Sposoby istnienia
Julian Barnes
Puls
Przeł. Jan Kabat, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2011.
Człowiek to jedyna istota, która potrafi snuć refleksje na temat swojej egzystencji, wyobrażać sobie własna śmierć i udawać orgazm. Nie bez powodu jesteśmy wybrańcami Boga.
Żyjemy w świecie nadmiaru, w którym podaż przekracza często popyt, co ma tę zasadniczą wadę, że nie tylko zjawisk przeciętnych, ale i tych, które wyraźnie się ponad średnią wybijają, zasadniczo nie sposób ogarnąć. Do tego o ile jeszcze w takiej piłce nożnej stosunkowo łatwo wymierzyć, kto jest od kogo lepszy, to już w przypadku literatury mamy do czynienia z sytuacją bardzo dla naszych lubujących się w hierarchiach umysłach niekomfortową — no bo jakimi kryteriami oceniać na przykład sukces literacki? Czy tak jak chciałyby tego nasze cudnie zafiksowane na punkcie ekonomii czasy — ilością sprzedanych egzemplarzy? A może szumem informacyjnym, który dana pozycja zdołała spowodować? Czy raczej znaczeniem otrzymanych nagród? Wiadomo jednak, jak to jest, zarówno z medialną wrzawą, jak i estetycznymi hierarchiami — pierwsza aż nazbyt często ma jakieś nieprzyjemne związki ze środowiskowymi piekiełkami, a i w przypadku drugich nic łatwiejszego, niż je podważać.
Kiedy więc trafiamy na pisarza, który wyróżnia się z hałaśliwego tłumu co najmniej dobrych, a bywa że i bardzo dobrych twórców, to chyba znak, że mamy do czynienia z kandydatem na naprawdę istotnego autora. A tak właśnie dzieje się w przypadku Juliana Barnesa, zdobywcy zeszłorocznej nagrody Booker Prize; wydany przez Świat Książki zbiór opowiadań Puls — i to mimo nierównej formy, jaką prezentuje brytyjski prozaik w poszczególnych utworach — potwierdza fakt, że mamy do czynienia z pisarzem, którego poznać po prostu należy. Czytaj dalej »
5 Kwiecień 2012 Posted by krzymianowski | lektury nadobowiązkowe, literatura anglojęzyczna | Barnes | 2 komentarzy
ŻYCIE – TO SIĘ WAM MOŻE ZDARZYĆ
Julian Barnes
Pod słońce
Tłum. Tomasz Bieroń, ZYSK I S-KA, Poznań 1994.
Nie przestaje mnie to zaskakiwać — za każdym razem, gdy odkrywam dla siebie jakiegoś pisarza, ogarnia mnie zdumienie, jak świeże i ożywcze to uczucie. Julian Barnes to oczywiście żaden nadzwyczajny wynalazek, raczej dowód na to, jak bardzo jestem — ciągle bardziej — zapóźniony w lekturach. Ostatecznie Booker Prize jest zupełnie przyzwoitą rekomendacją, by sięgnąć po książki danego autora. Dla mnie jednak Julian Barnes to pierwsze odkrycie tego roku.
Z dawien dawna bowiem nie czytałem książki, która tak otwarcie, bez żadnych przesłon i metafor, a jednocześnie nienachlanie, z wyczuciem, po prostu subtelnie mówiłaby o życiu (a może raczej wielu życiach, które po kolei prowadzimy?), o jego fluktuacjach, perturbacjach oraz przemianach. Bo Pod słońce to przede wszystkim rzecz o dojrzewaniu do życia, powieść o wyjściu „z wyspy dzieciństwa […] której nie można opuścić nie zmoczywszy się”. A także rozprawa o tym, jak dorasta się do świata, do swoich wyobrażeń o nim, i jak w konfrontacji z rzeczywistością te wyobrażenia się falsyfikują. Barnes traktuje istnienie jak zjawisko, do którego dorastamy za późno; żyje się, ma się dzieci albo się ich nie ma, rozstaje z partnerami, żegna bliskich, myśli o własnej śmierci — stawanie się poprzedza zrozumienie, a zrozumienie przychodzi za każdym razem po czasie bądź też nie przychodzi w ogóle. „Człowiek robi różne rzeczy, a dopiero później, jeżeli w ogóle, dowiaduje się, dlaczego coś zrobił. Życie jest w większości bierne. Teraźniejszość jest jak ukłucie szpilką pomiędzy zmyśloną przeszłością a wyobrażoną przyszłością”.
