Nie pozostanie kamień na kamieniu
Cormac McCarthy
Suttree
Cormac McCarthy, Suttree, przeł. Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.
[…] powiedziałem, że wystąpię przeciwko oszczerstwu niepamięci i potwornej nieobecności jego oblicza i będę trwał niczym kamień w absolutnej pustce, w której każdy mógłby odczytać moje imię. Z tej przechwałki odszczekuję wszystko.
Cormac McCarthy zwykł portretować ludzkość niczym sforę zdziczałych psów. Tak jest w Drodze, gdzie obserwujemy ostatnie skurcze cywilizacji, tak jest w Krwawym południku, tym surrealistycznie okrutnym westernie, będącym jednocześnie traktatem na temat natury świata, czy w To nie jest kraj dla starych ludzi, gdzie pisarz kpi sobie z naszej potrzeby sprawiedliwości. Suttree pozornie różni się od tych dzieł – atmosfera tej potężnych rozmiarów powieści miejscami przypomina wręcz łotrzykowską epopeję braci Coen, Bracie, gdzie jesteś?, od czasu do czasu pojawia się tu bowiem podobny klimat rubaszności, witalizmu i zatracenia, alkoholowych szaleństw i niezobowiązującej sprośności. Gdyby jednak mieli Państwo ochotę pozwolić się zwieść sprytnej marketingowej zapowiedzi z okładki Suttree, określającej opublikowaną przez Wydawnictwo Literackie powieść jako „najzabawniejszą” w dorobku autora Drogi, to na wstępie trzeba szybko pozbawić Was podstaw do nadmiernego optymizmu. Chyba że za zabawną uznacie Państwo ponurą przepowiednię, która pada na początku powieści: „Przetrwają tylko prymitywniejsze, brutalniejsze formy życia”. Amerykański prozaik lubuje się w scenach degrengolady i cywilizacyjnego uwiądu, nic zatem specjalnie dziwnego, że również poczucie humoru, jakim operuje, doskonale wpasowuje się w ten schyłkowy klimat; jest obcesowe i pozbawione ogłady, fizjologiczne i brudnawe. Ostatecznie to Cormac McCarthy, do cholery! Czytaj dalej »
Noc nie ma końca
Cormac McCarthy
KRWAWY POŁUDNIK
…sprawy ludzkie nie znają schyłku i szczyt możliwości człowieka zapowiada nadejście nocy. Jego duch wyczerpuje się w apogeum dokonań. Jego południk to zarazem mrocznienie i zmierzch jego dnia.
Dzieje twórczości Cormaca McCarthy’ego stanowią doskonałą pożywkę dla refleksji na temat paradoksalnego losu pisarzy. Kto w Polsce znał twórczość tego pisarza pięć lat temu, słusznie uchodzić mógł za wytrawnego konesera literackich osobliwości zza oceanu; kto jednak przyznaje się do nieznajomości jego dzieł obecnie, dowodzi tym jedynie swej małej orientacji w ruchu na powieściowym parnasie. W tym czasie bowiem, nie bez udziału znakomitej ekranizacji To nie jest kraj dla starych ludzi braci Cohen, McCarthy stał się u nas gwiazdą pierwszej wielkości.
Także w swej ojczyźnie, Stanach Zjednoczonych, ten leciwy, dobijający osiemdziesiątki autor przez większość życia należał do pisarzy zapoznanych. Z przedpiekla, gdzie wegetują autorzy niezauważonych powieści, wydobyła go Oprah Winfrey w 2007 roku. Zapomniany prozaik, który dzięki wywiadowi telewizyjnemu zostaje gwiazdą pierwszej wielkości – czyż los McCarthy’ego nie mówi nam czegoś o naszych czasach? Zapewne. A czy jego powieści mówią nam coś o naturze świata? Jeśli tak, jeśli jest w nich choć trochę prawdy o istocie wszechrzeczy, nie mamy sobie – jako ludzie – czego zazdrościć…
Krwawy południk, wydany w 1985 roku i sprzedany wtedy w ilości dwóch i pół tysiąca egzemplarzy, obecnie zaś zaliczany przez New York Times’a do pięciu najlepszych powieści ostatniego ćwierćwiecza, to książka, która paraliżuje. Pisarze stosunkowo często, zwłaszcza na tle reszty populacji, wyróżniają się ograniczoną wiarą w dobro stworzenia, jednak nawet w towarzystwie tak skorym do czarnowidztwa Cormac McCarthy wydaje się okupywać biegun, w kierunku którego odważyło się podążyć bardzo niewielu twórców. „To mi wygląda jak droga do piekła” – mówi jedna z anonimowych postaci Krwawego południka. To prawda – swąd palonej siarki czuje się przy lekturze tego dzieła aż nazbyt wyraźnie.
