Bez granic
Onegdaj pisałem rozwlekle o Henrym Millerze, swoim ulubionym pisarzu-pornografie. Czas po raz kolejny popuścić wodzy swoim niskim instynktom i równie nieumiarkowanie poplotkować o burzliwym życiu jego najsłynniejszej kochanki – AnaïsNin.
Bez granic – Anaïs Nin
To cud, że Anaïs Nin stała się samą sobą. Prawdopodobieństwo, że zostanie jedną z najbardziej znanych, a przy okazji kontrowersyjnych pisarek na świecie było bowiem doprawdy mizerne. Urodziła się pod Paryżem 21 lutego 1903 roku, jeszcze w belle époque, kiedy mężczyźni zwykli traktować kobiety w najlepszym razie jak piękne secesyjne ozdoby, dorastała w pruderyjnych, protestanckich Stanach Zjednoczonych, matka zaś powtarzała jej, że „nie potrzebuje wiele do szczęścia”. I dodawała: „Jedynie bardzo złe kobiety spędzają życie poza domem”. Imię jednak zobowiązuje — a Anaïs pochodzi od Anaitis, imienia syryjskiej bogini wojny.
Młodości przyszłej pisarki nie dałoby się nazwać ani sielankową, ani spokojną. Tuż po dwudziestce miała już wiele za sobą; burzliwe dzieciństwo w artystycznym domu, przeprowadzkę z Europy do Stanów Zjednoczonych, małżeństwo i powrót do Francji. Jej ojciec, „inteligentny, podstępny, kulturalny” muzyk, podróżuje wraz z rodziną po całej Europie, od Barcelony po Paryż, nie pozostając przy tym wzorem cnót i wierności. W końcu, gdy Anaïs ma 11 lat, ów gorącokrwisty Hiszpan porzuca żonę ostatecznie. I choć wspomnienia życia rodzinnego Nin pełne są obrazów kłótni, a nawet przemocy, której zaznaje od ojca, niezwykle przeżywa jego odejście. Obwinia samą siebie, uważa, że nie jest wystarczająco atrakcyjna, by zatrzymać rodzica przy sobie, a w swym młodzieńczym dzienniku zapisuje nawet, że poniosła „porażkę w miłości”.
Przez całe niemal życie będzie starała się uporać się z tą wyrwą w swoim istnieniu — za pomocą kolejnych mężczyzn, literatury, dziennika, psychoanalizy. „Niedostateczna miłość i odejście ojca pozostawiły niezatarte piętno. Czemu nie mogą zmazać go wszystkie miłości, które wzbudziłam?”. Potrzeba połączenia z ojcem staje się w końcu jej obsesją. W dziennikach wyznaje: „Pozostałam kobietą, która kocha kazirodztwo”. Nie jest to wyznanie teoretyczne; już jako trzydziestoletnia kobieta, w 1933 roku, spotyka się z ojcem we Francji i uwodzi go, by następnie porzucić. Ale to nie wystarcza, by uporać się z problemem niezrealizowanego dziecięcego pragnienia. „Uwodziła głównie ojcowskie postacie swego życia”— zauważa jej biografka Noël Riley Fitch. „Ojciec zdradził mnie i rozmieniłam się w milionach drobnych związków”— dodaje sama pisarka.
W młodości nazywano ją Linotte, roztrzepaniec. Pewna niefrasobliwość wobec życia pozostaje w niej na zawsze. Nawet jako dojrzała kobieta ma w sobie jakąś dziecięcą zachłanność, nie potrafi z niczego rezygnować, chce dla siebie wszystkiego jednocześnie, często rzeczy wzajemnie się wykluczających. Dlatego bardzo wcześnie wikła się w konflikty z samą sobą. „Byłoby pięknie, cudownie, gdybym dążąc do osiągnięcia własnego szczęścia, nie musiała polegać na mężczyźnie!”— pisze, by zaraz potem przyznać jednak, że świat bez mężczyzn wydaje jej się jałowy i bezbarwny. Jako nastolatka projektuje sobie idealnego partnera: „Mógłby być wielkim pisarzem, a ja pomagałabym mu chętnie tworzyć poetyckie fantazje”. Ale natychmiast uzupełnia ten obraz: „byłoby może lepiej, gdybym ja sama napisała tę książkę, a on przeprowadził korektę”.
