Doczytania. Blog Grzegorza Krzymianowskiego

„pisarz nie potrafi zmienić świata, nie może nawet uczynić go gorszym” (I.B.Singer)

Mężczyźni, którzy nienawidzą mężczyzn

Ian McEwan

Solar


Mężczyźni – jak wiemy, między innymi dzięki światopoglądowej ofensywie, z wolna acz nieubłaganie zmieniającej nasz świat w eden emancypacji i równych szans – to żałosne, godne pogardy lub współczucia indywidua, zatruwające świat swymi obsesjami, zaborczością, chorobliwymi ambicjami i niekompetencją. Co jednak ciekawsze, pod wpływem ruchu uznającego kobiety za najliczniejszą – i najbardziej uciśnioną – mniejszość świata niektóre samce, zwłaszcza co mniej odporne na sugestie, za to bardziej niż inne wrażliwe, zwróciły się przeciw sobie i zaczęły postrzegać własną płeć jako siedlisko wszelkiej zarazy, źródło większości plag nawiedzających ludzkość. Ostatecznie, czy znają Państwo stworzenia plwające na siebie z większym samozaparciem niż pełni dobrych intencji mężczyźni, którzy przekonani o wielowiekowych przewinach swoich ziomków wobec kobiet robią wszystko, by odkupić je za pomocą masochistycznych kajań?

Pisarze, zasadniczo predysponowani do przydawania sobie cierpień na własną rękę, są do podobnej roli wprost stworzeni; czytając zaś Solar, nie sposób opędzić się od wrażenia, że i autor Pokuty lekcję dręczenia męskiego ducha odrobił naprawdę pierwszorzędnie.

Bohater najnowszej powieści Iana McEwana, niejaki Michael Beard, to bowiem karykatura męskości – pozornie zdobywca i tryumfator, noblista w dziedzinie fizyki, w rzeczywistości żałosne indywiduum, toczone przez „mentalną apatię, poczucie pustki, pełne niepokoju znudzenie”. Żadna tam ostoja, raczej zestaw samczych słabości, typ ze wszech miar żałosny, miotany niepewnością i poczuciem bezsensu swoich wysiłków, klasyczny przykład chorobliwego symulanta – udaje swoje życie, udaje uczucia, udaje przekonania. Dlatego prawdopodobnie ma skłonność do postanowień charakterystycznych dla ludzi permanentnie reperujących swoją egzystencję; „uzmysławiał sobie, że jego życie jest puste i że musi zacząć od nowa, wziąć się w garść, schudnąć, wrócić do formy, a w przyszłości żyć prościej, w sposób bardziej zorganizowany”. Jego stosunki z kobietami to, jak sam mówi, bajzel; pięć małżeństw wydaje się niebagatelnym dowodem, że trudno mu się z nimi ułożyć, zwłaszcza na dłuższym dystansie. Dodatkowo Beard, mimo trzech podbródków i kaczego chodu, wciąż nie może doczekać się dojrzałości. „Zawsze przypuszczał, że w okresie dorosłości przyjdzie taki moment, coś w rodzaju plateau, gdy wreszcie nauczy się sztuki radzenia sobie czy też po prostu funkcjonowania. […] W ciągu tych wszystkich lat taka chwila nie nadeszła, nie było żadnego plateau, a mimo to Beard wierzył […] że to już niedaleko, na następnej prostej, że jeszcze odrobina wysiłku i przekroczy metę, a wtedy jego życie stanie się łatwe, umysł zaś wolny, i wreszcie zacznie się prawdziwe dorosłe życie”.

Kto zatem darzy sympatią defetystów, których istnienie zamienia się w grę z życiem i ciąg sztucznych gestów, powinien być tą postacią zachwycony; ale u osób myślących o życiu naprawdę poważnie, zwłaszcza – nie potrafię się wyzbyć tego wrażenia – czytelniczek, bohater Solara musi wywołać pogardliwe wydęcie warg. Jedno wszak wydaje się pewne – niezależnie od tego, w jaki sposób reaguje się na podobne istoty, ułożone z życiem tylko pozornie, w gruncie rzeczy natomiast wciąż robiące uniki, czytając ostatnią powieść McEwana, łatwo wyzbyć się kompleksów. Autor, ewidentnie nadużywając swej uprzywilejowanej wobec własnego bohatera pozycji, pastwi się nad nim w iście chaplinowskim stylu, jakby bawiła go rola złośliwego demiurga – plagi, które spadają na Bearda, przypominają bowiem zemstę jakichś wściekłych azteckich bogów.

Cenną właściwością Solara jest fakt, że jej autor powziął najwidoczniej zamierzenie zagrania na nosie szerokiemu spektrum odbiorców; tym, którzy mają ambicje wprowadzania dyktatury lewicowej politycznej poprawności, wszelkiej maści naukowcom, traktującym swe profesje z parareligijną powagą, i nadętym humanistom.