Autor bowiem tylko pozornie zabiera nas w podróż po Dzikim Zachodzie i tylko pozornie wypuszcza się na spotkanie zakorzenionego w amerykańskiej kulturze mitu. Western to dekoracja mająca nas zwieść i osłabić naszą czujność – w rzeczywistości podążający tropem pisarza czytelnik odbywa raczej wędrówkę w zaświaty, schodzi na piekielne dno człowieczeństwa.
Im dalej bowiem w Krwawy południk brniemy, tym szerzej otwiera się przed naszymi oczyma świat pozbawiony osłony, odarty ze skóry, z trzewiami pulsującymi na wierzchu. McCarthy funduje nam orgię okrucieństwa, opętańczego tańca kostuchy, który swym bestialstwem wykracza daleko poza przyprawiające przecież o mdłości szaleństwo Łaskawych. Analogie do dzieła Jonathana Littella są uzasadnione nie tylko dlatego, że obaj prozaicy stworzyli przerażającą panoramę zła, którego nie sposób ani wyjaśnić, ani zrozumieć. Łączy ich przede wszystkim powinowactwo innego typu, może mniej ewidentne, lecz istotniejsze – wizja świata, któremu odmawiają prawa do obrony.
Bo Dziki Zachód McCarthy’ego, jak ukraińskie stepy Littella, to kraina przeklęta, zamknięty krąg, nad którym goreje „przysadziste, pulsujące, nieprzyjazne” słońce, przypominające „żołądź ogromnego czerwonego fallusa. To głodna kraina”, nabiegła krwią, o konsystencji złego snu, pulsującego posoką majaku. Zwały martwych ciał stanowią równie naturalny sztafarz tego miejsca, co kaktusy i watahy podążających za ludźmi wilków. Trupy ścielą się tu bez żadnego umiaru, jak w jakimś tanim horrorze, a kolejne ludzkie truchła porzucane są na kartach powieści jak kamienie rozsiane po obojętnej, milczącej pustyni. „Śmierć wydawała się jedyną cechą krajobrazu”; jeśli znika nam na moment z oczu, możemy być pewni, że skrada się gdzieś w cieniu, tuż za złotym kręgiem jasności bijącej z rozpalanych nocą ognisk.
Zbrodnia, pozbawiona jakiegokolwiek uzasadnienia, przypadkowa i nie do przewidzenia, jest tu wszechobecna – jakby morderstwo było prawem naturalnym, równie nieodłącznym od tej ziemi jak spopielający myśli żar lub piaskowe burze. Absurdalna przemoc jest regułą powieściowego świata McCarthy’ego, a śmierć jego jedyną rozpoznawalną zasadą. To obóz koncentracyjny obleczony w rekwizyty z westernu. McCarthy zabiera nas w wędrówkę po najniższym kręgu człowieczeństwa. Istota ludzka zdegradowana jest tu do najprostszych odruchów, sprowadzona wyłącznie do poziomu ciała, żywej lub – częściej – martwej materii, tak czy owak napoczętej już przez śmierć. Niczego poza ciałem, zdaje się twierdzić pisarz, nie da się w człowieku uświadczyć.
Być może dlatego niemal wszyscy bohaterowie powieści to jednowymiarowe istoty, płaskie jak kartki papieru i tak samo łatwo zamieniające się w popiół. Zdecydowana większość postaci pojawiających się na kartach książki to wytrzebione kukły, które pojawiają się niczym „sylwetki poruszające się po papierowym horyzoncie o zmierzchu” i zaraz znikają w pustynnych ciemnościach, częściej jednak w trąbie powietrznej śmierci.