Wśród fantazji, którymi zapełnia swą młodość, niewiele jednak przetrwa próbę czasu. Trudno to sobie wyobrazić, ale ta skandalistka, kobieta, która ze swojego życia erotycznego uczyniła bez mała dzieło sztuki, we wczesnej młodości była idealistką, marzącą o czystym i wzniosłym uczuciu. Zanim stanie się wampem, kometą, za którą ciągnie ogon zahipnotyzowanych jej urokiem i sex-appealem mężczyzn, potrafi nazwać zepsutym i bezwstydnym człowiekiem pewnego młodzieńca, który stara się o jej pocałunek. A na pytanie, czy chciałaby zostać sufrażystką, wykrzykuje: „Uchowaj Boże! Przeraża mnie sama myśl o tym!”.
Jej małżeństwo z Hugonem Guilerem, młodym bankierem, wydaje się przedsięwzięciem nie do końca przemyślanym — jakby Anaïs poszukiwała kotwicy dla swojej kapryśnej i niepewnej siebie natury. Kiedy w końcu decyduje się na ten krok, wahania jej nie opuszczają: „Czy teraz naprawdę znam życie? Czy wiem, co to miłość, miłość w małżeństwie?…”. Młodych małżonków nie łączy ani miłość od pierwszego wejrzenia, ani psychiczne czy cielesne dopasowanie. Bardziej wiążą ich własne słabości niż wzajemna fascynacja. Dość powiedzieć, że przez dłuższy czas ich związek pozostaje nieskonsumowany, a nawet gdy już do tego dochodzi, ich intymne pożycie staje się źródłem kolejnych frustracji i problemów. „Kocham Hugona beznamiętnie — notuje Nin— ale także czułość silnie wiąże ludzi”. Może właśnie z powodu owej „czułości” małżeństwo się nie rozpada. Nawet wtedy, gdy w 1955 r. Nin poślubia innego mężczyznę, Ruperta Pole’a, nie rozwodzi się z pierwszym mężem — pisarka przez 11 lat wiedzie żywot formalnej bigamistki.
Jak wiele innych par Anaïs i Hugo brną ze swymi problemami przez życie, a kiedy ich ciężar staje się zbyt nieznośny, czasowo się rozstają. Jej stosunek do męża jest jak przypływ i odpływ — nie potrafi się zdecydować, czy go porzucić, czy może uznać, że „przed chorobą i śmiercią może uchronić [ją] jedynie miłość — taka, jaką może dać Hugo, nikt inny”. Tworzą więc układ patologiczny, ale i symbiotyczny. Przynajmniej tak to sobie oboje wyobrażają — on zapewnia im środki do życia, z czasem coraz bardziej wystawnego, ona zaś realizuje pasje, które mężczyzna podziwia. On od rana do wieczora przesiaduje w banku, pnąc się po szczeblach kariery i ekonomicznego sukcesu, pani Guiler zaś pozostaje w domu.
Jeśli jednak Anaïs jest kurą domową, to z gatunku tych, które nie znoszą pokornie jajek. „W pracy gospodyń domowych — pisze— nie ma nic pięknego, potrafię więc doskonale zrozumieć rozterki i niezadowolenie przeżywane przez wiele kobiet, które muszą się tym zajmować, chociaż zasmakowały już przedtem w innym życiu, bardziej niezależnym”. Nigdy nie została matką, choć nie uniknęła zajścia w ciążę. Ale rozwiązuje ten problem w zgodzie ze swoim przekonaniem, że nie powinna mieć dzieci. „Macierzyństwo jest takim samym powołaniem jak każde inne. Kobieta powinna decydować się na nie z własnej woli, a nie pod wpływem nakazu”. Anaïs zaś nie jest panią domu, pragnie emocji, nawet ekstremalnych. „Śnią mi się burdele — wyznaje w dzienniku — gdzie biorą mnie wszyscy po kolei, tak długo, aż popadam w stan całkowitego wyczerpania, ale i zaspokojenia”.
