyczynki do biografii, fragmenty, sceny, oprawione w oryginalny, niekiedy wręcz urzekający styl. Wyszły jej żywoty w skrótach poprzecznych; istnienia przeszyte na wskroś dosłownie kilkoma sztychami, poskładane z momentów, uwięzione i ściśnięte do kilku, najwyżej kilkunastu stron tekstu. Nie ma więc co liczyć, że zagadka tych zadziwiających, zwichniętych egzystencji zostanie choćby tknięta – forma tekstów Jaeggy przekreśla tę możliwość już na wstępie.

Pojawia się zatem następujące zagadnienie: w jakim celu, nie licząc powodów ekonomicznych, te eseje powstały? Problemem może być znalezienie klucza, który łączyłby wzmiankowanych wyżej pisarzy; trudno o odpowiedź na pytanie, dlaczego Fleur zajęła się akurat tymi, a nie innymi postaciami, a nade wszystko – dlaczego współistnieją one w jednej książce? Trzeba bowiem niejakiego wysiłku, by znaleźć paralele między opisywanymi przez autorkę twórcami. Z kluczami jednak – zwłaszcza interpretacyjnymi – jest tak, że jak się dobrze uprzeć, zawsze jakiś się znajdzie. Komu będzie zależało, dopowie sobie resztę – zapewne nie bez pomocy wyrażeń w stylu poetes maudits, poeci przeklęci. Ostatecznie cała czwórka bohaterów Żywotów domniemanych spełnia wysokie kryteria, jakie nasze kultura stawia przed kandydatami na to uwznioślone modernistyczną tradycją stanowisko – cały kwartet hołdował bowiem zasadzie, która powraca nachalnie w prozie Walsera, a której współczesnym wyrazicielem jest Michel Houellebecq – „Wolałbym nie”.

Skłonność, jaką współczesna kultura przejawia w stosunku do tych, którzy stają wobec niej okoniem – z ostatnich tygodni kłania się casus Amy Winehouse – jest jednak głównie dowodem na to, do jakiego stopnia przesiąknęliśmy duchem romantyzmu, z jego przekonaniem, że twórca toczy nieustanny bój ze światem, od kołyski aż po grób; walkę, którą ze względu na dysproporcje sił musi prowadzić za pomocą różnego rodzaju używek i wspomagaczy, w ostateczności wzmacnianych osobistym szaleństwem. Ciekawie byłoby zastanowić się, czego nie dostaje naszej rzeczywistości – lub czego jest w niej nadmiar – że musi uciekać się do tragicznych legend tych, którzy ze światem mieli – lub chcieli mieć – jak najmniej wspólnego. (…)

 

Cała reszta w Literatkach, gdzie będę od czasu do czasu publikował. Ale stronę polecam nie tylko z tego względu…

 

 

16 Sierpień 2011 Posted by | lektury nadobowiązkowe, niedyskrecje | , , , | Dodaj komentarz

Singer – ten obcy z Krochmalnej

 

Jako że lato, bez najmniejszych wątpliwości najpotworniejsza pora roku, nieomal doczłapało do półmetka, uważam, że dobrze byłoby jakoś uczcić ten fakt. A że dodatkowo całkiem niedawno (bo 24 lipca) minęła 20 rocznica śmierci Isaaca Bashevisa Singera, jedynego bodajże noblisty urodzonego w Polsce, którego nie hołubimy jako dowodu na doskonałość polskiego ducha, proponuję Państwu lekturę przydługiego i plotkarskiego artykułu, który stoi skądinąd w jawnej sprzeczności z wyznawaną przeze mnie – za Philipem Rothem – zasadą, że łączenie tzw. prawdziwego życia i literatury to praktyka godna co mniej bystrych recenzentów, a nie kogoś, kto literaturę stara się traktować serio.

 

We wspomnieniach Izraela Zamira, jedynego potomka Isaaca Bashevisa Singera, znajdują się opisy dwóch znamiennych sytuacji. Podczas ostatniego spotkania ojca i syna cierpiący na Alzheimera pisarz co i rusz dopytywał żony: „Co to za facet, który się do mnie przyczepił?”. Tuż przed śmiercią natomiast wykrzyknął: „Naama!”, imię kobiety demona, którą Matuzalem przywoływał tuż przed śmiercią, by po raz ostatni się z nią połączyć. Te dwie sceny wiele mówią o Singerze, twórcy kochającym swe dzieło bardziej niż ludzi, i autora, który bez kobiet nie potrafił pisać.

