Doczytania. Blog Grzegorza Krzymianowskiego

„pisarz nie potrafi zmienić świata, nie może nawet uczynić go gorszym” (I.B.Singer)

Sposoby istnienia


Julian Barnes

Puls

Przeł. Jan Kabat, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2011.

Człowiek to jedyna istota, która potrafi snuć refleksje na temat swojej egzystencji, wyobrażać sobie własna śmierć i udawać orgazm. Nie bez powodu jesteśmy wybrańcami Boga.

Żyjemy w świecie nadmiaru, w którym podaż przekracza często popyt, co ma tę zasadniczą wadę, że nie tylko zjawisk przeciętnych, ale i tych, które wyraźnie się ponad średnią wybijają, zasadniczo nie sposób ogarnąć. Do tego o ile jeszcze w takiej piłce nożnej stosunkowo łatwo wymierzyć, kto jest od kogo lepszy, to już w przypadku literatury mamy do czynienia z sytuacją bardzo dla naszych lubujących się w hierarchiach umysłach niekomfortową — no bo jakimi kryteriami oceniać na przykład sukces literacki? Czy tak jak chciałyby tego nasze cudnie zafiksowane na punkcie ekonomii czasy — ilością sprzedanych egzemplarzy? A może szumem informacyjnym, który dana pozycja zdołała spowodować? Czy raczej znaczeniem otrzymanych nagród? Wiadomo jednak, jak to jest, zarówno z medialną wrzawą, jak i estetycznymi hierarchiami — pierwsza aż nazbyt często ma jakieś nieprzyjemne związki ze środowiskowymi piekiełkami, a i w przypadku drugich nic łatwiejszego, niż je podważać.

Kiedy więc trafiamy na pisarza, który wyróżnia się z hałaśliwego tłumu co najmniej dobrych, a bywa że i bardzo dobrych twórców, to chyba znak, że mamy do czynienia z kandydatem na naprawdę istotnego autora. A tak właśnie dzieje się w przypadku Juliana Barnesa, zdobywcy zeszłorocznej nagrody Booker Prize; wydany przez Świat Książki zbiór opowiadań Puls — i to mimo nierównej formy, jaką prezentuje brytyjski prozaik w poszczególnych utworach — potwierdza fakt, że mamy do czynienia z pisarzem, którego poznać po prostu należy. Czytaj dalej »

5 Kwiecień 2012 Posted by | lektury nadobowiązkowe, literatura anglojęzyczna | | 2 komentarzy

Anomalie


Grzegorz Krzymianowski

Anomalie

Zwykle staram się nie uprawiać na blogu prywaty, ale ostatecznie nie co dzień wydaje się książkę, w związku z tym pozwalam sobie na pewne odstępstwo od tej reguły. Anomalie pojawią się 3 kwietnia, a w ramach natrętnej autopromocji zapraszam do lektury poniższego fragmentu:

(…)
W domu słowem nie wracają do minionego wieczoru. Oboje są zbyt zmęczeni, by zaryzykować wymianę zdań. Na szczęście sytuacja nie zaskakuje ich nowością, doskonale wiedzą, jak się z nią obchodzić. W ciągu sześciu lat siłą rzeczy wykształca się pewne schematy obronne. Nie zagadują więc pojawiających się między nimi problemów, pozwalają natomiast, by cisza przeżarła je niczym rdza, żeby czas skorodował ostrze tkwiących w nich pretensji w tępą, niezbyt groźną niewygodę.
Ich nieporozumienia wyładowują się w milczeniu, nie krzyku, w odwróceniu wzroku, a nie oskarżycielskich spojrzeniach. W zamian dostaje się więc bogu ducha winnemu mieszkaniu. Anna nie potrafi wręcz wyrazić, jak bardzo ją ono drażni. Nie znosi go, chociaż przeprowadzka tu była jej pomysłem. Kiedy możliwie delikatnie jej o tym przypomina, ona wzrusza tylko ramionami. Ma dosyć tego miejsca, powtarza z uporem, kolejnego wypożyczonego miejsca, w którym nie sposób trzymać kota, pielęgnować kwiatów, planować zmiany tapet, ponieważ jego tymczasowość jest przesądzona, termin przydatności wyznaczony z góry przez umowę najmu. Zwraca mu też uwagę na wieczny bałagan, na co faktycznie nie sposób znaleźć ciętej riposty. Po kątach walają się pudła po brzegi wypełnione listami, pamiątkami, nieprzemyślanymi prezentami, których nie da się tak po prostu pozbyć i które w związku z tym za każdym razem trzeba wlec z sobą, targać z miejsca na miejsce. Dotychczas, jak mu się zdawało, zgadzali się, że dopóki nie znajdą czegoś na dłużej – w ich rozmowach nigdy nie padało określenie „na stałe” – najlepiej będzie pozostawić to wszystko w kartonach, w pełnej gotowości do ewakuacji. Nie warto przecież wyjmować wszystkiego na kilka miesięcy tylko po to, by znowu mieć ból głowy z pakowaniem.
Anna zaryglowuje się w łazience i nie wychodzi tak długo, że jego cierpliwość zostaje wystawiona na poważną próbę. Przechodząc raz i drugi z pokoju do pokoju i nie bez pewnej ostentacji stawiając głośne kroki, słyszy monotonny pomruk prysznica. Częste przeprowadzki, myśli, by choć trochę skrócić oczekiwanie, były kiedyś emocjonujące. Nowa topografia, do której należało dorobić odpowiedni klucz, badanie okolicy, tak by znaleźć sklep z dobrym pieczywem, opracować skróty na przystanki, rozeznać się, gdzie nie warto chodzić po zmroku. Potrafili cieszyć się tymi drobiazgami, nie jakoś wyjątkowo, po prostu przez pewien czas cieszyło ich niemal wszystko, tak jak od niedawna prawie wszystko staje się powodem kłótni. Zaczęli przypominać talię zbyt dobrze przetasowanych kart, pasjans, który przestał wychodzić. Wznieśli coś, zapominając o fundamentach (typowa architektura miłości), więc teraz albo wymyślą się raz jeszcze na nowo, albo jedno z nich o ułamek sekundy wcześniej niż drugie wystrzeli zatrutą strzałę, rozbije to puste naczynie i uwolni ich, dwoje dżinów uwięzionych w czarodziejskiej lampie przyzwyczajenia.
Kiedy Anna decyduje się wreszcie wyjść, z wnętrza łazienki bucha obłok pary, a jej twarz jest zaczerwieniona – raczej z powodu temperatury niż łez, ale na wszelki wypadek on powstrzymuje się przed uwagą na temat bezmyślnego zużywania wody. Ostatecznie to nie on zaczytuje się w artykułach na temat globalnego ocieplenia i nadmiernej eksploatacji planety przez człowieka. I nie on co miesiąc dokładnie studiuje rachunki, obliczając skalę podwyżek w stosunku do poprzedniego kwartału. Rachunki to zdecydowanie domena Anny. Jego specjalnością jest natomiast utyskiwanie na postępujący idiotyzm programów informacyjnych i upadek mediów w tym kraju. Tym razem jednak ów praktyczny podział ról na nic się nie przyda. Obnoszą się ze swymi urazami bardziej, niżby tego chcieli – mają zbyt małe mieszkanie, by mogli przed sobą uciec.
Więc spać, po prostu spać, zagrzebać wszystko w piaskownicy snu. Ich ciała ułożone na przeciwleg­łych brzegach materaca, ona na jednym boku ciszy, on na drugim. Oboje, każde na swój sposób, dryfują w szalupie łóżka po ciemnych falach wątpliwości, czy za kilka godzin obudzą się w tym samym miejscu, w wymagającym od dłuższego czasu remontu motelu z ledwie pulsującą neonowym światłem nazwą „my”. Czytaj dalej »