Bardzo wcześnie zaczyna rozumieć, że tego, czego szuka, nie znajdzie w małżeństwie. Pragnie ŻYCIA, a nie życia i MIŁOŚCI zamiast miłości. Już jako kilkunastoletnia dziewczyna zapisuje: „Moje serce zdaje się zwracać ku każdemu, kogo uznam w duszy, iż jest tego wart; potrafię kochać na tysiąc różnych sposobów, lojalnie i szczerze”. Po kilku zaś latach te nieco niejasne i bardzo młodzieńcze deklaracje stają się dużo bardziej precyzyjne: „Jestem przekonana, że kiedy, tak jak ja, kocha się intensywnie trzech wybranych mężczyzn, doświadcza się wszystkiego”. Planuje napisanie opowiadania „o tym, jak to możliwe, że kobieta kocha dwóch mężczyzn; że całuje się z jednym z nich, marząc zarazem o ustach drugiego; że patrzy z miłością w oczy jednego, wspominając spojrzenie drugiego; że zasypia w ramionach jednego, marząc o drugim”. Anaïs zapewne nie jest ani pierwszą, ani ostatnią kobietą przeżywającą podobne rozterki; ale jako pierwsza równie bezpośrednio i bez przesłon daje dojść do głosu niespójności własnego pożądania. Z czasem Nin dochodzi do takiej wprawy we wplątywaniu się w karkołomne sytuacje uczuciowe, że potrafi kochać (i dręczyć) czterech mężczyzn jednocześnie. Rozstaje się z nimi, porzuca ich, wraca — jakby kręciła się na jakiejś diabelskiej erotycznej karuzeli. Jej psychoanalityk oraz — jakże by inaczej — kochanek charakteryzuje ją następująco: „Nie chce pani słabych mężczyzn, ale nie jest pani zadowolona, dopóki nie staną się słabi w pani rękach”.
Dopiero jednak wyjazd do Europy, ku której, wedle Anaïs, zwracają się „ludzie sztuki, intelektualiści i w ogóle zorientowani na kulturę”, staje się dla niej przełomem. Nieprzypadkowo wpis na nowy rok 1926 brzmi: Vita nuova, nowe życie. Nin ze swoimi literackimi ambicjami doskonale pasuje do artystycznej atmosfery stolicy Francji. Tak się jednak składa, że zamiast Hemingwaya, Joyce’a czy Scotta Fitzgeralda spotyka Henry’ego Millera. Znajomość, a wkrótce gorący romans z tym ostatnim oznacza dla Anaïs wstrząs i zwrot. Dotychczas tylko snuła fantazje, teoretyzowała, teraz przychodzi czas praktyki, prawdziwej inicjacji twórczej i erotycznej. „Przyszłam do Henry’ego jako dziewica, świeża, niedoświadczona, ufna, nienasycona”— zauważa Anaïs. A wkrótce potem deklaruje: „Pragnę rzucić moje dotychczasowe życie, mój dom, moje bezpieczeństwo, moje pisarstwo, żeby z nim żyć, dla niego pracować, dla niego stać się prostytutką”. Ale i dla niego, mężczyzny zaprawionego w seksualnych bojach, jest to sytuacja nowa: „nigdy nie kochałem inteligentnej kobiety. Zawsze stały umysłowo niżej ode mnie. Ciebie uważam za równą sobie”. Henry uważa ją za tak równorzędnego partnera, że nie ma nic przeciwko, by to właśnie Nin zorganizowała mu pieniądze na wydanie jego debiutu, słynnego Zwrotnik Raka, nawet jeśli fundusze pochodzą od Otto Ranka, ucznia Freuda i pierwszego z całego ciągu psychoanalityków uwiedzionych przez Anaïs.
Związek z autorem Sexusa to najbardziej intensywny i brzemienny w skutki okres w życiu Nin. „Ściga mnie jego brutalna, agresywna męskość. Smakuję tę brutalność wargami, łonem”. Wzajemna fascynacja rozwija się niemalże pod okiem męża Anaïs. A żeby sytuacja była bardziej skomplikowana, Miller ma biseksualną żonę, June Mansfield, która zdradza go na potęgę, zarówno z mężczyznami, jak i kobietami. Anaïs i June szybko połączy fascynacja, nie tylko duchowa. „June to przerażająca, a zarazem inspirująca natura, przy której wszystkie inne kobiety wydają się mdłe i nudne”— zapisuje Nin, zazdroszcząc jej „nienasyconego apetytu na życie i chęci wypróbowania wszelkich, nawet najostrzejszych smaków”. A przy innej okazji dodaje: „Kocham ją za to, kim ośmiela się być, za jej nieczułość, okrucieństwo, egoizm, przewrotność, demoniczną niszczycielską siłę. [...] Szanuję jej odwagę, by ranić ludzi”.