„Kiedy byłem młody, marzyłem o haremie pełnym kobiet” – wyznał przy jakiejś okazji. Mimo „ascetycznej fizjonomii”, ambicję tę realizował z powodzeniem przez całe życie. „Jego umiejętność uwodzenia kobiet była wręcz zdumiewająca i niepojęta” – nie krył zaskoczenia syn. Sam pisarz również wydawał się niekiedy nieco zdezorientowany swym powodzeniem, jednemu ze swoich tłumaczy powiedział: „Wszystkie one przychodziły spontanicznie. (…) W przeciwnym razie nic by się nie wydarzyło. Nie wiedziałbym, jak je uwieść”. Musiało być w nim jednak coś magnetycznego, skoro w 1985 roku magazyn „Mc Call’s” zaliczył go do dziesiątki najbardziej seksownych mężczyzn Ameryki.

Pisarz niezbyt dobrze opanował sztukę odmowy, dlatego miał na koncie sporo połamanych kobiecych serc i obietnic małżeństwa, od których salwował się ucieczką. Instytucję małżeństwa traktował zresztą podejrzliwie. Nie wiadomo, czy kobieta, z którą miał jedyne dziecko, Rochla Szafira, zwana przezeń Runią, została jego żoną. Pewne jest natomiast, że wyjeżdżając do Stanów, porzucił ją wraz z dzieckiem. Obiecując jej w listach rychłe spotkanie, „zapomniał” też poinformować ją o drobnym fakcie – że w 1940 roku jednak się ożenił. Izrael dowiedział się o tym, gdy w 1955 roku przyjechał do USA, by zobaczyć się z ojcem pierwszy raz od dwudziestu lat.

„Byliśmy sobie obcy. Między nami wyrosła góra milczenia” – opisuje syn swoje wrażenia ze spotkania i nie potrafi powstrzymać się od drobnego rewanżu: „Poza ciekawością nic do ojca nie czułem”. W jego relacji Singer jest oziębły, wystraszony i skąpy. Później stosunki między nimi nieco się ułożyły, a syn zaczął nawet przekładać utwory ojca na hebrajski. Kiedy jednak Izrael sprezentował Singerowi swój debiutancki zbiór opowiadań, ojciec wpadł po prostu w gniew. „Po co piszesz własne książki, jeśli możesz tłumaczyć moje?” – zapytał.

 

Odpowiednio wyrozumiała partnerka to dla pisarza skarb i takim skarbem okazała się dla autora „Spuścizny” jego żona Alma. Zanim poznał ją w 1937 roku, mieszkał w norze, którą dzielił z karaluchami, i cierpiał na brak weny. Względna stabilizacja i ślub w 1940 roku postawiły go na nogi. Poznał ją w 1937 roku. Nazywała się wtedy Wassermann, miała męża przedsiębiorcę, dwójkę dzieci, ułożone i dostatnie życie. Singer nie zrobił na niej na początku piorunującego wrażenia: „wydawał się zupełnie zagubiony i zdezorientowany, miał trudności z odnalezieniem jadalni, swojego pokoju”. Najwidoczniej później było nieco lepiej, skoro nie zawahała się porzucić wszystkiego dla nieznanego nikomu pisarza, którego opowiadań – jako że nie znała jidysz – nie mogła przeczytać. „Nigdy tego potem nie żałowałam” – twierdziła, gdy tymczasem on wyznał przy jakiejś okazji: „byłem na tyle pozbawiony skrupułów i szalony, że traktowałem to wszystko jak zabawę”.

Alma miała wszelkie dane po temu, by stać się kolejną porzuconą przez Singera kobietą. Tak się jednak nie stało, być może dlatego, że wierzyła w niego bezkrytycznie – co pisarzowi przez jakiś czas musiało zastępować uznanie krytyki – i z zadziwiającym samozaparciem. To na nią spadł ciężar utrzymywania domu i znoszenia jego nieustannych erotycznych podbojów. Alma godziła się na podobne traktowanie, wierząc, że kobiety to napęd twórczości męża. Być może dzięki niej Singer został uznanym twórcą, ale sama pod koniec życia usłyszała z ust córki: „Coś ty zrobiła naszemu ojcu?”.

 

Wszystkie te anegdoty, stawiające Singera w mało przychylnym świetle, byłyby jednak bez znaczenia, gdyby nie jego książki – haracz, którym pisarze zwykle odkupują życiowe błędy. Kiedy w 1978 roku odbierał Nagrodę Nobla, mógł traktować ten zaszczyt jak jedno z tych tylko na poły realnych zdarzeń, którymi wypełniał swoje książki. Z pewnością bowiem jest rodzajem cudu, że ten wychowany w rabinackiej rodzinie chłopak stał się najbardziej rozpoznawalnym pisarzem „żydowskiego języka”.