30 Marzec 2012 Posted by | literatura polska | | 2 komentarzy

Bez granic


Onegdaj pisałem rozwlekle o Henrym Millerze, swoim ulubionym pisarzu-pornografie.  Czas po raz kolejny popuścić wodzy swoim niskim instynktom i równie nieumiarkowanie poplotkować o burzliwym życiu jego najsłynniejszej kochanki – AnaïsNin.

Bez granic – Anaïs Nin

To cud, że Anaïs Nin stała się samą sobą. Prawdopodobieństwo, że zostanie jedną z najbardziej znanych, a przy okazji kontrowersyjnych pisarek na świecie było bowiem doprawdy mizerne. Urodziła się pod Paryżem 21 lutego 1903 roku, jeszcze w belle époque, kiedy mężczyźni zwykli traktować kobiety w najlepszym razie jak piękne secesyjne ozdoby, dorastała w pruderyjnych, protestanckich Stanach Zjednoczonych, matka zaś powtarzała jej, że „nie potrzebuje wiele do szczęścia”. I dodawała: „Jedynie bardzo złe kobiety spędzają życie poza domem”. Imię jednak zobowiązuje — a Anaïs pochodzi od Anaitis, imienia syryjskiej bogini wojny.

Młodości przyszłej pisarki nie dałoby się nazwać ani sielankową, ani spokojną. Tuż po dwudziestce miała już wiele za sobą; burzliwe dzieciństwo w artystycznym domu, przeprowadzkę z Europy do Stanów Zjednoczonych, małżeństwo i powrót do Francji. Jej ojciec, „inteligentny, podstępny, kulturalny” muzyk, podróżuje wraz z rodziną po całej Europie, od Barcelony po Paryż, nie pozostając przy tym wzorem cnót i wierności. W końcu, gdy Anaïs ma 11 lat, ów gorącokrwisty Hiszpan porzuca żonę ostatecznie. I choć wspomnienia życia rodzinnego Nin pełne są obrazów kłótni, a nawet przemocy, której zaznaje od ojca, niezwykle przeżywa jego odejście. Obwinia samą siebie, uważa, że nie jest wystarczająco atrakcyjna, by zatrzymać rodzica przy sobie, a w swym młodzieńczym dzienniku zapisuje nawet, że poniosła „porażkę w miłości”.

Przez całe niemal życie będzie starała się uporać się z tą wyrwą w swoim istnieniu — za pomocą kolejnych mężczyzn, literatury, dziennika, psychoanalizy. „Niedostateczna miłość i odejście ojca pozostawiły niezatarte piętno. Czemu nie mogą zmazać go wszystkie miłości, które wzbudziłam?”. Potrzeba połączenia z ojcem staje się w końcu jej obsesją. W dziennikach wyznaje: „Pozostałam kobietą, która kocha kazirodztwo”. Nie jest to wyznanie teoretyczne; już jako trzydziestoletnia kobieta, w 1933 roku, spotyka się z ojcem we Francji i uwodzi go, by następnie porzucić. Ale to nie wystarcza, by uporać się z problemem niezrealizowanego dziecięcego pragnienia. „Uwodziła głównie ojcowskie postacie swego życia”— zauważa jej biografka Noël Riley Fitch. „Ojciec zdradził mnie i rozmieniłam się w milionach drobnych związków”— dodaje sama pisarka.

W młodości nazywano ją Linotte, roztrzepaniec. Pewna niefrasobliwość wobec życia pozostaje w niej na zawsze. Nawet jako dojrzała kobieta ma w sobie jakąś dziecięcą zachłanność, nie potrafi z niczego rezygnować, chce dla siebie wszystkiego jednocześnie, często rzeczy wzajemnie się wykluczających. Dlatego bardzo wcześnie wikła się w konflikty z samą sobą. „Byłoby pięknie, cudownie, gdybym dążąc do osiągnięcia własnego szczęścia, nie musiała polegać na mężczyźnie!”— pisze, by zaraz potem przyznać jednak, że świat bez mężczyzn wydaje jej się jałowy i bezbarwny. Jako nastolatka projektuje sobie idealnego partnera: „Mógłby być wielkim pisarzem, a ja pomagałabym mu chętnie tworzyć poetyckie fantazje”. Ale natychmiast uzupełnia ten obraz: „byłoby może lepiej, gdybym ja sama napisała tę książkę, a on przeprowadził korektę”.

Wśród fantazji, którymi zapełnia swą młodość, niewiele jednak przetrwa próbę czasu. Trudno to sobie wyobrazić, ale ta skandalistka, kobieta, która ze swojego życia erotycznego uczyniła bez mała dzieło sztuki, we wczesnej młodości była idealistką, marzącą o czystym i wzniosłym uczuciu. Zanim stanie się wampem, kometą, za którą ciągnie ogon zahipnotyzowanych jej urokiem i sex-appealem mężczyzn, potrafi nazwać zepsutym i bezwstydnym człowiekiem pewnego młodzieńca, który stara się o jej pocałunek. A na pytanie, czy chciałaby zostać sufrażystką, wykrzykuje: „Uchowaj Boże! Przeraża mnie sama myśl o tym!”.