Nawet Dzieciak, pozbawiona imienia istota, która towarzyszy nam od pierwszej strony i choćby z tego powodu można ją wziąć przez pomyłkę za pierwszoplanowego bohatera książki, nie ma w sobie żadnego indywidualnego rysu. Ma być everymanem, kimś zaplątanym w ten świat przez przypadek, tak jak i cały tłum otaczających go straceńców, którzy „skrępowani pętami najsurowszego przeznaczenia” prowadzą żywot wegetujących zwierząt: „Byli półnadzy, ssali zęby, pociągali nosami, wiercili się i iskali jak małpy”. Oddział łowców skalpów, do którego przystaje Dzieciak, faktycznie przypomina stado zwyrodniałych drapieżców; pozostawia za sobą „poranione nagie ciała jak ofiary eksperymentów chirurgicznych [...] wpatrzone martwym wzrokiem w niebo nad pustynią”. Ta banda obłąkańców niesie za sobą masakrę, ich drogę znaczą oskalpowane trupy, błąkają się po pustkowiu, urządzając jedną przypadkową rzeź za drugą. Nie ma w ich działaniach żadnej celowości, żadnego planu, żadnej logiki, może poza paradoksalną logiką zbrodni. Są jak siły ciemności, apokaliptyczni jeźdźcy: „siedzieli w sztywnych od krwi ubraniach, liczyli skalpy i zatykali je na kije, granatowoczarne włosy zmatowiałe i lepkie od zakrzepłej posoki”.
Prowadzi ich sędzia Holden, najbardziej tajemnicza, a jednocześnie centralna postać Krwawego południka. Bo to nie Dzieciak jest bohaterem książki, kluczem do jej zrozumienia; Dzieciak pełni jedynie rolę przypadkowego przewodnika wiodącego nas ku Holdenowi, który jest faktycznym motorem powieściowego świata.
Kim jest ta tajemnicza, pozbawiona przeszłości istota, która traktuje śmierć z zastanawiającą dezynwolturą? Pojawia się znikąd – oddział spotyka go na środku pustyni, siedzącego na kamieniu nieruchomo jak przeznaczenie. Ten „wielki łysy archimandryta” jest przewrotny i okrutny, a niekiedy wydaje się wprost obłąkany, co nie jest zresztą czymś wyjątkowym w świecie, którego budulcem wydaje się piasek, krew i wypolerowane przez wiatr kości. Nie ma żadnej przeszłości: „Ktokolwiek pragnąłby poznać jego dzieje [...] nieuchronnie stanąłby ciemny i głupi na skraju otchłani bez kresu i początku”. Dzieciak charakteryzuje go następująco: „Ty jesteś nikim”, a sędzia nie zaprzecza temu domysłowi. Sam siebie nazywa „suzerenem” tej krainy i traktuje ją jako swą własność, ba, swoje dzieło: „wydawał się bardzo zadowolony ze świata, jakby przy jego stworzeniu zasięgnięto jego rady”. Jest zatem współtwórcą tego spływającego złem miejsca; swoją ciemną mową, w której nie brak absurdalnych, zważywszy na okoliczności, odniesień do filozofii, rozprawia o jego bezwzględnych prawidłach. I z powagą należną prorokom jest wysłuchiwany przez krwawą trupę mężczyzn, lepiej obeznanych ze śmiercią niż życiem, którzy ciągną za nim jak opętani wyznawcy samozwańczego boga; „wyglądali jak wysłannicy jakiejś niewiadomej sekty, którzy próbują przeciągnąć na swoją wiarę stworzenia tej krainy”. To nie człowiek z krwi i kości, ale demon pustyni, zwodziciel, który wiedzie swoich wyznawców w przepaść śmierci. Można więc uznać Sędziego za Księcia Tego Świata, Pana Ciemności – a jeśli tak go potraktować, pozostaje jeszcze zdobyć się na konsekwencję i wyciągnąć z lektury niezbyt budujące wnioski.