Jego ojciec, Pinchas Menachem, był badaczem Tory i poza tym zajęciem niewiele, łącznie z ekonomicznym bytem rodziny, go obchodziło. Każdą świecką lekturę, podobnie jak teatr czy prasę, uważał za rozrywkę podsuniętą ku zgubie ludzkości przez złe moce. Emocjonalne i antyintelektualne skłonności ojca równoważyła matka Singera, Batszewa. „Czy nakarmisz dzieci tymi odkryciami?” – starała się przemówić do rozsądku mężowi, jak to zwykle bywa, bez powodzenia, skoro w domu brakowało łóżek i ktoś musiał spędzać noc na stole. „Stwierdzenie, że (…) byli wyjątkowo niedobraną parą, to eufemizm” – stwierdza badaczka twórczości Singera, Janet Hadda.

Zauważalna w prozie Singera dwoistość dowodzi, do jakiego stopnia nasiąkł on domową atmosferą. Od wczesnego dzieciństwa był bowiem rozdarty między uduchowionym ojcem a matką realistką. Wewnętrzny konflikt młodego Isaaca podsycał dodatkowo jego starszy brat, Israel Jehoszua, którego Bashevis uważał za swój wzór i oparcie, jednocześnie nie potrafiąc wyjść z jego cienia. „Nigdy nie odzywałem się do niego pierwszy. Zawsze czekałem, aż sam zacznie rozmowę” – wyznał autor „Dworu”. Joszua również był pisarzem, aż do śmierci w 1944 r. znacznie popularniejszym od późniejszego noblisty, autorem takich powieści jak Josie Kałb, przedstawiających w realistyczny sposób żywot żydowskiej diaspory. To starszy brat wprowadzał Isaaca w środowiska literackie, najpierw w Warszawie, później w Nowym Jorku. Joszua znalazł się w USA nieco wcześniej, po pobycie w Związku Radzieckim, na tyle owocnym, że ten komunizujący wcześniej wolnomyśliciel stał się radykalnym krytykiem „przodującego ustroju”. Joszua pracował w żydowskim dzienniku „Forwerts”, dzięki czemu i Isaac mógł w nim zakotwiczyć. Prowadził tam rubrykę „Co warto wiedzieć” i pod pseudonimem Icchok Warszawski rozprawiał między innymi na takie tematy jak: „Zbrodnie popełniane przez kobiety ze względu na nieudane życie rodzinne” czy „Ludzie, którzy lubią ranić innych, i ludzie, którzy lubią być ranieni”.

 

W porównaniu do realistycznej prozy starszego brata, twórczość Isaaca od samego początku wydawała się wypełniona fluidami dzieciństwa. „W naszym domu mówiło się zawsze o dybukach, duszach zmarłych, wstępujących w ciała żywych ludzi, o duszach odrodzonych w postaci zwierząt, o domach zamieszkanych przez chochliki, o piwnicach nawiedzanych przez demony” – wspomina Singer w autobiograficznym „Urzędzie mojego ojca”. Również w przemówieniu noblowskim dał wyraz swego przywiązania do światopoglądu wyniesionego z rodzinnego domu: „Nie mogę się pogodzić z myślą, że świat, w którym żyjemy, jest w ostatecznym rachunku tylko rzeczywistością fizyczną czy chemiczną – skutkiem ślepego rozwoju”. Z atmosfery przeszłości czerpał zresztą całe życie; to, co minione, było fundamentem jego książek. Stał się kronikarzem zapisującym świat, który odszedł – świat żydowskich sztetli, miasteczek zamieszkałych przez duchy.