Jej małżeństwo z Hugonem Guilerem, młodym bankierem, wydaje się przedsięwzięciem nie do końca przemyślanym — jakby Anaïs poszukiwała kotwicy dla swojej kapryśnej i niepewnej siebie natury. Kiedy w końcu decyduje się na ten krok, wahania jej nie opuszczają: „Czy teraz naprawdę znam życie? Czy wiem, co to miłość, miłość w małżeństwie?…”. Młodych małżonków nie łączy ani miłość od pierwszego wejrzenia, ani psychiczne czy cielesne dopasowanie. Bardziej wiążą ich własne słabości niż wzajemna fascynacja. Dość powiedzieć, że przez dłuższy czas ich związek pozostaje nieskonsumowany, a nawet gdy już do tego dochodzi, ich intymne pożycie staje się źródłem kolejnych frustracji i problemów. „Kocham Hugona beznamiętnie — notuje Nin— ale także czułość silnie wiąże ludzi”. Może właśnie z powodu owej „czułości” małżeństwo się nie rozpada. Nawet wtedy, gdy w 1955 r. Nin poślubia innego mężczyznę, Ruperta Pole’a, nie rozwodzi się z pierwszym mężem — pisarka przez 11 lat wiedzie żywot formalnej bigamistki.

Jak wiele innych par Anaïs i Hugo brną ze swymi problemami przez życie, a kiedy ich ciężar staje się zbyt nieznośny, czasowo się rozstają. Jej stosunek do męża jest jak przypływ i odpływ — nie potrafi się zdecydować, czy go porzucić, czy może uznać, że „przed chorobą i śmiercią może uchronić [ją] jedynie miłość — taka, jaką może dać Hugo, nikt inny”. Tworzą więc układ patologiczny, ale i symbiotyczny. Przynajmniej tak to sobie oboje wyobrażają — on zapewnia im środki do życia, z czasem coraz bardziej wystawnego, ona zaś realizuje pasje, które mężczyzna podziwia. On od rana do wieczora przesiaduje w banku, pnąc się po szczeblach kariery i ekonomicznego sukcesu, pani Guiler zaś pozostaje w domu.

Jeśli jednak Anaïs jest kurą domową, to z gatunku tych, które nie znoszą pokornie jajek. „W pracy gospodyń domowych — pisze— nie ma nic pięknego, potrafię więc doskonale zrozumieć rozterki i niezadowolenie przeżywane przez wiele kobiet, które muszą się tym zajmować, chociaż zasmakowały już przedtem w innym życiu, bardziej niezależnym”. Nigdy nie została matką, choć nie uniknęła zajścia w ciążę. Ale rozwiązuje ten problem w zgodzie ze swoim przekonaniem, że nie powinna mieć dzieci. „Macierzyństwo jest takim samym powołaniem jak każde inne. Kobieta powinna decydować się na nie z własnej woli, a nie pod wpływem nakazu”. Anaïs zaś nie jest panią domu, pragnie emocji, nawet ekstremalnych. „Śnią mi się burdele — wyznaje w dzienniku — gdzie biorą mnie wszyscy po kolei, tak długo, aż popadam w stan całkowitego wyczerpania, ale i zaspokojenia”.

Bardzo wcześnie zaczyna rozumieć, że tego, czego szuka, nie znajdzie w małżeństwie. Pragnie ŻYCIA, a nie życia i MIŁOŚCI zamiast miłości. Już jako kilkunastoletnia dziewczyna zapisuje: „Moje serce zdaje się zwracać ku każdemu, kogo uznam w duszy, iż jest tego wart; potrafię kochać na tysiąc różnych sposobów, lojalnie i szczerze”. Po kilku zaś latach te nieco niejasne i bardzo młodzieńcze deklaracje stają się dużo bardziej precyzyjne: „Jestem przekonana, że kiedy, tak jak ja, kocha się intensywnie trzech wybranych mężczyzn, doświadcza się wszystkiego”. Planuje napisanie opowiadania „o tym, jak to możliwe, że kobieta kocha dwóch mężczyzn; że całuje się z jednym z nich, marząc zarazem o ustach drugiego; że patrzy z miłością w oczy jednego, wspominając spojrzenie drugiego; że zasypia w ramionach jednego, marząc o drugim”. Anaïs zapewne nie jest ani pierwszą, ani ostatnią kobietą przeżywającą podobne rozterki; ale jako pierwsza równie bezpośrednio i bez przesłon daje dojść do głosu niespójności własnego pożądania. Z czasem Nin dochodzi do takiej wprawy we wplątywaniu się w karkołomne sytuacje uczuciowe, że potrafi kochać (i dręczyć) czterech mężczyzn jednocześnie. Rozstaje się z nimi, porzuca ich, wraca — jakby kręciła się na jakiejś diabelskiej erotycznej karuzeli. Jej psychoanalityk oraz — jakże by inaczej — kochanek charakteryzuje ją następująco: „Nie chce pani słabych mężczyzn, ale nie jest pani zadowolona, dopóki nie staną się słabi w pani rękach”.

Dopiero jednak wyjazd do Europy, ku której, wedle Anaïs, zwracają się „ludzie sztuki, intelektualiści i w ogóle zorientowani na kulturę”, staje się dla niej przełomem. Nieprzypadkowo wpis na nowy rok 1926 brzmi: Vita nuova, nowe życie. Nin ze swoimi literackimi ambicjami doskonale pasuje do artystycznej atmosfery stolicy Francji. Tak się jednak składa, że zamiast Hemingwaya, Joyce’a czy Scotta Fitzgeralda spotyka Henry’ego Millera. Znajomość, a wkrótce gorący romans z tym ostatnim oznacza dla Anaïs wstrząs i zwrot. Dotychczas tylko snuła fantazje, teoretyzowała, teraz przychodzi czas praktyki, prawdziwej inicjacji twórczej i erotycznej. „Przyszłam do Henry’ego jako dziewica, świeża, niedoświadczona, ufna, nienasycona”— zauważa Anaïs. A wkrótce potem deklaruje: „Pragnę rzucić moje dotychczasowe życie, mój dom, moje bezpieczeństwo, moje pisarstwo, żeby z nim żyć, dla niego pracować, dla niego stać się prostytutką”. Ale i dla niego, mężczyzny zaprawionego w seksualnych bojach, jest to sytuacja nowa: „nigdy nie kochałem inteligentnej kobiety. Zawsze stały umysłowo niżej ode mnie. Ciebie uważam za równą sobie”. Henry uważa ją za tak równorzędnego partnera, że nie ma nic przeciwko, by to właśnie Nin zorganizowała mu pieniądze na wydanie jego debiutu, słynnego Zwrotnik Raka, nawet jeśli fundusze pochodzą od Otto Ranka, ucznia Freuda i pierwszego z całego ciągu psychoanalityków uwiedzionych przez Anaïs.