Mąż Anaïs robi wiele, by nie dostrzegać własnego poroża, które z miesiąca na miesiąc przybiera coraz bardziej okazałe rozmiary. Można chyba mówić o zamierzonej ślepocie, skoro nawet gdy czyta w dzienniku Anaïs opisy jej intymnych schadzek z Millerem, daje sobie wmówić, że to fikcja literacka. Po tym incydencie Nin na potrzeby Hugo tworzy specjalną wersję pamiętnika. Da się ją zrozumieć — mąż dużo pracuje, to w Paryżu, to w Londynie, ma na głowie utrzymanie rodziny, a często, nie zawsze tego świadomy, grono jej przyjaciół-artystów. Nic właściwie dziwnego, że ostatecznie również ląduje na kozetce psychoanalityka i nie podniesie się z niej aż do śmierci.
Związek Anaïs i Millera rozluźnia się na skutek wybuchu wojny. Wprawdzie spotykają się już w styczniu 1940 r. w Nowym Jork, ale temperatura ich relacji opada. Rupert Pole podsumował ten okres życia Nin następująco: „Nigdy później nie była już tak szalona, choć jej seksualna odyseja trwała jeszcze wiele lat”.
W dzielnicy Nowego Jorku Greenwich Village powstaje nowe centrum awangardy artystycznej. Po wielkiej migracji z Europy pojawiają się tam Marcel Duschamp, Man Ray, Salvadore Dali, słynni awangardowi burzyciele, a także bardziej nobliwi pisarze — np. Tomasz Mann i jego brat Henryk. Anaïs ma już dosyć pisania dla wąskiej grupy przyjaciół, pragnie publicznego uznania. Wydawcy ją jednak ignorują, jeśli ukazują się jej powieści, to publikuje je własnym sumptem. Kupuje starą prasę drukarską, napędzaną przy pomocy pedału, i własnoręcznie, a właściwie własnonożnie, tłoczy egzemplarze swoich dzieł.
Na szerszy oddźwięk publiczności przychodzi jej jednak poczekać bez mała 20 lat. „Konflikty uczuciowe, fiasko niespełnionych marzeń, zamiarów i planów, brak energii, przygnębienie, niezrozumiałe napięcie — oto lejtmotyw jej pisarstwa” — zauważa jej biografka Linde Sandler. Anaïs w opowiadaniach rozszczepia swoją osobowość na podobieństwo atomu — każdej z postaci kobiecych przyporządkowuje jakiś element siebie, obdarza je fragmentami swoich doświadczeń. Lata wojny nie sprzyjają jednak tak bezpruderyjnej, bezpośredniej, psychologicznie powikłanej i pełnej erotyzmu twórczości, a przychylne głosy padają rzadko. Krytyk literacki Edmund Wilson uważa, że w jej twórczości „wyborna poezja miesza się z prosta, realistyczną obserwacją. Sceną wydarzeń jest świat szczególny, świat kobiecych obserwacji i fantazji”. Częściej jednak zdarzają się opinie odmienne. W 1949 roku w „Partisan Review” pewna recenzentka nie pozostawia na Anaïs suchej nitki: „Dość nieokreślona, rozmarzona, rozpaczliwie pretensjonalna, jest kwękającym dzieckiem z dobrego domu awangardy lat dwudziestych”. A Simone de Beauvoir, feminizująca pisarka i partnerka Sartre’a, jest wściekła na Nin ze względu na wykreowany przez nią typ kobiecości.
Dlatego w latach 40. wespół z Millerem zarabia pisaniem opowiadań pornograficznych dla pewnego kolekcjonera. Zostaną opublikowane dopiero po jej śmierci w tomach Delta Venus i Małe ptaszki i natychmiast zostaną bestsellerami. To dzięki nim zacznie się mówić o „pornografii dla kobiet”. Choć Anaïs nie przemilcza nawet bardzo niestandardowych konstelacji seksualnych, opisy zbliżeń nie rażą dosłownością, są dosadne, lecz nie wulgarne. Nin robi z aktu seksualnego teatr. W recenzji „New York Times” mówi się nawet o „najpiękniejszej i najbardziej bezpośredniej książce, napisanej kiedykolwiek przez kobietę”.
Dziełem życia Anaïs pozostaje jednak dziennik, który rozpoczęła, mając 14 lat. W chwili jej śmierci, 14 stycznia 1977 r., rękopis liczył 35 tys. stron! To jedno z najbardziej spektakularnych w dziejach literatury świadectwo wewnętrznego życia kobiety. Dla Anaïs dziennik stał się jednak przede wszystkim narzędziem samopoznania i autokreacji, zwłaszcza gdy uznała, że warto go opublikować. „Mam gorące pragnienie wynaleźć sama jakąś nową formę, a mogłabym tego dokonać, dając upust swym skłonnościom i drzemiącemu we mnie lekkiemu szaleństwu”.