Pod słońce rozpoczyna się jak jedna z licznych historii o dorastaniu dziewczyny, a następnie młodej kobiety do siebie samej. Nie jest to zabieg pozbawiony uroku — w pierwszej części atmosfera powieści nasuwa skojarzenia z klimatem znanym choćby z Plaży w Chesil, mojej ulubionej książki Iana McEwana, w której młodzi małżonkowie w czasie podróży poślubnej, skonfrontowani z tak zamierzchłą z naszej perspektywy obyczajowością, że wydaje się pochodzić z jakiejś odległej i słabo zbadanej planety, nie potrafią sprostać swoim nowym rolom. Podobnie rzecz ma się z główną bohaterką Pod słońce; nie może oprzeć się myśli, że jej własne istnienie ciągle jej się wymyka, że jej talenty nie dostają do roli, którą powinna w danym momencie odegrać — najpierw roli córki, później młodej zalotnicy, jeszcze później żony, a w końcu mądrej i znającej się na życiu staruszki.
Zresztą zarówno Jean, jak i jej syna Gregory’ego, dwóch głównych protagonistów powieści, łączy jakaś zbieżność charakterów, a nade wszystko stosunku do egzystencji jako czegoś zasadniczo nieprzeniknionego i zagadkowego, a zarazem całkowicie pospolitego. Jean nie miała „życia pełnego przygód; miała zwyczajne życie, choć trochę bardziej samotne niż większość ludzi. Gregory odziedziczył tę samotność, która narastała z wiekiem. Prócz matki zda-wał się mieć tylko jednego przyjaciela — komputer”. Oboje nie potrafią wyzbyć się wahania i dystansu wobec siebie, niezależnie od wieku, w jakim się znajdują. Oboje stąpają po życiu jak po kruchym lodzie, dość niepewnie i nieśmiało, podczas gdy wokół wszyscy apodyktycznie rozgłaszają swą tożsamość. Oboje też pozostają ze swymi pytaniami, migotliwymi jak bański mydlane.
Barnes nie opisuje dramatu życia. Zna miarę — to, że życie nas uwiera, jakbyśmy mieli ka-mień w bucie, nie jest żadną szczególną tragedią, w każdym razie nie trzeba specjalnego wysiłku, aby wyobrazić sobie większe nieszczęścia. „Że miała czasem ochotę krzyczeć w środku nocy? Kto nie chce? Wystarczyło przyjrzeć się życiu innych kobiet, żeby zdać sobie sprawę, że mogło być gorzej”. Pod słońce to zatem między innymi opowieść o najpowszechniejszym chyba rodzaju rozczarowania, które nie jest krzykliwe ani efektowne, które lęgnie się w nas i wyłazi na wierzch, spoza codzienności, w najbardziej bezludne wieczory, gdy nagle — bo akurat odłączyli nam kablówkę albo nie działa internet — uświadamiamy sobie, że coś się nam wymknęło.
Stopniowo jednak ta historia o życiu dwójki ludzi zmienia się w nieomal metafizyczny traktat, pełen najpoważniejszych pytań, na jakie może pozwolić sobie człowiek; pytań, od stawiania których nie tylko współczesna literatura skutecznie się odzwyczaiła i którymi sami — zagonieni między walkę o tak zwany dobrobyt a konieczność psychicznego utrzymania się na powierzchni — również nie mamy w zwyczaju zawracać sobie głowy. Barnes pyta bowiem o — uwaga, uwaga! — sens, cel, śmierć i relację między Bogiem a światem, jego odpowiedzi zaś niekoniecznie brzmią jak odpowiedzi, za to czasem bardzo przypominają kolejne pytania. Ale — co nie bez racji zauważa jeden z bohaterów Pod słońce — „starannie zadane pytanie jest w końcu rodzajem odpowiedzi”.
Przy czym to traktat pozbawiony spiżowych tonów wygrywanych przez żałobne surmy (co również ma, przynajmniej czasami, swój urok), lecz rozprawa z życiem napisana w sposób niekiedy poważny, czasem melancholijny, często dowcipny, a bywa też, że ironiczny. Barnes operuje humorem powściągliwym i lekkim. Nie drwi, nie jątrzy, nie szydzi, nie bawi się niczyim kosztem, nawet feministek.