Związek z autorem Sexusa to najbardziej intensywny i brzemienny w skutki okres w życiu Nin. „Ściga mnie jego brutalna, agresywna męskość. Smakuję tę brutalność wargami, łonem”. Wzajemna fascynacja rozwija się niemalże pod okiem męża Anaïs. A żeby sytuacja była bardziej skomplikowana, Miller ma biseksualną żonę, June Mansfield, która zdradza go na potęgę, zarówno z mężczyznami, jak i kobietami. Anaïs i June szybko połączy fascynacja, nie tylko duchowa. „June to przerażająca, a zarazem inspirująca natura, przy której wszystkie inne kobiety wydają się mdłe i nudne”— zapisuje Nin, zazdroszcząc jej „nienasyconego apetytu na życie i chęci wypróbowania wszelkich, nawet najostrzejszych smaków”. A przy innej okazji dodaje: „Kocham ją za to, kim ośmiela się być, za jej nieczułość, okrucieństwo, egoizm, przewrotność, demoniczną niszczycielską siłę. [...] Szanuję jej odwagę, by ranić ludzi”.

Mąż Anaïs robi wiele, by nie dostrzegać własnego poroża, które z miesiąca na miesiąc przybiera coraz bardziej okazałe rozmiary. Można chyba mówić o zamierzonej ślepocie, skoro nawet gdy czyta w dzienniku Anaïs opisy jej intymnych schadzek z Millerem, daje sobie wmówić, że to fikcja literacka. Po tym incydencie Nin na potrzeby Hugo tworzy specjalną wersję pamiętnika. Da się ją zrozumieć — mąż dużo pracuje, to w Paryżu, to w Londynie, ma na głowie utrzymanie rodziny, a często, nie zawsze tego świadomy, grono jej przyjaciół-artystów. Nic właściwie dziwnego, że ostatecznie również ląduje na kozetce psychoanalityka i nie podniesie się z niej aż do śmierci.

Związek Anaïs i Millera rozluźnia się na skutek wybuchu wojny. Wprawdzie spotykają się już w styczniu 1940 r. w Nowym Jork, ale temperatura ich relacji opada. Rupert Pole podsumował ten okres życia Nin następująco: „Nigdy później nie była już tak szalona, choć jej seksualna odyseja trwała jeszcze wiele lat”.

W dzielnicy Nowego Jorku Greenwich Village powstaje nowe centrum awangardy artystycznej. Po wielkiej migracji z Europy pojawiają się tam Marcel Duschamp, Man Ray, Salvadore Dali, słynni awangardowi burzyciele, a także bardziej nobliwi pisarze — np. Tomasz Mann i jego brat Henryk. Anaïs ma już dosyć pisania dla wąskiej grupy przyjaciół, pragnie publicznego uznania. Wydawcy ją jednak ignorują, jeśli ukazują się jej powieści, to publikuje je własnym sumptem. Kupuje starą prasę drukarską, napędzaną przy pomocy pedału, i własnoręcznie, a właściwie własnonożnie, tłoczy egzemplarze swoich dzieł.

Na szerszy oddźwięk publiczności przychodzi jej jednak poczekać bez mała 20 lat. „Konflikty uczuciowe, fiasko niespełnionych marzeń, zamiarów i planów, brak energii, przygnębienie, niezrozumiałe napięcie — oto lejtmotyw jej pisarstwa” — zauważa jej biografka Linde Sandler. Anaïs w opowiadaniach rozszczepia swoją osobowość na podobieństwo atomu — każdej z postaci kobiecych przyporządkowuje jakiś element siebie, obdarza je fragmentami swoich doświadczeń. Lata wojny nie sprzyjają jednak tak bezpruderyjnej, bezpośredniej, psychologicznie powikłanej i pełnej erotyzmu twórczości, a przychylne głosy padają rzadko. Krytyk literacki Edmund Wilson uważa, że w jej twórczości „wyborna poezja miesza się z prosta, realistyczną obserwacją. Sceną wydarzeń jest świat szczególny, świat kobiecych obserwacji i fantazji”. Częściej jednak zdarzają się opinie odmienne. W 1949 roku w „Partisan Review” pewna recenzentka nie pozostawia na Anaïs suchej nitki: „Dość nieokreślona, rozmarzona, rozpaczliwie pretensjonalna, jest kwękającym dzieckiem z dobrego domu awangardy lat dwudziestych”. A Simone de Beauvoir, feminizująca pisarka i partnerka Sartre’a, jest wściekła na Nin ze względu na wykreowany przez nią typ kobiecości.

Dlatego w latach 40. wespół z Millerem zarabia pisaniem opowiadań pornograficznych dla pewnego kolekcjonera. Zostaną opublikowane dopiero po jej śmierci w tomach Delta VenusMałe ptaszki i natychmiast zostaną bestsellerami. To dzięki nim zacznie się mówić o „pornografii dla kobiet”. Choć Anaïs nie przemilcza nawet bardzo niestandardowych konstelacji seksualnych, opisy zbliżeń nie rażą dosłownością, są dosadne, lecz nie wulgarne. Nin robi z aktu seksualnego teatr. W recenzji „New York Times” mówi się nawet o „najpiękniejszej i najbardziej bezpośredniej książce, napisanej kiedykolwiek przez kobietę”.

Dziełem życia Anaïs pozostaje jednak dziennik, który rozpoczęła, mając 14 lat. W chwili jej śmierci, 14 stycznia 1977 r., rękopis liczył 35 tys. stron! To jedno z najbardziej spektakularnych w dziejach literatury świadectwo wewnętrznego życia kobiety. Dla Anaïs dziennik stał się jednak przede wszystkim narzędziem samopoznania i autokreacji, zwłaszcza gdy uznała, że warto go opublikować. „Mam gorące pragnienie wynaleźć sama jakąś nową formę, a mogłabym tego dokonać, dając upust swym skłonnościom i drzemiącemu we mnie lekkiemu szaleństwu”.