Pisarstwo i mężczyźni — dwie namiętności, od których Nin nie potrafiła i nie chciała się uwolnić. Niepowodzenia w jednym i drugim przypadku skutkują stanami przygnębienia, okresami depresji, która mija, gdy na horyzoncie pojawia się nowy kandydat na kochanka. Dojrzała Anaïs to już nie ta młoda kobieta, która boryka się z własnymi potrzebami cielesnymi. Jej przygody zaczyna cechować pewien pragmatyzm — mężczyźni, których okręca sobie dookoła palca, bywają dużo młodsi. Nie może zresztą już liczyć na swych byłych kochanków, zwłaszcza w kwestiach dotyczących spraw cielesnych. U Henry’ego Millera drażni ją „jego pogłębiające się zainteresowanie mistycyzmem przy jednoczesnym braku zainteresowania kobietami”. Anaïs wyznaje: „Obecność młodzieńców […] sprawia, że ciasny, przygnębiający, ostateczny i skostniały świat przekształca się w świat zmienny, cudowny, nadający się do formowania i tworzenia”. Może sobie jednak na to pozwolić — ze swoimi wielkimi oczyma, ptasią głową i drobniutkim ciałem nawet po sześćdziesiątce wygląda tak, jakby odkryła sekret długiej młodości.
Uznanie i popularność zyska dopiero w latach 60., gdy przez świat Zachodu przeleje się fala rewolucji obyczajowej, a seks ze szczelnie zamkniętych mieszczańskich sypialni wyjdzie na ulice. Pisarka Erica Jong uznała, że żadna inna artystka „nie opowiedziała »dziejów kobiecej seksualności« bardziej uczciwie niż Nin”. Zaś zdaniem znanej feministycznej badaczki Kate Millet — Anaïs była autorką „pierwszego prawdziwego portretu artystki jako kobiety”. Już po śmierci pisarki w 1977 r. na podstawie jej prozy i dzienników powstają znane filmy: wysmakowany erotyk Delta Venus w reżyserii Zalmana Kinga czy Henry i June Philipa Kaufmana. Ostatecznie, co jest częstym losem ludzi zbyt śmiało wychodzących naprzeciw przyszłości, znaczenie twórczości Anaïs Nin docenili dopiero jej potomni.
(tekst ukazał się w lutowym „Existence Magazine” pod tytułem Udręka i ekstaza)
Henry Miller W łóżku z pisarzem
7 czerwca minęła 30 rocznica śmierci mojego ulubionego ongiś porno-pisarza – HENRY MILLERA. W związku z tym proponuję garść plotek i anegdot z życia tegoż zebranych w plotkarskim i anegdotycznym artykule o pretensjonalnym i tabloidowym tytule.
W ŁÓŻKU Z PISARZEM
Gdy w czerwcu 1980 roku Henry Miller dokonywał w Los Angeles długiego i znaczonego skandalem żywota, w niewielkim stopniu przypominał chłopaka, który wychowywał się w Brooklynie, czy też faceta żyjącego w latach trzydziestych na paryskiej ulicy. Imponujące domostwo pisarza stało się celem pielgrzymek i – co odnotowała Erica Jong – jak na siedzibę starego członka cyganerii, sprawiało niezwykle burżuazyjne wrażenie. Jednak autor Zwrotnika Raka zasłużył sobie na przywilej wygodnej śmierci jak mało kto. Płacił bowiem za swe późne powodzenie najczystszą z monet, jaką ma do dyspozycji pisarz – własnym życiem. Przetopił je w słowo, zatarł granice między literaturą piękną a autobiografią. Jego pisanie i życie złączyły się, tworząc mit ucieleśniający pragnienie wolności– zauważyła Jong w Diable na wolności, świetnej książce poświęconej Millerowi.