Obranie sobie za bohatera fizyka, który podejrzewa „humanistykę o jeden wielki bluff”, to dobry pretekst, by poużywać sobie na tej podejrzanej – zwłaszcza ze współczesnego punktu widzenia – gałęzi wiedzy. Beard drwi sobie z humanistów bez umiaru, uważając dziedziny, którymi się zajmują, za tanie oszustwo, rodzaj hochsztaplerki, mającej przydać znaczenia intelektom nie dość rozwiniętym, by zajmować się czymś poważnym. „Beard i jego koledzy siedzieli na wykładach i brali udział w ćwiczeniach laboratoryjnych codziennie od dziewiątej rano do piątej po południu, mierząc się z najtrudniejszymi koncepcjami, jakie kiedykolwiek stworzył umysł. Tamci, humaniści, zwlekali się z łóżek w południe, żeby pójść na któreś z dwóch seminariów w tygodniu. Podejrzewał, że nie rozmawiali o niczym, czego ktokolwiek z połową mózgu nie mógłby zrozumieć. […] Mimo to te leniuchy odnosiły się do niego z wyższością”. To ciekawa, choć niezbyt oryginalna refleksja – czy my, tzw. humaniści, nie czujemy gdzieś w głębi ducha, że paramy się blagą, że jesteśmy niezbyt wprawnymi sztukmistrzami, cynicznie i w imię wyimaginowanego znaczenia podkreślającymi wagę przedmiotu naszych zainteresowań?

Nade wszystko jednak celem satyry McEwana jest „postmodernistyczna widownia wyczulona na wszelkie odchylenia od słusznej linii”, śmiertelnie poważna i gotowa do sekowania tych, którzy ośmieliliby się kwestionować światopoglądowe fundamenty lewicującej inteligencji, odmawiającej zamiast porannego paciorka mantrę o globalnym ociepleniu i kulturowych źródłach różnic międzypłciowych, przy okazji zaś biegłą w zamienianiu swych poglądów w dotacje i granty dla różnego rodzaju fundacji promujących owe szczytne idee.

Nie zawsze poczucie humoru jest tu subtelne, niekiedy bywa wręcz dosadne, czego dowodzą choćby perypetie Bearda z odmrożonym przyrodzeniem, które przymarza mu do rozporka. Żeby dowiedzieć się, że penis odgrywa pewną rolę w życiu mężczyzny, a perspektywa jego utraty może wywoływać gwałtowne reakcje u tego, kto podobną okolicznością jest zagrożony, nie trzeba sięgać rzecz jasna do literatury. Ale fakt, że w obliczu podobnego nieszczęścia Beard „po raz pierwszy w swoim życiu zaczął się zastanawiać, czy ludzkie życie ma sens i czy kierują nim jakieś wyższe istoty”, wydaje się dowodzić, że warto to niekiedy zrobić.

Ian McEwan jest w Solarze naprawdę w niezłej formie. Nie jest to może najbardziej odkrywcza rzecz, jaka wyszła spod pióra angielskiego twórcy, nie ma zatem sensu oczekiwać od niej, że zrewiduje jakieś estetyczne przyzwyczajenia czy przyniesie literackie epifanie; zresztą, czy kiedykolwiek autor Na plaży Chesil zdradzał się z podobnymi ambicjami? Jego ostatnia książka jest jednak – jak zwykle, chciałoby się rzec – powieścią bardzo solidną, mocno osadzoną w anglosaskiej tradycji realistycznej, dbającej o wiarygodność bohaterów i psychologiczne prawdopodobieństwo. To rzecz dobrze odmierzona, precyzyjnie poprowadzona, mocna konstrukcyjnie i rzetelna.

Dobrze jest od czasu do czasu zanurzyć się w stary, dobry i sprawdzony po wielokroć realizm, historię pozbawioną elementów fantastycznych, choćby po to, by przypomnieć sobie, że literatura to niekoniecznie domena erupcji wyzwolonej autorskiej fantazji i że realizm nie zawsze musi być magiczny, aby nie powodował ostrych objawów narkolepsji. A że Solar nie funduje nowatorskich rozwiązań? Nie ma co liczyć, że wciąż będziemy zaskakiwani – literatura to nie posezonowe wyprzedaże. Oryginalność, tak w prozie, jak i w tzw. prawdziwym życiu, jest towarem deficytowym, a wbrew temu, co myślimy o własnej niepowtarzalności, istnieje tylko ograniczona liczba wariantów ludzkiego losu. Należymy do gatunku patologicznych naśladowców – powtarzamy siebie i powtarzamy innych, zwykle odkrywamy na nowo, dla siebie samych, wyłącznie to, co z dawien dawna zgrane.