Pisarstwo i mężczyźni — dwie namiętności, od których Nin nie potrafiła i nie chciała się uwolnić. Niepowodzenia w jednym i drugim przypadku skutkują stanami przygnębienia, okresami depresji, która mija, gdy na horyzoncie pojawia się nowy kandydat na kochanka. Dojrzała Anaïs to już nie ta młoda kobieta, która boryka się z własnymi potrzebami cielesnymi. Jej przygody zaczyna cechować pewien pragmatyzm — mężczyźni, których okręca sobie dookoła palca, bywają dużo młodsi. Nie może zresztą już liczyć na swych byłych kochanków, zwłaszcza w kwestiach dotyczących spraw cielesnych. U Henry’ego Millera drażni ją „jego pogłębiające się zainteresowanie mistycyzmem przy jednoczesnym braku zainteresowania kobietami”. Anaïs wyznaje: „Obecność młodzieńców […] sprawia, że ciasny, przygnębiający, ostateczny i skostniały świat przekształca się w świat zmienny, cudowny, nadający się do formowania i tworzenia”. Może sobie jednak na to pozwolić — ze swoimi wielkimi oczyma, ptasią głową i drobniutkim ciałem nawet po sześćdziesiątce wygląda tak, jakby odkryła sekret długiej młodości.

Uznanie i popularność zyska dopiero w latach 60., gdy przez świat Zachodu przeleje się fala rewolucji obyczajowej, a seks ze szczelnie zamkniętych mieszczańskich sypialni wyjdzie na ulice. Pisarka Erica Jong uznała, że żadna inna artystka „nie opowiedziała »dziejów kobiecej seksualności« bardziej uczciwie niż Nin”. Zaś zdaniem znanej feministycznej badaczki Kate Millet — Anaïs była autorką „pierwszego prawdziwego portretu artystki jako kobiety”. Już po śmierci pisarki w 1977 r. na podstawie jej prozy i dzienników powstają znane filmy: wysmakowany erotyk Delta Venus w reżyserii Zalmana Kinga czy Henry i June Philipa Kaufmana. Ostatecznie, co jest częstym losem ludzi zbyt śmiało wychodzących naprzeciw przyszłości, znaczenie twórczości Anaïs Nin docenili dopiero jej potomni.

 

(tekst ukazał się w lutowym „Existence Magazine” pod tytułem Udręka i ekstaza)

 

 

 

 

 

16 Marzec 2012 Posted by | niedyskrecje | , | Dodaj komentarz

Pleśń na duszy


Jón Kalman Stefánsson

Niebo i piekło

przeł. Przemysław Czarnecki, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.

 
Niebo nigdy nie musiało niczego wyjaśniać, sklepia się ponad naszymi głowami, ponad naszym życiem i zawsze jest tak samo dalekie. Nigdy go nie dosięgniemy, obojętne czy staniemy na dachu domu, czy na szczycie góry, czy próbujemy dosięgnąć go słowami, czy pojazdami.

Kto by pomyślał, że są jeszcze możliwe literackie traktaty o życiu i umieraniu, sensie tego pierwszego i bezsensie drugiego, albo odwrotnie; kto by pomyślał, że ktoś poważy się targnąć na podobne tematy, nie okopawszy się wcześniej jako tako w sarkazmie i nie umocniwszy swoich pozycji ironią. Są jednak najwidoczniej miejsca, które wykluczają zbyt swobodny ton, miejsca, w których życie i śmierć są jakby bliżej siebie, mocniej ze sobą splątane. Na przykład Islandia, ta czarna wulkaniczna skała zagubiona gdzieś w odmętach Atlantyku, skąd pochodzi Jón Kalman Stefánsson. Być może brak słońca i polarny wicher do czegoś się jednak przydają, skoro inspirują do pisania powieści takich jak Niebo i piekło. O wpływie klimatu na talent pisał niegdyś Lombroso w swej rozprawie Geniusz i obłąkanie i choć lektura tego dziełka może obecnie służyć li tylko poprawieniu sobie humoru, to akurat czytając Stefánssona, trudno nie wziąć pod uwagę wpływu północnej aury na atmosferę jego powieści. Niebo i piekło jest bowiem powieścią równie gwałtowną i obezwładniającą jak porywisty, lodowaty wiatr. Islandzki autor popełnił surową rozprawę egzystencjalną, która swą treścią i wymową nawiązuje do nobliwej literackiej tradycji — prozy spod znaku Malville’a, Conrada czy Hemingwaya.

Rzecz dzieje się na początku XX wieku, „gdy czas inaczej się nazywał”, w momencie sprzyjającym kontrastom — najnowsza powieść Zoli sprzedawała się w setkach tysięcy egzemplarzy, a wyjście w morze na połów, zwłaszcza zimą, było balansowaniem na linie rozciągniętej między życiem a śmiercią. To bardzo męskie pisanie — jakkolwiek archaicznie by to nie zabrzmiało — opowieść o walce człowieka z czymś całkowicie go przerastającym, o ludziach używających „wszystkich swoich sił, które i tak są niczym w porównaniu z oceanem, gniewem wiatru, wściekłością nieba”.

Stefánsson buduje tu klasyczną opozycję — natura kontra kultura. Człowiek znajduje się w permanentnej kontrze do natury, pozostając jednocześnie od niej zależny; jest kamieniem zalewanym przez niestrudzony ocean, opiera się żywiołom jakiś czas, lecz wcześniej lub później — ponieważ poważa się na więcej, niż powinien — zostaje rozkruszony, wciągnięty w czeluść. Autor portretuje świat w stanie absolutnie surowym. Ludzie w nim to obcy element — nie biorą świata w posiadanie, jak zwykliśmy myśleć o swoim gatunku, lecz obsiadają go niczym jakieś ptaszyska nadmorską skałę, z nadzieją, że uda im się przetrwać. Dlatego struktura świata ludzi odzwierciedla w powieści strukturę świata przyrody z jej bezwzględną darwinowską precyzją: „Tak to już jest w życiu, że ci, którzy nie mają dość siły, sprzątają gówno po innych”.