Jego rodzinny Leoncin trudno byłoby wszak nazwać miasteczkiem, skoro na początku XX w. mieszkało w nim około 200 mieszkańców. Później mieszkał jeszcze w Radzyminie i Biłgoraju, aż wreszcie osiadł tam, gdzie do końca życia biło źródło jego prozy – na ulicy Krochmalnej w Warszawie. Krochmalna była minikosmosem, dla młodego Isaaca, a zwłaszcza dla Singera pisarza, mieściło się tam wszystko. I faktycznie, miejsce było różnorodne, jak na wszechświat przystało – kilka kroków od synagog i bożnic spotykali się złodzieje, sutenerzy i prostytutki. Na Krochmalnej żył też Janusz Korczak, dopóki wraz ze swoimi podopiecznymi nie został wywieziony do obozu zagłady. „Mieszkaliśmy w <<żydowskim kraju>>, który miał swoje żydowskie gazety, żydowskie szkoły, żydowskie teatry, żydowskie kina… Można było przeżyć całe życie, nie znając nawet dziesięciu polskich słów” – wspomina Szulim Rozenberg, jeden z nielicznych mieszkańców tego „państwa w państwie”, którzy przeżyli holocaust. Oczywiście nie mogło też zabraknąć związku literatów. Literatn-farajn dzielił siedzibę z syjonistami, a sąsiadował z Wielką Synagogą i domem publicznym. Atmosfera również nieco przypominała zamtuz, a to z powodu różnic światopoglądowych i konfliktów między zwolennikami trockizmu, stalinizmu, syjonizmu czy tradycji żydowskiej.

Opuszczając Polskę w 1935 roku, Singer miał świadomość, że od tego momentu jedynym pośrednikiem między nim a tym, co porzucał, będą jego wspomnienia. „Wiedziałem, że nigdy tu nie wrócę i że wszystkie te rzeczy, Warszawa, Polska, Związek Literatów, moja matka, brat Mojsze i bliskie mi kobiety, przeniosły się w sferę pamięci. Prawdę powiedziawszy, były duchami nawet wówczas, gdy przebywałem z nimi.” Nie mylił się – Zagłada wymazała Singerowski kosmos z rzeczywistości. „Z tej przestrzeni wytarto historię, unieważniono dawne pejzaże. Zakneblowano pamięć” – zauważa Agata Tuszyńska, autorka poświęconych pisarzowi „Pejzaży pamięci”. Singer stał się więc malarzem nieistniejącego świata, zaklinaczem duchów, pośrednikiem między światem żywych i umarłych. Jego powieści zanurzone są w przeszłości, z której nie zostało prawie nic poza słowami. „Język to jego ziemia” – zauważa Florence Noiville. Pozbawiony swojego miejsca, to właśnie w jidysz czuł się „jak w domu”.

Był jednak świadomy, że podobny wybór wzmacnia jego pisarską izolację, nawet jeśli w East Side, żydowskiej dzielnicy Nowego Jorku, mieszkało wówczas ponad trzy milionów Żydów. „Stoimy na moście z papieru” – powiedział o pisarzach tworzących w „języku żydowskim” Jidysz nie był bowiem popularny wśród żydowskich emigrantów; zarówno ci zasymilowani, jak i ci używający hebrajskiego uważali go za godny pogardy język wschodnioeuropejskiego plebsu. Wbrew temu Singer upierał się, że jidysz „jest najbogatszym językiem na świecie”, a w czasie ceremonii wręczania nagrody Nobla tak tłumaczył swe przywiązanie do tego języka: „jestem pewny, że pewnego dnia miliony Żydów wstaną ze swych grobów i ich pierwszym pytaniem będzie, czy ukazała się jakaś nowa książka po żydowsku?”.

Paradoksalnie Singer nie cieszył się sympatią w kręgu pisarzy jidysz. Wręcz przeciwnie, atakowano go za epatowanie erotyką, eksponowanie wątków fantastycznych i popularność wśród gojów, co zdaniem przeciwników zawdzięczał schlebianiu ich niskim gustom i antysemickiemu wydźwiękowi niektórych jego tekstów. Żyd to ktoś – powiedział podczas jednego z wywiadów – „kto nie mogąc zasnąć, nie daje innym zmrużyć oka”. Przyznanie Singerowi nagrody Nobla przez pewnego pisarza jidysz nazwana została „tragedią dla narodu żydowskiego”.