Nie pomoże nam w tym niestety znany z niechęci do egzegezy własnych dzieł McCarthy. Ostatecznie jednak pisarz nie jest zobowiązany, by się ze swoich zamierzeń tłumaczyć, a i intencja autora nie jest przy interpretacji książki najważniejsza. Powieść po wydaniu pulsuje własną, niezależną od twórcy prawdą – zaś prawda Krwawego południka jest nie do przyjęcia.
Dzieło McCarthy’ego przeraża i dezorientuje. Rzadko bowiem spotyka się opowieści tak okrutne, równie bezwzględnie trzebiące świat z wszelakiego ładu. Szczerze mówiąc, trudno mi sobie przypomnieć książkę, w której zło poczynałoby sobie tak swobodnie, tryumfowałoby równie bezapelacyjnie. Krwawy południk kryje w sobie porażającą wizję egzystencjalną, przypomina wykład jakiejś ciemnej filozofii, której twórca chciałby wymazać ze świata wszelkie ślady sensu i znaczenia. Życie jest wedle McCarthy’ego skurczem przypadku, a świat to „monstrualna maszyna do mielenia istnień”, ewentualnie „sztuczka z kapeluszem w lunaparku, majaki w malignie, trans zaludniony chimerami [...] wędrowny karnawał, objazdowy cyrk, którego ostateczny cel [...] jest niewymownie tragiczny, tragiczny ponad wyobrażenie”. W tym doszczętnie skażonym miejscu nie ma prawideł, nie ma zasady, choćby ukrytej, której odczytanie przyniosłoby wiedzę, jak w nim postępować i czego się spodziewać. Przypadek, absurd i okrucieństwo – to nie jest świat ani dla starych, ani dla młodych ludzi; „pustynny wiatr obsypie ich szczątki solą i nie zostanie nic, ni duch, ni pieśniarz, który opowiedziałby [...] jak to się stało, że w tym miejscu żyli ludzie i tutaj pomarli”.
W końcu ostatnie słowo należy i tak do Sędziego: „Ta pustynia, na której tak wielu zostało pognębionych, jest bezmierna i woła o wielkość serca, ale w ostatecznym rachunku jest pusta. Twarda i jałowa. Jej tworzywem – kamień”.
Ciężki trud wskrzeszania
Cormac McCarthy
STRAŻNIK SADU
W książkach Cormaca McCarthy’ego, które dotychczas ukazały się w Polsce, amerykański pisarz zajmował się zwykle eksplorowaniem mrocznego pogranicza tego, co ludzkie; obszarów, gdzie prawa cywilizacji zostają zawieszone, a logika wydarzeń ma swoją osobliwą – i krwawą – dynamikę. W Krwawym południku czy Drodze McCarthy osadzał swych bohaterów w zaiste nieludzkich scenografiach – te apokaliptyczne światy są pułapkami na żywe istoty, nigdy niezapełniającymi się masowymi grobami, ludzie natomiast wydają się przybyszami z innego wymiaru, osadnikami na brzegu nowego i nieznanego kontynentu, ciągle zagrożonymi przez to, co czai się poza linią wzroku.
Dla tych, którzy, jak ja, spodziewali się kontynuacji tych wątków, Strażnik sadu będzie zaskoczeniem. Powieść przedstawia bowiem inne oblicze pisarza, jej ton jest zgoła odmienny od tego, który McCarthy serwował nam dotychczas. Tym razem bowiem autor nie potraktował literatury jako narzędzia przerażenia, nie wypalił w stworzonym przez siebie świecie znaku diabelskiej ingerencji. Wprawdzie ponownie wypuścił się na wędrówkę w krainę zmarłych, ale tym, co różni tę podróż od wcześniejszych, jest fakt, że autor nie zabiera nas – jak zwykł to czynić – na ciemną stronę ludzkiej natury, lecz w kierunku przeszłości. I nie czyni tego, by dowodzić, że miejsce, w którym żyjemy, znajduje się we władaniu działającego aktywnie Zła. Strażnikowi… patronuje cel inny, choć może ambitniejszy – autor próbuje tu dzieła wskrzeszenia, sztuczki, która powodzi się rzadko, i to raczej postaciom pozostającym w dobrych stosunkach ze Stworzycielem.