Wnioski płynące z powieści Stefánssona niespecjalnie podnoszą na duchu — kultura to luksus, jakiś rodzaj anomalii lub ekstrawagancji, która przed niczym nas nie chroni, nie stanowi żadnej bariery dla tego co nieludzkie. W końcu jeden z bohaterów ginie na oceanie, ponieważ zaczytany w Raj utracony Miltona zapomina zabrać na łódź pelerynę. „Są słowa, które potrafią zmieniać świat, potrafią nas pocieszyć i otrzeć łzy. Są słowa jak pociski i słowa jak dźwięk skrzypiec. […] Jednak słowa nie mogą zbyt wiele, a my gubimy się na wrzosowiskach życia, jeśli jedyne, czego możemy się chwycić, to pióro”. Nie bez przyczyny też inna z postaci występujących na łamach Nieba i piekła uważa, że książki to „cholerna pleśń na duszy, która czyni zbyt słabym wobec życia”.

Śmierć jest w Niebie i piekle jak przyczajone zwierzę, gotowe do skoku, zbyt nieznane, by dało się przed nim skutecznie bronić, a umarli „zamieniają się natychmiast w przeszłość. Nie ma znaczenia, jak ważnym się było człowiekiem, ile się miało w sobie dobroci i siły woli i jak niewyobrażalne staje się życie bez niego: śmierć mówi pstryk, życie ginie w ułamku sekundy, a człowiek zamienia się w przeszłość. Wszystko, co było z człowiekiem związane, staje się wspomnieniem, które z całych sił starasz się utrzymać, bo zapomnieć byłoby zdradą. Zdrada byłoby zapomnieć, jak pił kawę. Jak się śmiał Jak spoglądał na ciebie. A mimo to zapominasz”.

Okrutna to proza o nielitościwym istnieniu; nielitościwym, bo obojętnym na pragnienia, plany, marzenia i wątpliwości ludzi. Człowiek marzy, by „dokonać czegoś wielkiego”, a kilka godzin później jest już tylko skutą mrozem kupką materii organicznej. Śmierć jest tu równie konkretna jak życie, co i rusz zamieniają się miejscami. Dość powiedzieć, że cała historia prowadzona jest przez narratora, którego status budzi co najmniej wątpliwość — z pewnością nie jest żywy, ale i nie do końca umarły; błąka się między ludźmi w jakimś stanie nie-życia, poza przestrzenią i czasem. „Piekło to nie wiedzieć, czy jest się żywym, czy martwym” — wyznaje.

Życie w Niebie i piekle nie ma w sobie ani odrobiny tej kuszącej lukrowanej powłoki, dzięki której mamy w zwyczaju zapominać o tym, jak niewiele można pokładać w nim nadziei i pewności. Owa surowa i nielitościwa wizja kontrastuje z zaskakująco plastycznym językiem, który obudowuje świat powieści w niemal namacalny chłód, wiatr czy swąd brudnego ciała. Stefánsson nie pętli słów, nie wikła nas w długie okresy zdań, jest oszczędny, lakoniczny, krystalicznie przejrzysty, bardzo precyzyjny i sugestywny zarazem. Nawet jeśli widok kołyszących się fal wywołuje w Was chorobę morską, warto się przełamać, bo dzieło islandzkiego pisarza jest tego warte — Niebo i piekło to niepokojąca i oryginalna powieść.

Tekst ukazał się również w „Literatkach”, gdzie jak zwykle warto zajrzeć.

5 Marzec 2012 Posted by | lektury nadobowiązkowe, literatura skandynawska | | Dodaj komentarz

Arbeit macht frei


Steve Sem-Sandberg

Biedni ludzie z miasta Łodzi

przeł. Mariusz Kalinowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011

Istnieją książki, od których się choruje. Albo które sprawiają, że człowiek staje wobec nich bezradny. Biedni ludzi z miasta Łodzi Sem-Sandberga należą do tej kategorii dzieł – czyta się je z uczuciem wzrastającej duszności. Pewne ludzkie doświadczenia zamieniają bowiem nasz język w marnej jakości protezę, a wszystko, co się na ich temat powie, nieodwołalnie staje się jakimś substytutem, namiastką tego, co powiedziane być powinno. Przemyślanie rzeczy do końca – tym bardziej zaś wypowiedzenie ich do końca – nie leży bowiem w naszym, człowieczym, charakterze. Co więcej, jest, zdaje się, w ogóle poza granicami ludzkich możliwości. Dlatego trzeba naprawdę wielkiej odwagi, by się z podobnymi tematami mierzyć; żeby podjąć się pisania tam, gdzie zasadniczo na pismo nie ma miejsca.

Mimo to o Zagładzie opowiada się często i na bardzo różne sposoby – operując liczbami i faktami (jak Hilberg w Zagładzie Żydów), oddając głos tym, którzy uczestniczyli w niej, stojąc po jednej lub drugiej stronie śmierci (co zrobił np. Claude Lanzmann w swoim dokumencie Shoah), fabularyzując Holocaust (Łaskawe Littella), w końcu relacjonując własne doświadczenia, głównie we wspomnieniach, rzadziej w formie pamiętnika. Sem-Sandberg, szwedzki autor, który ma w swoim dorobku choćby biografię Mileny Jesenskiej, nieszczęsnej przyjaciółki Kafki, a później ofiary Konzentrationslager Ravensbrück, porwał się natomiast na rzecz zgoła niezwykłą – powziął zamiar sfabularyzowania całej historii łódzkiego getta, od jego powstania aż po ostatnie dni jego istnienia w sierpniu 1944 roku, a nawet przedstawienia losów tego miasta-widma, w które Ghetto Litzmannstadt zamieniło się po likwidacji.

Już sam pomysł, by opowiedzieć historię pewnej zbiorowości, wydaje się ryzykowny, zwłaszcza jeśli ma to być portret społeczności, która bydlęcymi wagonami odjechała poza horyzont ludzkiego myślenia. Jak bowiem przedstawić losy ludzi zamienionych najczęściej w suche liczby raportów sporządzanych w getcie? Dodatkowo w przypadku zjawiska takiego, jak Zagłada (czy da się bowiem nazwać Zagładę wydarzeniem?) paraliżuje nas – a może terroryzuje? – prawda. Tyle że prawda to kategoria bardzo podejrzana, zwłaszcza w przypadku literatury. Literatura nie posługuje się prawdą w sposób, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni, co więcej, literatura ma to do siebie, że respektuje tylko jeden rodzaj prawdy – swoją własną. A prawda literacka nie opiera się na świadectwach i dokumentach, lecz staje się lub nie w zależności od tego, jak bardzo spójne i autentyczne (co nie jest bynajmniej, dodajmy dla porządku, synonimem terminu „realistyczne”) wydaje się dane dzieło.