Dwudziesta rocznica śmierci pisarza to dobry moment, by zastanowić się nad polskim stosunkiem do Singera. My, Polacy, mamy z nim poważny kłopot – niby to pisarz „nasz”, bo urodzony na ziemiach polskich i żyjący tu ponad 30 lat. A jednak zupełnie obcy, przez wiele dziesiątek lat w ogóle nieznany. Dość powiedzieć, że do 1978 roku, gdy otrzymał Nobla, w Polsce przetłumaczono jedno (!) jego opowiadanie. Sam Singer również, delikatnie rzecz ujmując, nie pielęgnował sentymentu do kraju swoich narodzin. „Nigdy nie odczuwałem w życiu takiej beznadziei, jak w Polsce pod koniec lat dwudziestych” – wyznał w pewnym wywiadzie. „Powrót do Polski oznacza powrót do piekła. Dopóki żyję, nie wrócę tam!” – pisał do swego przyjaciela. A w innym liście dodawał: „Nigdy nie należy wracać do Polski. Lepiej skoczyć do oceanu”. Nie zawsze był jednak taki radykalny, zwłaszcza w swych utworach starał się ważyć racje nieco bardziej bezstronnie. W opowiadaniu „Młodzieniec w poszukiwaniu miłości” wkłada w usta swego bohatera następujące stwierdzenie: „Sytuacja Żydów tutaj jest rozpaczliwa. Polacy mają nas zupełnie dosyć i potrafię zrozumieć ich racje. Żyjemy tu od ośmiuset lat i pozostaliśmy obcy. Ich Bóg nie jest naszym Bogiem, ich historia nie jest naszą historią. Większość z nas nie potrafi nawet mówić przyzwoicie po polsku”.

Singer urodził się pod Warszawą, mieszkał w niej, ale pierwsze trzy dekady życia spędził w nieoficjalnym żydowskim mieście, którego centrum była dla niego Krochmalna. Nie miał żadnego kontaktu z polskim światem literackim – wizyty w „Ziemiańskiej” czy „Pod Pikadorem” nie wchodziły w jego przypadku w grę. Nigdy nie wspominał o pisarzach tworzących po polsku, wśród których wielu – jak Tuwim czy Słonimski – miało przecież żydowskie korzenie. Singer pozostał dla Polski obcy, podobnie jak obca była mu Polska.

Krochmalnej, jaką znał, nie ma od czasu powstania w warszawskim getcie w 1943. W położonym 30 km od Warszawy Leoncinie również trudno uświadczyć śladów życia jego przedwojennych mieszkańców. Istnieje wprawdzie zaułek imienia Isaaca Bashevisa Singera, ale tylko dlatego, że nie stoi przy nim żaden dom. Ulicy imienia pisarza nie ma, bo – jak relacjonuje Agata Tuszyńska – współcześni mieszkańcy Leoncina nie chcieli mieć „żydowskiego adresu”.

25 Lipiec 2011 Posted by | niedyskrecje | | 2 komentarzy

SZTUKA UŻYWANIA KUŚKI

SZTUKA UŻYWANIA KUŚKI

Ludwik Stomma

ŻYCIE SEKSUALNE KRÓLÓW POLSKICH I INNE SMAKOWITOŚCI

Każdy mężczyzna staje w swoim życiu przed dramatycznym pytaniem: czy przespać się ze wszystkimi kobietami świata, czy odnaleźć wszystkie w jednej. Król (August II Mocny) przychylił się do wersji pierwszej. Obiektywnie jest ona nie do zrealizowania. Można tylko próbować, zaliczać…

Gdy się już człowiek dostatecznie popochyla nad przepastną studnią egzystencji (a jestem właśnie po lekturze Krwawego południka McCarthy’ego, rzeczy naprawdę mocnej), tak że zrobi mu się na duchu i ciele jakby słabiej, w ramach psychicznej higieny warto zafundować sobie lekturę w gatunku lekkim i ożywczym. A trudno wyobrazić sobie temat, który, jakby na przekór wciąż rozszerzającemu się kosmosowi i wiszącej nad nami zagłady ekologicznej, lepiej poprawiałby nastrój niż tradycyjne świntuszenie. Tym właśnie zagadnieniem zajął się Ludwik Stomma w Życiu seksualnym… I choć głównym celem autora nie wydaje się podnoszenie kogokolwiek na duchu, a raczej wzbudzanie zdrożnych, a niedosiężnych tęsknot, to jednak kończy się tę książeczkę w nastroju raczej przyjemnym.

Całe to skromne dziełko pisane jest pod dyktando tezy, że im bardziej niemoralny bywał dany władca, tym sprawniej wywijał berłem i tym samym bardziej się Rzeczypospolitej przysłużał. I na odwrót – gdy zbyt dużo romantyzmu i delikatności uczuć zagnieżdżało się w królu, w niewielkim stopniu przysparzał ojczyźnie splendoru.

Podczas lektury łatwo więc dać się zasugerować, iż zbyt daleko posunięta wstrzemięźliwość nie przekłada się ani na sukcesy osobiste, ani na szczęście otoczenia. A tym łatwiej o podobną konstatację, że Stomma jest tu lekkopióry, zabawny i absolutnie niedyskretny, co mu się rzecz jasna chwali, skoro wziął się za zaglądanie do alków, buduarów i w szerokie królewskie łoża. Widać, że tematyka sprawia autorowi frajdę, a to dobra recepta na to, by podobna radość udzieliła się czytelnikowi.