Chociaż Jean, jako kobieta dojrzała, jest uwodzona przez kilkadziesiąt lat młodszą Rachel, jedną z partnerek swojego syna, wojowniczą dziewczynę, którą charakteryzuje „przekonanie o własnej racji, i pewność, że wystarczy mieć rację i wściekle się z nią obnosić, by zmienić świat”, ale Barnes wykorzystuje tę sprokurowaną przez samego siebie okazję nie żeby pastwić się nad nowoczesną i nowomodną kobiecością, a raczej by skonfrontować dwa typy kobiecości, nie lepszych, ale i nie gorszych od siebie, po prostu całkowicie innych. I choć autor z większą sympatią odnosi się raczej do Jean, a niektóre przekonania Rachel pochodzą wprost z instrumentarium najbardziej groteskowo pojętego feminizmu (kochanka syna uważa na przykład, że schody, drabiny, pedały samochodowe, giełdę, a nawet… sedesy „zrobili mężczyźni dla innych mężczyzn”, że cała nasza kultura to w gruncie rzeczy wyraz samczej potrzeby dominacji), ostatecznie jednak nie wydaje sądów, przedstawia tę relację jako spotkanie dwóch kobiet, które wzajemnie się przyciągają, ale między którymi niemożliwe jest porozumienie. I to mimo faktu, że refleksji Jean na temat pierwszego stosunku seksualnego („Jakby ktoś na ciebie zwymiotował”) nie powstydziłaby się zapewne najbardziej wojownicza i androginicznie nastawiona sufrażystka.
Przedstawiając punkty widzenia swych bohaterów, Barnes pozostaje więc wobec nich uroczo zdystansowany, jakby wszystko, co sobie o nich myśli, było jednocześnie ważne i błahe, śmiertelnie poważne, lecz również mocno komiczne. „Tak, chciał cieszyć się życiem — charakteryzuje autor Gregory’ego. — A dokładniej mówiąc, chciał chcieć. Gregory uważał się za ignoranta w dziedzinie przyjemności życiowych. Inni ludzie wiedzieli, gdzie ich szukać i jak je zdobyć. Nie mógł zrozumieć, skąd z góry wiedzą, gdzie kryje się przyjemność. Przypuszczalnie obserwowali innych ludzi, zapamiętywali, co im sprawia radość, po czym robili to samo. Dla Gregory’ego rzecz nie przedstawiała się tak prosto. Gdy obserwował grupy ludzi nastawionych na przyjemność: piwoszy w pubie, kibiców sportowych, plażowiczów, ogarniała go dotkliwa zawiść, ale i wielkie zażenowanie”.
To budujące, jak wiele radości i przyjemności potrafi nadal dawać mi literatura, i to mimo faktu, że wcale nie przyjemności i radości szukam w niej w pierwszym rzędzie. Niekiedy jednak dobrze jest odpocząć od psychicznych poskręceń ulubionych twórców, od ich manii i frazy, a przy okazji dodać do tego szacownego grona kolejnego kandydata. Tak, Drodzy Państwo, po Barnesa sięgnę zapewne już wkrótce, a i Wam serdecznie tego życzę. A na koniec puszczę się na wyznanie; ech, chciałoby się kiedyś samemu napisać taką powieść — mądrą, śmiałą i przenikliwą.
Dodaj do ulubionych:
12 Styczeń 2012 Posted by krzymianowski | lektury obowiązkowe, literatura anglojęzyczna | Barnes | 2 komentarzy
Kategorie
- Bez kategorii (4)
- esej (1)
- lektury nadobowiązkowe (34)
- lektury obowiązkowe (21)
- literatura anglojęzyczna (26)
- literatura czeska (3)
- literatura francuska (3)
- literatura hiszpańska (1)
- literatura iberoamerykańska (2)
- literatura niemieckojęzyczna (9)
- literatura polska (14)
- literatura rosyjska (1)
- literatura skandynawska (4)
- literatura węgierska (3)
- niedyskrecje (7)
Blogroll
INNE PUNKTY WIDZENIA
- artPapier
- bez oprawy
- Blog literacki Roberta Rutkowskiego
- Całkiem subiektywne recenzje książek
- Cormac McCarthy
- Czytane nocą
- Czytanie nie szkodzi
- Esensja. Magazyn kultury popularnej
- Experyment
- god save the book
- Krytycznym okiem
- Literatki
- Mania literatury
- mojeksiążki
- Pocztówki z Paranoi
- POCZYTALNIA
- Poczytane
- read_eat_slip
- Za okładki płotem
NIE O LITERATURZE, ALE I TAK WARTE UWAGI
Tagi
Anais Nin Andersch Arno Geiger Balaban Barnes Barth Bengtsson Bradbury Bukowski Dante Dűrrenmatt Esterhazy Franzen Fuentes Greene Gretkowska Henry Miller Hornby Houellebecq Judt Koterski Krzymianowski Littell Marai Max Frisch McCarthy McEwan Mickiewicz Nabokov Palahniuk Philip Roth postmodernizm Rylski Rymkiewicz Sartre Sem-Sandberg Singer Stefánsson Stomma Szczygieł Thomas Bernhard Torres Tyrmand Updike ŠkvoreckýArchiwa
uwagi, sugestie, pretensje i złośliwości:
krzymianowski@gmail.com
Site info
Doczytania. Blog Grzegorza KrzymianowskiegoTheme: Andreas04 by Andreas Viklund. Blog na WordPress.com.


