Doczytania. Blog Grzegorza Krzymianowskiego

„pisarz nie potrafi zmienić świata, nie może nawet uczynić go gorszym” (I.B.Singer)

Charles Bukowski, Kobiety

Bukowski, KOBIETY

„kobiety, uczciwe kobiety, przerażają mnie, ponieważ w ostatecznym rachunku pragną mojej duszy, a ja chcę zachować dla siebie to, co z niej zostało”

 

Charles Bukowski to obok Henry’ego Millera czy Philipa Rotha jeden z tych pisarzy, którzy potrafili wypiąć się na całą teorię literatury i zrobić w konia zastępy doktorantów, pocących się nad proporcją rzeczywistości i fikcji w dziełach tych twórców. Autor „Kobiet” zmieszał wymysł i siebie w sposób tak doskonały, że rozdzielenie tych dwóch ingrediencji wydaje się wprost niemożliwe. To pisarz, który świadomie zrobił z własnego życia literaturę i który – poza kontekstem swej literackiej legendy – właściwie nie istnieje.

To jednak rodzaj prozy – w przeciwieństwie do twórczości dwóch powyżej wymienionych pisarzy – za którym nie przepadam. Fraza Bukowskiego jest jak na mój gust zbyt dosadna, zanadto wyzuta z „literackości”, zbyt przezroczysta. Literatura przeczyszczająca, która nie bawi się w subtelności i gdyby nie jej siła rażenia, właściwie należałoby się zastanowić, czy warto się nią zajmować. Ma wszakże jeden niezaprzeczalny walor – w swym formalnym nieskomplikowaniu jest cholernie ożywcza, przynajmniej na krótką metę. Bukowski nie bawi się w tworzenie fabuły, zadowala się zbiorem scenek, doprawionych zwykle na ostro dialogiem lub wykończonych mocną pointą. „Kobiet” – jak i innych książek tego pisarza – nie trzeba więc śledzić nadzwyczaj uważnie, to raczej lektura „na doskok”, do poczytywania, bez zaciągania zobowiązań.

Bukowski ma rzadką umiejętność punktowego wyprowadzania ciosów – uderza dokładnie i dosadnie, jakby pisanie było dlań pojedynkiem na pięści. Cenię go za dezynwolturę, z jaką traktuje tak zwane normalne życie, za tę z niczym nieliczącą się straceńczość. „Nie lubię Nowego Jorku. Nie lubię Hollywood. Nie lubię muzyki rockowej. Niczego nie lubię. Może to ze strachu. Właśnie tak, boję się. Pragnę siedzieć sam w pokoju przy opuszczonych roletach. Delektuję się tym. Jestem świrem. Jestem kompletnym wariatem”.

Po równie bezpretensjonalnym tytule łatwo spodziewać się złotych myśli, lekko podbitych mizoginizmem autora, albo chociaż ogólnej teorii stosunków damsko-męskich. Szczęśliwie, Bukowski nie zdradza podobnych ambicji, a jeśli już, to zwykle realizuje je w dość zabawnych refleksach w rodzaju: „Nie ma nic gorszego niż być bez grosza i zostać porzuconym przez kobietę. Nie ma nic do picia, nie ma pracy, tylko siedzenie w czterech ścianach i wpatrywanie się w nie pośród natłoku myśli. Właśnie w ten sposób kobiety biorą odwet”. Zasadniczo jednak stroni od uniwersalistycznych uogólnień, podobnie jak jego bohater i narrator „Kobiet”, Henry Chinaski, rzecz jasna pisarz, który „ma fioła na punkcie cipy, ot i wszystko”. Chinaski zresztą, jak sądzę po sobie, ze swym bezpardonowym zdecydowaniem i brakiem skrupułów jest marzeniem inteligenta o samym sobie; on z życiem się rozprawia, a nie mu ustępuje; i nie biadoli, chociaż środowiskiem, w którym funkcjonuje, jest ludzka kałuża.

Nieskomplikowana konstrukcja psychiczna narratora determinuje niestety całość, zasadniczo bowiem mamy tu do czynienia z refleksją dwojakiego rodzaju: dotyczącą pisania i bycia pisarzem lub – znacznie, znacznie częściej – bujnego pożycia erotycznego narratora „Kobiet”. „Umyłem twarz, uczesałem się, wysrałem, umyłem ręce i wypiłem dużo wody prosto z kranu, po czym wróciłem do łóżka. Nicole wstała, zrobiła sobie poranną toaletę i przyszła do mnie. Zwróciła ku mnie twarz. Zaczęliśmy się całować i pieścić”. Życie, proszę ja Państwa, życie w swej potwornej powtarzalności, chciałoby się rzec, gdyby nie jeden drobny szczegół – życie większości z nas, jak mniemam, wypełnione jest jednak monotonią mniej apetyczną, bardziej zaś frustrującą niżeli szybkie numerki pomiędzy jednym a drugim piwem.

Jestem przekonany, że jeśli feministki w końcu podbiją świat i zaprowadzą dyktaturę (a każda ideologia, usiłująca wyjaśnić defekty świata jednym czynnikiem– w tym wypadku wielowiekową dominacją samców – ma w sobie taki potencjał), książki Bukowskiego znajdą się na poczesnym miejscu w odpowiedniku watykańskiego indeksu ksiąg zakazanych. I nie bez racji. Tytułowe kobiety sprowadzone są tu bowiem do poziomu istot zwykle niezbyt rozgarniętych, za to często rozhisteryzowanych. Te stworzenia z wydatnymi biustami, waginami rozdziawionymi jak paszcze jakichś bestii i nieskończonym potencjałem niezrównoważonych zachowań to karykatury w czystej postaci. Gdyby Bukowski miał debiutować jako pisarz na początku XXI wieku, nie miałby najmniejszych szans – zostałby po prostu rozdarty na strzępy. Szczęściem dla siebie funkcjonował w nieco bardziej patriarchalnych i mizoginistycznych warunkach.

„Kobiety” na szczęście najciekawsze są nie wtedy, gdy narrator rozprawia o kobiecych otworach, ale kiedy skupia się na istocie swojej egzystencji – pisaniu. „Najgorszą rzeczą dla pisarza jest znajomość z innym pisarzem, a jeszcze gorszą – znajomość z kilkoma pisarzami. To jest chmara much na jednym kawałku gówna”. Sądzę, że podobne zdanie warte jest kilkudziesięciu stron opisów rzygania przetrawionym piwskiem i seryjnych wytrysków. I dlatego właśnie po Bukowskiego niekiedy sięgam – dla tych kilku czy kilkunastu myśli, które warto sobie wynotować.

A w ramach appendixu link do pierwszej części uroczego dokumentu, prezentującego Bukowskiego w jego ulubionej roli – moczymordy:

6 Wrzesień 2011 Posted by | lektury nadobowiązkowe, literatura anglojęzyczna | | 2 komentarzy

   

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.