Życie seksualne… to oczywiście błahostka, ale przy odrobinie umysłowego wysiłku z tych drobiazgów o wybitnie buduarowym zabarwieniu da się wyprowadzić pewną smutną refleksję: otóż w naszym – przepraszam za wyrażenie – narodowym ustrojstwie coś się nagle załamało, coś pękło, przynajmniej jeśli chodzi o kwestie łóżkowe. Stomma dowodzi, że nasi odziani w kontusze antenaci doskonale i bez kompleksów radzili sobie z chędożeniem, tak w naturze, jak w poezji. Oto jak sprawnie na tym drugim obszarze poczynał sobie na przykład autor kolędy Bóg się rodzi, Franciszek Karpiński:

Poszła Marysia na raki,

Wygryzły jej pisię szczupaki.

Siadła nad potokiem i płacze:

Wróć mi moja pisię szczupacze!

Z czymże teraz do karczmy chodzić?

Czym ja będę parobków zwodzić?

Czym ja będę Stacha jednala?

(…)

Cóż na świecie z dziewki bez pisi;

Pójdąż na marne lata Marysi.

A wraz z zaborami Polacy stracili nie tylko państwo, ale i jakby erotyczną fantazję – zamiast kochanek zaczęli sobie sprowadzać do łóżka ojczyznę. Skutki odczuwamy po dziś dzień: ostatecznie, bracia Polacy, w każdym rankingu badającym łóżkową fantazję i sprawność polskich mężczyzn, nasze żony, konkubiny i miłości plasują nas na dalekich miejscach, okupowanych głównie przez Rosjan, Ukraińców i Albańczyków. Rodaczki, które miały na tyle rozumu i szczęścia, by posmakować obcowania z przedstawicielami nacji bardziej narowistych i mocniej zaawansowanych w sztuce amoralności, nieodmiennie wystawiają nam nędzne świadectwo.

Jedyna pociecha, choć marna, polega na tym, że większość, o ile nie zafunduje sobie takiego miłego i udanego cudzoziemca, w końcu do nas powraca. Tak jest – panie i panowie – miłość opiera się na kłamstwie i nigdy by bez kłamstwa nie zaistniała. Staję przed lustrem – patrzę na swój wciąż uwydatniający się brzuch, na zwiotczałe pośladki i uda (…) Ale oto ona przychodzi i mówi: jesteś śliczny. I to jest właśnie prawdziwe spełnienie kochania: prima aprilis.

Czyż nie tak, drodzy Państwo?

28 Wrzesień 2010 Posted by | lektury nadobowiązkowe, literatura polska, niedyskrecje | | Dodaj komentarz

Henry Miller W łóżku z pisarzem

7 czerwca minęła 30 rocznica śmierci mojego ulubionego ongiś porno-pisarza – HENRY MILLERA. W związku z tym  proponuję garść plotek i anegdot z życia tegoż zebranych w plotkarskim i anegdotycznym artykule o pretensjonalnym i tabloidowym tytule.

W ŁÓŻKU Z PISARZEM

Gdy w czerwcu 1980 roku Henry Miller dokonywał w Los Angeles długiego i znaczonego skandalem żywota, w niewielkim stopniu przypominał chłopaka, który wychowywał się w Brooklynie, czy też faceta żyjącego w latach trzydziestych na paryskiej ulicy. Imponujące domostwo pisarza stało się celem pielgrzymek i – co odnotowała Erica Jong – jak na siedzibę starego członka cyganerii, sprawiało niezwykle burżuazyjne wrażenie. Jednak autor Zwrotnika Raka zasłużył sobie na przywilej wygodnej śmierci jak mało kto. Płacił bowiem za swe późne powodzenie najczystszą z monet, jaką ma do dyspozycji pisarz – własnym życiem. Przetopił je w słowo, zatarł granice między literaturą piękną a autobiografią. Jego pisanie i życie złączyły się, tworząc mit ucieleśniający pragnienie wolności– zauważyła Jong w Diable na wolności, świetnej książce poświęconej Millerowi.