Strażnik sadu to zatem nie traktat na temat natury świata, lecz epitafium poświęcone temu, co pożarło przemijanie; mikrokosmosowi twardych i surowych jak otaczające ich góry ludzi, zagubionych gdzieś w pustkowiu Tennessee i trochę jakby w czasie, bo mimo że akcja powieści usytuowana jest w latach trzydziestych XX w., w czasach prohibicji, to rytm istnienia bohaterów wyznacza raczej wielkie koło natury niż ludzki zegar. „Już odeszli. Uciekli wygnani w śmierć lub na obczyznę, straceni, zagubieni. Słońce i wiatr wciąż wędrują nad ową krainą, aby palić i kołysać drzewa, trawy. Żaden awatar, potomek ni ślad nie pozostał po tym ludzie. Na ustach obcej rasy, która dziś tam mieszka, jego imiona są mitem, legendą, prochem”.
Temat to nie jedyna nowość, z jaką mamy w Strażniku… do czynienia. O ile zwykle McCarthy wiedzie nas przez swe makabryczne wizje prostym, dobrze ubitym traktem linearnie zbudowanej opowieści, to w Strażniku… kluczy, dezorientuje, nie dopowiada, burzy ciągłość, zawraca. Ten świat domaga się od czytelnika złożenia, wyszukania związków pomiędzy jego poszczególnymi elementami. Tropy bohaterów zacierają się bowiem, rozchodzą i trzeba sporego wysiłku, by połączyć ich ślady ze sobą, scalić w jedną historię. Jednak wbrew pierwszemu wrażeniu – które, trzeba przyznać, dość szybko ogarnia odbiorcę i towarzyszy mu przez większość powieści, nie pomagając w odbiorze książki – jej fabuła poprowadzona jest precyzyjnie i mimo że przez dłuższy czas niewiele na to wskazuje, ostatecznie domyka się tak, że przypomina to sztuczkę origami – plątanina losów, które zachodzą na siebie, by ostatecznie złożyć się na obraz niewielkiej, zamkniętej między górami społeczności. Przy czym, jak zwykle w przypadku tego autora, można by rzec, świat ten opowiedziany jest niezwyczajnie subtelnym, eleganckim, choć i surowym językiem; liczne i mocno spowalniające narrację opisy tchną pięknem księżycowego krajobrazu, chłodnego i odległego.
Ludzie i natura sprzężeni są tu ze sobą ściśle, co nie znaczy, że z korzyścią dla człowieka. Strażnik sadu nie hołduje bowiem cieplarnianej – i jakże popularnej wśród mieszczuchów – wizji, którą skaził nasz świat Rousseau – powrotu do natury, odnalezienia w przyrodzie utraconego raju. Ten świat jest surowy, zimny i brudny – i tacy są zespoleni z nim ludzie, którzy nie tyle go podbijają, co koczują na jego brzegach, usiłując się dostosować do podyktowanych im warunków. Świat, mówi McCarthy w Strażniku…, nie jest areną do indywidualnych popisów, lecz miejscem obojętnym na poszczególne istnienie, miejscem powolnego przechodzenia istnień z jednego stanu skupienia – materii organicznej, w inny – minerału. „Okrycie ziemską skorupą umarli z wolna toczą codzienną trasą ziemskie koło i nie burzy im spokoju zaćmienie, asteroida ani rozprysła w proch supernowa. Ich kości plami pleśń, a komórki szpiku krucho kamienieją. Umarli o palcach w oplocie korzeni toczą koło w całkowitej jedni z Tutem i Agamemnonem, z nasieniem i tym, co nienarodzone”. McCarthy mówi o przemijaniu ludzkiej pojedynczości, właściwie nawet nie tyle specyficznie ludzkiej, co pojedynczości – tego wymysłu człowieka – w ogóle; mówi o jedności nie w życiu, lecz w śmiertelnym zrównaniu.