Niewiele było jednak danych po temu, że zostanie pisarzem. Jego rodzice byli amerykańskimi Niemcami, którym nie w smak były skłonności syna. Matka uważała pisanie za zajęcie hańbiące. W ramach rewanżu Miller nazywał ją w swych utworach wiedźmą i straszną cholerą, ojca zaś rozmarzonym pijaczyną. To nie przeszkodziło mu wspominać z rozrzewnieniem dzieciństwa spędzonego wśród różnej proweniencji emigrantów, Włochów, Polaków i Irlandczyków. Podobną radość przeżył później dopiero na ulicach Paryża, gdzie znalazł się w otoczeniu ludzi wykolejonych, egzystujących na marginesie społeczeństwa.
Żywił się swobodą i – przede wszystkim – kobietami. Czerpał z nich tyle, ile się dało, a następnie wymieniał, gdy ich magia przestawała działać. Kobiety przyciągał z magnetyczną siłą. Obcowanie z nim przypomina pożar lasu. Coraz to nowe punkty mojego ciała ogarnia płomień. Jest podpalaczem - zanotowała Anais Nin.
Do pisania potrzebował muzy. Pierwsza z nich, June Edith Smith, żydowska femme fatale, broadwayowska tancerka, wyzwoliła go z pierwszego, pochopnie i przedwcześnie zawartego małżeństwa. A nie należało ono do zgodnych – żona, wzorem wielu innych żon, żądała, by przyszły pisarz – wtedy zaś jedynie zaawansowany w swoim fachu bumelant – wziął się na serio do pracy. Miller gorzko komentował te naciski: Prawda o małżeństwie – pisał w jednym z listów - wygląda tak, że jest to jedno wielkie rozczarowanie… już po trzech dniach małżeńskiej sielanki mężczyźnie otwierają się oczy.
Pod wpływem perswazji połowicy na cztery lata zakotwiczył w Western Union. W ten sposób poznał tryumfujący kapitalizm wystarczająco, by mieć z nim na pieńku do końca życia. W Zwrotniku Koziorożca nazwał tę instytucję Kosmodemonicznym Towarzystwem Telegraficznym i przedstawił je jako przedsionek piekła. A w późniejszych czasach, gdy stać go już było na własną papeterię listową, umieścił na niej następujące motto: gdy gówno stanie się cenne, biedacy będą rodzić się bez odbytu.
Dopiero dzięki June rzucił pracę, rozwiódł się i został pisarzem. June była biseksualna i nie zwykła trzymać swoich żądz na zbyt krótkim postronku. Romansowała z kobietami i mężczyznami. Tych drugich traktowała często jako źródło utrzymania, zarówno dla siebie, jak i męża, który nie protestował zresztą przeciwko podobnym praktykom. Z jej inspiracji, a już na pewno za jej pieniądze (albo pieniądze jej kochanków), Miller wyjechał do Europy, w której spędził dziesięć lat.
Żył w podejrzanych spelunkach, w towarzystwie lekko prowadzących się dam, które bardziej ceniły gotówkę niż obyczajność. Jeśli wpadniesz w dostatecznie głęboką rozpacz, wszystko będzie dobrze – mawiał, wyprzedając się w szybkim tempie z ubrań. Zdarzało mu się głodować, a egzystencję zapewniał sobie dzięki talentom do pozyskiwania przyjaciół.
W Paryżu poznał między innymi swą kolejną muzę, Anais Nin, która poszukiwała mocnych wrażeń w artystycznym światku. Tych zaś nie mogło zabraknąć w towarzystwie Millera. Zwłaszcza gdy do kochanków na krótko dołączyła June. June to wspaniale płomienne ciało, elektryzujący głos, przepastne oczy, omdlałe gesty, pełna temperamentu obecność – zauważyła Anais. Kobiety szybko połączył romans, o którym Miller informowany był na bieżąco. Tak powstał ów słynny ménage à trois, a Nin, rozdarta pomiędzy pięknością June a geniuszem Henry’ego, pisała: Henry daje mi życie, June daje śmierć.
Drugie małżeństwo Millera rozpadło się, podobnie zresztą jak cztery pozostałe. Kiedy spotkali się po latach, Henry był żyjącą legendą literatury, ona zaś kobietą kompletnie zniszczoną przez namiętności, nałogi i chorobę psychiczną. Ale została tematem jego życia. Książki Millera są jej pełne, jakby wciąż na nowo próbował uchwycić fenomen i magię jej osobowości.