Wobec tej niezbyt budującej perspektywy literatura nie musi jednak pozostawać całkowicie bezradna – wprawdzie nie ma sensu oczekiwać, że będzie otwierała nam nieustannie nowe przejścia, ukazywała niezauważone wcześniej widoki, ale zawsze można od niej oczekiwać drobnego przesunięcia akcentów, dobrego rzemiosła i – po prostu albo aż – przyjemności płynącej z możliwości zagłębienia się w światy nieobarczone ryzykiem osobistych niepowodzeń.

Tekst pierwotnie opublikowany w Literatkach, dokąd zapraszam.

A tutaj interesująca recenzja, która omawia książkę od trochę innej, nieco poważniejszej strony.

12 Wrzesień 2011 Posted by | lektury nadobowiązkowe, literatura anglojęzyczna | | 2 komentarzy

Raczej spełniona obietnica

Ian McEwan

Czarne psy

Istnieją autorzy, którzy gwarantują, że rozbudzone ich nazwiskiem nadzieje nie zostaną okupione gorzkim rozczarowaniem po zakończonej lekturze ich kolejnego utworu. Do tego niezbyt szerokiego grona zalicza się z pewnością Ian McEwan, autor wydanych właśnie przez wydawnictwo Albatros Czarnych psów. Nawet jeśli nie dostajemy do rąk arcydzieła, które długo będziemy wspominali, mamy chociaż gwarancję, że zainwestowaliśmy czas co najmniej przyzwoicie.

Czarne psy to powieść bardzo porządna, dowodząca świetnego opanowania pisarskiego rzemiosła. Styl McEwana jest niezmiennie elegancki, można rzec – dystyngowany, jego skrępowaną w karbach żelaznej dyscypliny prozę czyta się szybko, płynnie, niekiedy wręcz zbyt gładko. Angielski pisarz nie należy bowiem do twórców, którzy pozwalaliby ponieść się żywiołowi języka lub toczyli wojnę ze słowami, by wydobyć z nich niezwyczajność. Wypracowany przezeń styl, powleczony werniksem melancholii, sprawia, że łatwo zanurzyć się w świecie jego powieści i wydobyć na brzeg rzeczywistości dopiero po ostatniej stronie.

Jedyny problem z tą powieścią wiąże się z literacką teorią względności; w końcu największym przeciwnikiem nowo powstałej książki – zwłaszcza gdy ta wychodzi spod ręki bardzo dobrego pisarza, a takim McEwan jest z całą pewnością – są wcześniejsze, bardziej udane dzieła tego samego autora. A kiedy ma się w pamięci Na plaży Chesil czy Amsterdam, to Czarne psy sporo ze swego uroku tracą. Nie znajdziemy w nich bowiem emocjonalnej intensywności charakterystycznej dla najlepszych dzieł autora Pokuty. McEwan, jak nigdy, ślizga się po powierzchni psychicznego życia swych bohaterów i trzyma czytelnika na dystans. Poza tym zanadto chyba przyzwyczaił odbiorców do precyzji, z jaką tworzy fabułę i splata ze sobą losy bohaterów, by mogło nie rzucać się w oczy, że konstrukcyjnie „Czarne psy” nieco mu się rozłażą. Te odłamki przeszłości nie zawsze się niestety o siebie zazębiają, na dodatek niektóre fragmenty sprawiają wrażenie niewykończonych, niepogłębionych czy wręcz przypadkowych.

Oczywiście, jeśli się chce, da się to wytłumaczyć faktem, iż powieść traktuje o przeszłości – przeszłość i to, co się z nią zdarza w naszym umysłach, jest ważnym tematem tej książki – i choćby dlatego zachowuje jej fragmentarycznych, niepełny charakter. Jednak od powieściopisarzy – nawet tych hołdujących zasadzie realizmu – raczej nie oczekujemy, że swymi tworami będą powtarzali banał życia, mnożyli pospolitość codzienności, lecz że ten banał, tę mało przejrzystą pospolitość, w którą zamienia się zwykle nasza egzystencja, przerobią w historię – wykończoną i zwartą, prowadzącą nas od jakiegoś początku do jakiegoś końca.

W Czarnych psach dyscypliny właściwej dobrze opowiedzianym historiom nieco brakuje, ale i tak zwolennicy autora doszukają się w powieści powodów do satysfakcji. McEwan jest tu, jak zwykle, pisarzem codzienności, prozaicznych dramatów, w które obfituje życie. Przy czym jego bohaterowie nigdy nie wirują w pustce teraźniejszości, by odegrać przed nami sceniczny dramat. Pisarz starannie obudowuje swoje postacie w biografie, zakorzenia je głęboko w przeszłości, która odciska na nich swe nieusuwalne piętno.