Strażnik sadu to dowód na to, jak ważne jest, by rozpocząć przygodę z jakimś autorem od właściwej książki. Gdyby był pierwszą powieścią McCarthy’ego, która wpadła mi w ręce, doprawdy nie mam pewności, czy sięgnąłbym po Krwawy południk lub Dziecię boże.
Brakuje mi w nim bowiem elementów, które stanowiły o wielkości jego wcześniej wydanych książek – intensywności, porażenia, emocji. To proza piękna i subtelna, ale nieco pozbawiona życia. Jako dopełnienie dzieła amerykańskiego prozaika Strażnik… spełnia swoją rolę znakomicie, ale arcydziełem, w przeciwieństwie do kilku innych powieści tego autora, nie jest. Robiąc zatem w jakiejś nieokreślonej przyszłości kolejną rundę po świecie McCarthy’ego, Strażnika sadu prawdopodobnie pominę – zbyt wiele jest ważniejszych książek, które dopominają się mojej uwagi, bym jeszcze kiedyś zagłębił się w ten zagubiony świat, który kołysze się na skraju nieistnienia.
Tekst ukazał się pierwotnie w artPapierze.
Cormac McCarthy TO NIE JEST KRAJ DLA STARYCH LUDZI
Cormac McCarthy
TO NIE JEST KRAJ DLA STARYCH LUDZI
Kiedy mówię cokolwiek o tym, że świat się stacza do piekła. ludzie tylko się uśmiechają i twierdzą, że się starzeję.Z powieściami, których ekranizację widziałem, zanim sięgnąłem po książkę, mam nieodmiennie problem, niezbyt zresztą, jak sądzę, oryginalny: film, niezależnie od swej jakości, nachodzi na nie cieniem, przyobleka bohaterów w nachalne twarze aktorów. Dlatego preferuję kolejność: najpierw lektura, później film i rzadko zdarza się, bym ją zmienił. Ale dla Cormaca McCarthy’ego warto zrobić wyjątek, choćby w oczekiwaniu na jego Strażnika sadu.
Że To nie jest kraj dla starych ludzi ma intrygę godną dobrego czarnego kryminału, udowodniła już świetna, jakże niemodnie tradycyjna w swej wierności oryginałowi ekranizacja braci Cohen. Ale choć po obejrzeniu tego dzieła fabuła powieści zaskoczyć nas nie może, to właśnie konfrontacja tekstu z obrazem, nawet tak udanym jak w tym wypadku, dowodzi, jak ograniczonym w stosunku do literatury medium bywa film, gdy przychodzi mu wyjść poza ramy spektaklu i zmierzyć się z psychologią swoich bohaterów.
„Istnienie diabła tłumaczy wiele rzeczy, które inaczej trudno wytłumaczyć. Przynajmniej mnie byłoby trudno” – mówi detektyw Bell, główny bohater powieści. I choć jako niedoszły polonista oczywiście pamiętam, jaką literaturoznawczą zbrodnią jest utożsamianie autora z bohaterem, to trudno mi, zwłaszcza w kontekście innych powieści McCarthy’ego, nie traktować tych słów jako przepustki do autorskiej intencji. Jest bowiem w tej prozie coś z gnostyckiego zaprzeczenia wartości Stworzenia -niekłamane przerażenie naturą świata, a jeszcze bardziej naturą człowieka. Ziemia to dla amerykańskiego twórcy miejsce toczone przez deprawację, oddane złu, czy może raczej Złu, zważywszy na to, z jakim uporem autor Drogi konstruuje postaci posiadające doprawdy diabelskie rysy.
Mc Carthy pisze w manierze nieczęstej we współczesnej, zorientowanej na zabawianie czytelnika literaturze. Pod fatałaszkami rodem z westernu czy kryminału kryją się bowiem powieściowe traktaty o naturze świata. Że to nie tylko spływające krwią opowiastki, ale mroczne przypowieści dowodzi choćby to, że pisarz w swoich fabułach umieszcza nie tyle (i nie tylko) żywych ludzi, co postacie o sile wyrazu symboli, protagonistów dobra i zła.