Nie ulega wątpliwości, że potężnych rozmiarów i zamiarów książka Sem-Sandberga to przede wszystkim literacka opowieść o getcie, a dopiero w dalszej kolejności dzieło historyczne. I tak też – z perspektywy literatury, a nie historii – traktuje tak zwaną prawdę historyczną. Autor respektuje ją, cały czas się na niej wspiera, traktuje jako budulec, ale i modyfikuje, bez przerwy modeluje, dolepia składowe, tak by powstało coś, co możliwe jest tylko w literaturze – spoista, mimo że złożona z rozbitych kawałków ludzkich losów, historia. Pod tym względem Sem-Sandberg odnosi sukces – jego książka poraża literacką autentycznością, co nie znaczy oczywiście, powtórzmy to na wszelki wypadek, że musi być bezwzględnie wierna faktom.

*

Pierwszoplanową postacią Biednych ludzi… jest oczywiście Chaim Rumkowski. Nie ma w tym nic dziwnego – łódzkie getto i on to jakby jeden organizm. Rumkowski getta oczywiście nie stworzył, ale to on sprawił, że stało się tym, czym było – karnym zakładem produkcyjnym. Postać Prezesa, nad którym nie tak dawno sąd przeprowadzał Andrzej Bart w swojej Fabryce muchołapek, musi wzbudzać skrajne – i sprzeczne – emocje. Bo miał władzę nieomal dyktatorską, a w każdym razie pragnął ją mieć. Bo był z usposobienia tyranem, terroryzującym otoczenie i wymagającym bezwzględnego posłuszeństwa. Bo rozdzielał własnoręcznie życie i śmierć. „Najgorsze było, że się nigdy nie wiedziało, kim Prezes będzie z momentu na moment. Albo raczej: w jakiej postaci się objawi” – stwierdza w pewnym momencie jeden z wielu narratorów Biednych ludzi…

W dziele Sem-Sandberga mamy do czynienia z oszustem, który zostaje zdegradowany przez historię do roli poręcznego i posłusznego narzędzia i który ponosi zasłużoną – z naszej perspektywy zasłużoną – klęskę za to, że pozwolił mamić się imaginacji. Ale obserwujemy też kogoś, kto został zdradzony przez własne marzenie, kogoś, kto zawierzył swej wyobraźni do tego stopnia, że oślepł na rzeczywistość – tak, że poczuł się jakimś nowym Mojżeszem, istotą nieomal nadludzką, namaszczoną, by przeprowadzić swój lud przez morze Zagłady.

Marzyło mu się, mówił, że pokaże władzom, jakimi zdolnymi robotnikami są Żydzi […] A wtedy także inne części Łodzi zostałyby włączone do getta i już po wojnie władze byłyby zmuszone uznać getto za miejsce szczególne. […] A kiedy Niemcy to dostrzegą, nadadzą gettu status protektoratu w ramach tej części Polski, która została wcielona do Rzeszy. Powstanie wolne państwo żydowskie pod zwierzchnictwem Niemiec, którego wolność będzie opłacana ciężką, uczciwą pracą.

Rumkowskiego wiara w pracę była tak potężna, że współgrała niemal z wydźwiękiem przewrotnego napisu na oświęcimskiej bramie: Arbeit macht frei. Prawdopodobnie właśnie na skutek owej wiary Prezesa w żadnym innym chyba miejscu to jedno z najbardziej diabelskich haseł, jakie ukuł człowiek dla maskowania swych przewrotnych zamiarów, nie było równie aktualne, jak właśnie w łódzkim getcie. „To miasto pracy, Herr Reichfűhrer – na kartach powieści tłumaczy Rumkowski wizytującemu jego królestwo Himmlerowi – i będziemy pracować tak długo, aż spłacimy nasz dług wobec was”.

Książka Sem-Sandberga to opowieść, ale również sąd, choć nie tak spektakularny jak pozaziemska rozprawa Barta. Jest to wszakże sąd sprawowany przez kogoś, kto ma świadomość, że rozprawa nie może przynieść sprawiedliwości, bo nie ma takich miar, którymi dałoby się mierzyć ludzi postawionych wobec absolutnie nieludzkich okoliczności. „A może nie było różnicy między świadomym zamiarem a bezwiednym wyborem” – to zdanie stanowi prawdopodobnie klucz do rozumienia całości. Nie znaczy to jednak, że Szwed stara się Prezesa z czegokolwiek usprawiedliwiać. Rumkowski z Biednych ludzi… to kreatura zlepiona ze swoich chorobliwych ambicji, kompleksów, porażek i obrzydliwości; ale to również kanalia działająca w warunkach niemożliwych, w których każda decyzja jest decyzją złą.

Z całości wyłania się historia samowładcy rządzącego wyimaginowanym królestwem, obraz arcykłamcy, manipulującego swymi poddanymi; ale też istoty okłamanej, która dawała się zwodzić swoim coraz bardziej bezpodstawnym nadziejom: „Wielki Chaim przechadzał się po swoim kłamstwie jak cesarz po swoim pałacu”. Przede wszystkim jednak Rumkowski jest przedstawiany przez Sem-Sandberga jako człowiek wystawiony na zbyt wiele – zbyt wiele nieludzkich dylematów, pokus, będących udziałem szafarza życia i śmierci, i władzy, która może prawdopodobnie sprowadzić na każdego człowieka zawroty głowy właściwe bogom.

Szwedzki autor, pracując na rumowisku przeszłości, wśród odprysków ludzkiej pamięci, świadectw skalanych świadomością konsekwencji działań i decyzji „króla getta”, postawił sobie zatem ambitny cel – przedrzeć się przez polepione warstwy czasu i dotrzeć do prawdy, własnej prawdy, o tajemnicy Rumkowskiego. Bo lektura Biednych ludzi… prowadzi ostatecznie do jednego, niezbyt oryginalnego wniosku – podobne dzieło, rekonstrukcja osobowości, rekonstrukcja intencji, po prostu nie może się powieść, ponieważ w przeszłości nie ma prostych faktów, do których można by się dokopać. Sem-Sandberg, świadomie lub nie, dowodzi, że prawda to idealistyczny wymysł naszych zrozpaczonych umysłów, dążących do narzucenia światu, to jest naszym życiom, jakichś form, w których dałoby się rozeznać. Prawda o człowieku, także prawda o Chaimie Rumkowskim, jest jak mokry piasek – każdy lepi z niej, co tylko chce.