Niewiele było jednak danych po temu, że zostanie pisarzem. Jego rodzice byli amerykańskimi Niemcami, którym nie w smak były skłonności syna. Matka uważała pisanie za zajęcie hańbiące. W ramach rewanżu Miller nazywał ją w swych utworach wiedźmą i straszną cholerą, ojca zaś rozmarzonym pijaczyną. To nie przeszkodziło mu wspominać z rozrzewnieniem dzieciństwa spędzonego wśród różnej proweniencji emigrantów, Włochów, Polaków i Irlandczyków. Podobną radość przeżył później dopiero na ulicach Paryża, gdzie znalazł się w otoczeniu ludzi wykolejonych, egzystujących na marginesie społeczeństwa.

Żywił się swobodą i – przede wszystkim – kobietami. Czerpał z nich tyle, ile się dało, a następnie wymieniał, gdy ich magia przestawała działać. Kobiety przyciągał z magnetyczną siłą. Obcowanie z nim przypomina pożar lasu. Coraz to nowe punkty mojego ciała ogarnia płomień. Jest podpalaczem - zanotowała Anais Nin.

Do pisania potrzebował muzy. Pierwsza z nich, June Edith Smith, żydowska femme fatale, broadwayowska tancerka, wyzwoliła go z pierwszego, pochopnie i przedwcześnie zawartego małżeństwa. A nie należało ono do zgodnych – żona, wzorem wielu innych żon, żądała, by przyszły pisarz – wtedy zaś jedynie zaawansowany w swoim fachu bumelant – wziął się na serio do pracy. Miller gorzko komentował te naciski: Prawda o małżeństwie – pisał w jednym z listów - wygląda tak, że jest to jedno wielkie rozczarowanie… już po trzech dniach małżeńskiej sielanki mężczyźnie otwierają się oczy.

Pod wpływem perswazji połowicy na cztery lata zakotwiczył w Western Union. W ten sposób poznał tryumfujący kapitalizm wystarczająco, by mieć z nim na pieńku do końca życia. W Zwrotniku Koziorożca nazwał tę instytucję Kosmodemonicznym Towarzystwem Telegraficznym i przedstawił je jako przedsionek piekła. A w późniejszych czasach, gdy stać go już było na własną papeterię listową, umieścił na niej następujące motto: gdy gówno stanie się cenne, biedacy będą rodzić się bez odbytu.

Dopiero dzięki June rzucił pracę, rozwiódł się i został pisarzem. June była biseksualna i nie zwykła trzymać swoich żądz na zbyt krótkim postronku. Romansowała z kobietami i mężczyznami. Tych drugich traktowała często jako źródło utrzymania, zarówno dla siebie, jak i męża, który nie protestował zresztą przeciwko podobnym praktykom. Z jej inspiracji, a już na pewno za jej pieniądze (albo pieniądze jej kochanków), Miller wyjechał do Europy, w której spędził dziesięć lat.

Żył w podejrzanych spelunkach, w towarzystwie lekko prowadzących się dam, które bardziej ceniły gotówkę niż obyczajność. Jeśli wpadniesz w dostatecznie głęboką rozpacz, wszystko będzie dobrze – mawiał, wyprzedając się w szybkim tempie z ubrań. Zdarzało mu się głodować, a egzystencję zapewniał sobie dzięki talentom do pozyskiwania przyjaciół.

W Paryżu poznał między innymi swą kolejną muzę, Anais Nin, która poszukiwała mocnych wrażeń w artystycznym światku. Tych zaś nie mogło zabraknąć w towarzystwie Millera. Zwłaszcza gdy do kochanków na krótko dołączyła June. June to wspaniale płomienne ciało, elektryzujący głos, przepastne oczy, omdlałe gesty, pełna temperamentu obecność – zauważyła Anais. Kobiety szybko połączył romans, o którym Miller informowany był na bieżąco. Tak powstał ów słynny ménage à trois, a Nin, rozdarta pomiędzy pięknością June a geniuszem Henry’ego, pisała: Henry daje mi życie, June daje śmierć.

Drugie małżeństwo Millera rozpadło się, podobnie zresztą jak cztery pozostałe. Kiedy spotkali się po latach, Henry był żyjącą legendą literatury, ona zaś kobietą kompletnie zniszczoną przez namiętności, nałogi i chorobę psychiczną. Ale została tematem jego życia. Książki Millera są jej pełne, jakby wciąż na nowo próbował uchwycić fenomen i magię jej osobowości.