Tak jak w Krwawym południku spersonalizowanym Złem jest sędzia Holden, tak w powieści sfilmowanej przez braci Cohen jego odpowiednikiem, wspólnikiem w dziele ciemności zdaje się kolejna demoniczna postać, Anton Chigurh. Już samo jego nazwisko nasuwa na myśl jakiegoś okrutnego bożka z indiańskiego panteonu. Wrażenie to potęgowane jest przez fakt, że ten płatny zabójca nazywany jest przez zleceniodawców „niewidzialnym”. Nawet jego broń – pneumatyczny pistolet do zabijania bydła – ma w sobie coś nieludzkiego. To istota o wydrążonej duszy, skoligacona ze śmiercią, powodowana osobliwą logiką zabójstwa, „prawdziwy” demon zła, jak go określa jeden z bohaterów powieści. „Ludzie, których odwiedza, nie cieszą się długo przyszłością”.
W To nie jest kraj dla starych ludzi mamy klasyczne, wręcz paradygmatyczne starcie dobra i zła. Przypominający ducha Chigurh, który rozpływa się i krystalizuje w dowolnym miejscu, który wymyka się ludzkim kategoriom rozumowania, skonfrontowany jest z podstarzałym, do cna ludzkim w swej słabości detektywem. „Mam bronić czegoś, w co nie wierzę, choć niegdyś wierzyłem. Mam wierzyć w coś, w co niegdyś wierzyłem, ale już nie wierzę” – wyznaje Bell. Ten antybohater, ględzący i pozbawiony ikry policjant na progu emerytury jest postacią tragiczną niczym postaci z Camusa: nie jest herosem, ale myśli w sposób heroiczny. Nie ma w nim żadnej skłonności do splendoru poświęcenia, a jedynie bezbrzeżne zmęczenie, bezradność, brak nadziei i strach – zestaw cech jakże niegodny amerykańskiego policjanta, tego symbolu niezłomności. Brak mu choćby minimum przekonania, że to co robi, może zmniejszyć w jakimkolwiek stopniu ilość występku na świecie, a mimo to spełnia swój obowiązek.
I dlatego to bohater absolutnie godny tego, by stanąć po jego stronie w tym nieomal biblijnym konflikcie. O ile rzecz jasna nie przeszkadza nam jeden drobiazg – Bell skazany jest na porażkę. McCarthy sprawia bowiem wrażenie, jakby czerpał przewrotną przyjemność z zawodzenia oczekiwań czytelnika, ba, zaprzeczania im. Jeśli konstruuje postać, której warto kibicować w jej próżnych, i dlatego bohaterskich, zmaganiach ze światem, możemy być pewni, że jej (a więc pośrednio i naszym) udziałem będzie klęska. „Na tej planecie jedna rzecz jest pewna, a mianowicie to, że szczęście nie wali drzwiami i oknami”. Wizja to wyrazista i raczej nieprzyjemna, a zwłaszcza niepopularna w tym ogłupionym wymogiem optymizmu i samorealizacji świecie.
Jeśli literatura ma jakąś praktyczną wartość, jest nią szansa na poszerzenie wiedzy na własny temat. Nie dlatego, że miałaby w nas cokolwiek zmieniać, przyczyniać się do naszego uszlachetnienia. Bez przesady, jeśli nie powiodło się mamie i tacie, marne widoki, że powiedzie się słowu. Ale nasze lektury, zwłaszcza te, które zapamiętujemy, są śladem po nas samych, odzwierciedlają nasze przemiany, rejestrują zrzucanie starej skóry i oblekanie się w nową. Dlatego coś musi znaczyć, że coraz rzadziej moją sympatię wzbudzają krzepcy, pełni wigoru bohaterowie rodem z Millera czy Bukowskiego, te egzystencjalne lodołamacze, a coraz większym zrozumieniem darzę stare zrzędy, które noszą swoje życie jak powycierany płaszcz. Czy to przejaw żegnania się z pierwszą albo i drugą młodością? A może tylko wyraz zdrowego rozsądku (choć ryzykownie jest się o niego podejrzewać)?
„Myślę, ze wszyscy jesteśmy źle przygotowani do tego, co ma nadejść. Nieważne co. I przypuszczam, że cokolwiek nadejdzie, trudno nam będzie z tym wytrzymać”.