Rok intensywnego życia w Paryżu wystarczył, by powstał Zwrotnik Raka, utwór, który zmienił literaturę. Nie była to zwykła powieść, lecz literackie trzęsienie ziemi. Miller postawił sobie nadzwyczaj ambitny cel – rejestrowanie wszystkiego, co pominięto w książkach. I jak zawsze w podobnych przypadkach, wydawcy nie chcieli słyszeć o druku książki. Pojawiła się tylko dlatego, że Anais Nin pokryła koszty wydania powieści, pożyczywszy zresztą pieniądze od jednego ze swych kochanków. Na obwolucie znajdował się napis, że książki tej nie należy wykładać na wystawie.
Wobec obstrukcji rynku wydawniczego autor przyjął oryginalną strategię marketingową: Zwrotnik Raka dotarł do publiczności, jak pisarz wyznał przy jakiejś okazji, tylko dzięki temu, że napisałem setki listów wychwalających go pod niebiosa, a pewna żydowska lesbijka, pełna entuzjazmu i poświęcenia, roznosiła egzemplarze od kawiarni do kawiarni. Przyjaciel Millera, pisarz Lawrence Durrell twierdził, że znalazł egzemplarz Zwrotnika Raka w toalecie, gdzie pozostawił go jakiś przerażony czytelnik.
Stolica Francji była ówcześnie prawdziwą jaskinią grzechu, zwłaszcza w środowisku artystycznej bohemy, w której zakotwiczył Miller. Atmosfera rozwiązłości przedostała się na karty powieści. Pisarz mówi w niej szorstkim, owłosionym głosem dzikusa… Seks w opisach Millera jest jak rzeź i wojna – stwierdziła Jong. Bo Miller był pisarzem przyszłości. Stworzył fundament, na którym wsparli się później Philip Roth czy John Updike. Żaden ze współczesnych mu pisarzy nie odważył się na tak otwarte przedstawianie aktu seksualnego. W USA wciąż obowiązywało restrykcyjne prawo Hicklina z 1868 roku zakazujące wszelkiej obsceniczności w literaturze. Zwrotnik był więc do ojczyzny Millera przemycany. Zakaz publikacji zdjęto z książki dopiero w 1961 roku. Ale gdy została wreszcie wydana, na pniu sprzedano prawie 70 tysięcy egzemplarzy.
Sławna pisarza rosła. Jego wizytom w Europie towarzyszył szalony entuzjazm. Prasa rozpisywała się o Millerowskim kulcie seksu i anarchii. Był gwiazdą otoczoną tłumem dziennikarzy i fotoreporterów. Zwłaszcza, ze towarzyszyła mu kolejna żona, o 30 lat młodsza Eve McLure, która zresztą po rozwodzie popełniła samobójstwo.
Przez większość swego długiego życia Miller znajdował się w tarapatach finansowych. Dzięki skandalowi, jaki towarzyszył kolejnym książkom, był przez moment bliski zdobycia sporych pieniędzy. Jednak zanim zdołał podjąć we Francji należne mu honoraria, frank został zdewaluowany, a fortunka Millera obróciła się w niebyt. Po powrocie do Stanów w latach czterdziestych postanowił więc zostać wytwórcą opowiadań pornograficznych. Znalazł nawet majętnego kolekcjonera, który płacił pisarzowi dolara za każdą stronę obscenów. Ostatecznie jednak wysiłki Millera nie zadowoliły konesera sprośności i Miller zajęcie to stracił. Kolejnym niekonwencjonalnym pomysłem na zdobycie niezbędnych środków był List otwarty do wszystkich razem i każdego z osobna. Prosił w nim o wsparcie i datki. Byłbym też wdzięczny za stare ubrania, koszule, skarpetki… Uwielbiam sztruksy – pisał między innymi.
Uznanie przyszło późno, a finansowe powodzenie jeszcze później. Gdyby nie był tak żywotny, prawdopodobnie nie doczekałby pierwszego, a na pewno drugiego. Jego pisarstwo jest męskie, zwierzęce, wspaniałe - odnotowała Anais Nin. – To mężczyzna, który upija się życiem… ma zwierzęcy instynkt życia, ogromną silę ekspresji. Dzięki temu na starość mógł zafundować sobie willę w bogatej dzielnicy Los Angeles. Na drzwiach domu leciwy pisarz umieścił słowa chińskiego mędrca Meng-tse: Gdy człowiek osiągnie wiek starczy i wypełni swą misję, ma prawo w pokoju rozmyślać o śmierci. Nie potrzebuje innych ludzi, gdyż zdążył już poznać swych bliźnich i ma ich powyżej uszu. Potrzeba mu tylko spokoju.