Rok intensywnego życia w Paryżu wystarczył, by powstał Zwrotnik Raka, utwór, który zmienił literaturę. Nie była to zwykła powieść, lecz literackie trzęsienie ziemi. Miller postawił sobie nadzwyczaj ambitny cel – rejestrowanie wszystkiego, co pominięto w książkach. I jak zawsze w podobnych przypadkach, wydawcy nie chcieli słyszeć o druku książki. Pojawiła się tylko dlatego, że Anais Nin pokryła koszty wydania powieści, pożyczywszy zresztą pieniądze od jednego ze swych kochanków. Na obwolucie znajdował się napis, że książki tej nie należy wykładać na wystawie.

Wobec obstrukcji rynku wydawniczego autor przyjął oryginalną strategię marketingową: Zwrotnik Raka dotarł do publiczności, jak pisarz wyznał przy jakiejś okazji, tylko dzięki temu, że napisałem setki listów wychwalających go pod niebiosa, a pewna żydowska lesbijka, pełna entuzjazmu i poświęcenia, roznosiła egzemplarze od kawiarni do kawiarni. Przyjaciel Millera, pisarz Lawrence Durrell twierdził, że znalazł egzemplarz Zwrotnika Raka w toalecie, gdzie pozostawił go jakiś przerażony czytelnik.

Stolica Francji była ówcześnie prawdziwą jaskinią grzechu, zwłaszcza w środowisku artystycznej bohemy, w której zakotwiczył Miller. Atmosfera rozwiązłości przedostała się na karty powieści. Pisarz mówi w niej szorstkim, owłosionym głosem dzikusa… Seks w opisach Millera jest jak rzeź i wojna – stwierdziła Jong. Bo Miller był pisarzem przyszłości. Stworzył fundament, na którym wsparli się później Philip Roth czy John Updike. Żaden ze współczesnych mu pisarzy nie odważył się na tak otwarte przedstawianie aktu seksualnego. W USA wciąż obowiązywało restrykcyjne prawo Hicklina z 1868 roku zakazujące wszelkiej obsceniczności w literaturze. Zwrotnik był więc do ojczyzny Millera przemycany. Zakaz publikacji zdjęto z książki dopiero w 1961 roku. Ale gdy została wreszcie wydana, na pniu sprzedano prawie 70 tysięcy egzemplarzy.

Sławna pisarza rosła. Jego wizytom w Europie towarzyszył szalony entuzjazm. Prasa rozpisywała się o Millerowskim kulcie seksu i anarchii. Był gwiazdą otoczoną tłumem dziennikarzy i fotoreporterów. Zwłaszcza, ze towarzyszyła mu kolejna żona, o 30 lat młodsza Eve McLure, która zresztą po rozwodzie popełniła samobójstwo.

Przez większość swego długiego życia Miller znajdował się w tarapatach finansowych. Dzięki skandalowi, jaki towarzyszył kolejnym książkom, był przez moment bliski zdobycia sporych pieniędzy. Jednak zanim zdołał podjąć we Francji należne mu honoraria, frank został zdewaluowany, a fortunka Millera obróciła się w niebyt. Po powrocie do Stanów w latach czterdziestych postanowił więc zostać wytwórcą opowiadań pornograficznych. Znalazł nawet majętnego kolekcjonera, który płacił pisarzowi dolara za każdą stronę obscenów. Ostatecznie jednak wysiłki Millera nie zadowoliły konesera sprośności i Miller zajęcie to stracił. Kolejnym niekonwencjonalnym pomysłem na zdobycie niezbędnych środków był List otwarty do wszystkich razem i każdego z osobna. Prosił w nim o wsparcie i datki. Byłbym też wdzięczny za stare ubrania, koszule, skarpetki… Uwielbiam sztruksy – pisał między innymi.

Uznanie przyszło późno, a finansowe powodzenie jeszcze później. Gdyby nie był tak żywotny, prawdopodobnie nie doczekałby pierwszego, a na pewno drugiego. Jego pisarstwo jest męskie, zwierzęce, wspaniałe - odnotowała Anais Nin. – To mężczyzna, który upija się życiem… ma zwierzęcy instynkt życia, ogromną silę ekspresji. Dzięki temu na starość mógł zafundować sobie willę w bogatej dzielnicy Los Angeles. Na drzwiach domu leciwy pisarz umieścił słowa chińskiego mędrca Meng-tse: Gdy człowiek osiągnie wiek starczy i wypełni swą misję, ma prawo w pokoju rozmyślać o śmierci. Nie potrzebuje innych ludzi, gdyż zdążył już poznać swych bliźnich i ma ich powyżej uszu. Potrzeba mu tylko spokoju.


15 Czerwiec 2010 Posted by | literatura anglojęzyczna, niedyskrecje | | 2 komentarzy

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.