Sem-Sandberg stworzył w Biednych ludziach… postać tyleż ohydną, co tragiczną, przedstawił historię człowieka, który podpisał cyrograf z diabłem, licząc – jak wszyscy jemu podobni – że przechytrzy Księcia Kłamstwa, by na koniec przekonać się, że sam został okpiony. Kończąc zaś temat Rumkowskiego, trzeba za Sem-Sandbergiem postawić jeszcze jedno pytanie: jak byłby oceniany Przewodniczący, gdyby nie wybuchło Powstanie Warszawskie (a wybuchnąć przecież nie musiało), Armia Czerwona nie wstrzymała latem 1944 roku swojej ofensywy i Niemcy nie zdążyli w tak planowy sposób przeprowadzić „ewakuacji” łódzkiego getta? Ludzkie życia pisane są nie tylko naszymi decyzjami – kto wie, czy w nie większym stopniu zależą od okoliczności, na które nie mamy najmniejszego wpływu…

*

Oczywiście, jak to zostało wcześniej zasygnalizowane, Biedni ludzie… to nie tylko opowieść o Chaimie Rumkowskim, lecz portret zbiorowości, rodzaj reportażu z getta, w którym co i rusz zmienia się perspektywa, punkt widzenia, miejsce obserwacji. Sem-Sandberg prowadzi nas bowiem przez całą historię łódzkiego getta za pośrednictwem kilku przewodników, wprowadzających nie tylko w pałace elity, lecz również do śmierdzących nor i spowitych w mrok zaułków. Posiłkując się wieloma punktami widzenia, Sem-Sandberg portretuje życie getta – oficjalne i podskórne, przedstawia zarówno rauty z udziałem członków Judenratu, jak i zabiegi tych, którzy próbowali przeżyć, mając do dyspozycji jedynie racje dystrybuowane przez administrację.

Szwed klei swą opowieść z relacji, dokumentów, pamiętników, a także domniemań i wyobraźni, a robi to w taki sposób, że właściwie nie widać wiązań między elementami składowymi jego dzieła. Sam usuwa się w cień, jest przezroczysty, kompletnie nie widać go zza parawanu słów – jakby przyjął na siebie rolę pośrednika między czytelnikiem a bohaterami tragedii, którą relacjonuje. Książka ma wielu narratorów, którzy z wolna od niej odpadają – zupełnie jak suche liście – gdy zbliży się do nich śmierć. Milkną jeden po drugim, w końcu scenę opuszcza nawet Rumkowski, uwożony wraz z rodziną w nicość. Ostatecznie pozostaje miasto – pusty artefakt obserwowany oczyma jednego z nielicznych ukrywających się w nim mieszkańców.

Paradoksalnie prawdziwi winni, Niemcy, w Biednych ludziach… pojawiają się w rolach jakby drugoplanowych, co najwyżej jako występujące zza kulis getta furie, apodyktyczne i kapryśne; zwykle zaś są tylko znudzonymi dozorcami „w stalowych hełmach i długich mundurowych płaszczach koloru feldgrau”, obserwującymi życie getta i zstępującymi ze swoich wyżyn tylko wtedy, gdy to konieczne. Może właśnie dzięki temu autorskiemu zabiegowi tak widoczny staje się w Biednych ludziach… problem, który nieodmiennie wzbudza olbrzymie kontrowersje i uzasadnione emocje, ponieważ wymyka się prawidłom moralnym „normalnego” świata – roli samych Żydów w realizacji planu Zagłady, odpowiedzialności tych wszystkich, którzy tak jak Rumkowski w mniejszym lub większym stopniu dobrowolnie współpracowali z nazistami. Sem-Sandberg szczegółowo przedstawia działalność Komisji Wysiedleńczej, pracującej noce i dnie nad listami wywożonych, tak by kontyngent wyjechał o wyznaczonym czasie, opisuje brutalność żydowskich służb porządkowych i gorliwość, z jaką policja z Litzmannstadt Ghetto starała się wypełniać nałożone na nią przez nazistów obowiązki. A także bezwzględną hierarchię gettowego społeczeństwa, w którym bardzo szybko powstały elity, korzystające, jak to jest w zwyczaju wszystkich elit tego świata, ze swych uprzywilejowanych pozycji, by – zanim wszystkich sprowadzono do roli pozamykanych w bydlęcych wagonach, przerażonych zwierząt – pielęgnować swe fortunki i wpływy. W ten sposób Biedni ludzie… – niejako przy okazji opisywania losów łódzkiego getta – stają się też zapisem uniwersalnego mechanizmu, który uruchamia się w istotach ludzkich, gdy sama moralność traci kontury, gdy przychodzi jej konfrontować się z dylematami zbyt nieludzkimi, by rozstrzygać je, posługując się czarno-białą dychotomią dobra i zła. Hierarchia wpisana jest w samą strukturę każdego ludzkiego getta – im izolacja danej społeczności większa, tym i jej wertykalna struktura robi się bardziej widoczna.

*

Lektura Biednych ludzi… przypomina odsłanianie zasłony za zasłoną – bo i mieszkańcy getta żyli za takimi zasłonami, coraz mniej licznymi, które oddzielały ich od świadomości, jaki los został im przeznaczony – za każdą robi się coraz ciemniej, coraz przeraźliwiej, coraz bardziej niepokojąco. Nie otrzymamy tu odpowiedzi, co najwyżej przemnożymy swoje wątpliwości przez te, które serwuje nam Sem-Sandberg. Ale czy nie taka jest ostatecznie rola literatury, nie do tego została stworzona? Literatura ma kwestionować, zaprzeczać i falsyfikować nasze myślowe nawyki i przekonania. Jeśli dobrowolnie rezygnuje z tego zadania, sama siebie degraduje do poziomu poobiedniej czytanki albo wymagającej trochę ciszy i skupienia rozrywki. Rozerwać jednak można się na tyle innych, zwykle bardziej ekscytujących sposobów…

Tekst okazał się już tu i ówdzie: w “Literatkach”, które zwyczajowo polecam Państwa uwadze, oraz “Kronice miasta Łodzi” (nr4/2011).

20 Luty 2012 Posted by | lektury obowiązkowe, literatura skandynawska | | Dodaj komentarz

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.