Choć głosu autor udziela głównie innemu człowiekowi pióra, Jeremy’emu, nie on jest główną postacią książki. Pełni raczej funkcję skryby zapisującego losy innych. Faktycznymi bohaterami powieści są bowiem rodzice jego żony – June i Bernard – których historie spisuje, czy też raczej bada, tak jak bada się zaginione cywilizacje z wygrzebanych z ziemi skorup. Nie tyle jest więc biografem, co archeologiem; to, co bowiem słyszy od dwójki bohaterów, przypomina właśnie porozrzucane szczątki wspomnień i ułamki pamięci. A zbierając je do kupy, narrator zamienia się w kronikarza rozpadu związku dwojga ludzi, którzy zanim zdążyli na dobre zespolić swoje losy, zostali już rozdzieleni traumatycznym zdarzeniem, mającym miejsce tuż po ich ślubie.

To smutna powieść, bo jej tematem jest między innymi proces, który sprawia, że „nałóg, szaleństwo, tajemna egzystencja” zamienia się w niemożność wspólnego życia. Paradoksalnie, uczucie dwojga bohaterów zmienia się w atrapę, w puste gesty i „oczekiwane słowa zachwytu”, „zwykle wyrazy nabożnego podziwu” podczas poślubnej podroży po francuskich górach, już nazajutrz po tym, jak „zgodzili się, że tutaj w końcu nastąpiło prawdziwe dopełnienie”.

Decydującym o ich przyszłym życiu momentem jest spotkanie June z tytułowymi czarnymi psami podczas górskiej wycieczki. Ta dramatyczna scena poprzedzona jest jakimiś niejasnymi, jak to zwykle z nimi bywa, przeczuciami, ostrzeżeniem, które pojawia się w jej myślach pod postacią obrzydzenia na widok pięknego górskiego krajobrazu; nagle „nieposkromiona natura zdawała się chaosem, straszliwym przypomnieniem fatalnej pomyłki”. McEwan przygotowuje nas na spotkanie ze złem, wprowadza nas w grozę, by zaraz potem postawić swą bohaterkę, a czytelnika wraz z nią, naprzeciw nie tyle zdziczałych zwierząt, rozmiarami przypominających „antyczne bestie”, co potężnego symbolu. Z tą intencją McEwan zresztą niespecjalnie się kryje: „Ich widok był pełen znaczeń” – odnotowuje narrator i dodaje, że zwierzęta te „były psami tylko w ogólnym zarysie”. Nic zatem dziwnego, że stanąwszy z nimi oko w oko, „June pomyślała o duchach”.

Jest to chwila, w której wszystko naraz się przemienia: to sam na sam ze śmiercią wyzierającą z przekrwionych oczu bestii sprawia, że w June coś się nagle załamuje – nie tylko nadzieja na życie u boku ukochanego mężczyzny, któremu nie wybaczyła „nieobecności w krytycznym momencie”, ale i racjonalistyczny światopogląd, który w niedługim czasie zamieni na dość trudną do zakwalifikowania duchowość. Jest to też zdarzenie, które rozdziera życie młodego małżeństwa na dwie nierówne części; tę przed, niewinną oraz wypełnioną ufnością, i tę po – kiedy pojawia się między nimi pusta przestrzeń niedopowiedzenia. Jak bowiem rozmawiać o wydarzeniu jak ze złego snu, przerażającym widziadle, które zagnieżdża się w myślach młodej kobiety?

Z jednej strony czarne psy są więc zapowiedzią nieszczęścia młodego małżeństwa, rodzajem klątwy rzuconej na tych dwoje wierzących w postęp, komunizujących i pełnych nadziei ludzi, z drugiej elementem czyniącym z powieści traktat o nieusuwalnym Złu, czyhającym jedynie na dogodną chwilę, by ponownie zapanować nad światem.

W ten sposób Czarne psy są nie tylko realistyczną opowieścią poświęconą procesowi rozkładu uczucia, nie tylko książką o scalającej roli opowiadania – historia ludzi, żeby być naprawdę historią, musi wszakże zostać opowiedziana, spojona przez opowiadającego – ale również, być może przede wszystkim, powieść staje się metaforą, swoistym memento. Ostatecznie czarne psy „wciąż biegną dalej, tam gdzie słońce nigdy nie sięga […] oddalają się, czarne plamy w szarości świtu, niknąc u podnóży gór, skąd powrócą, by nas prześladować – gdzieś w Europie, w innym czasie”.

Tekst pojawił się pierwotnie w artPAPIERZE.

29 Październik 2010 Posted by | lektury nadobowiązkowe, literatura anglojęzyczna | | Dodaj komentarz

   

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.