Nabokov ŚMIECH W CIEMNOŚCI
Zakochani mężczyźni idą do piekła
(a my świetnie się przy tym bawimy)
Vladimir Nabokov, Śmiech w ciemności
Po Nabokova sięgam, gdy najdzie mnie ochota na literaturę w stanie czystym. Dlatego od czasu do czasu robię sobie powtórkę z którejś z jego powieści i nieodmiennie dochodzę do tych samych wniosków – nie ma autora, który bardziej by mnie zachwycał.
Śmiech w ciemności kończy się na dobrą sprawę, zanim jeszcze się zaczynie. Pierwsze zdania powieści brzmią bowiem następująco: „Żył sobie raz w niemieckim mieście Berlinie mężczyzna imieniem Albinus, bogaty, szanowany, szczęśliwy; pewnego dnia porzucił żonę dla młodej kochanki; kochał, lecz nie był kochany; i życie jego zakończyło się katastrofą.”
Autora najwidoczniej bawiła myśl, że już na wstępie odbierze czytelnikowi przyjemność niespodzianki. Ale podejrzewam, że był to cel tylko pośledni. Wydaje się natomiast, że spuszczając do cna powietrze z balonika napięcia, Nabokov zamierzał raczej przymusić odbiorcę, by ten przyjrzał się nie temu, co jest powiedziane, ale jak to zostało zrobione. I pod tym względem Śmiech w ciemności (swoją drogą – świetny tytuł, zważywszy na fakt, że autor wprost kpi sobie z naszych czytelniczych przyzwyczajeń i skłonności) to majstersztyk – poszczególne sceny zaprojektowane są doskonale, a cala powieść przypomina precyzyjny scenariusz.
Życie, a zatem i literatura, pełne są zgranych do cna fabuł, boleśnie powtarzalnych i haniebnie wręcz – szczególnie dla tych, którzy roją sobie o własnej wyjątkowości – pospolitych. Nabokov zaś powraca z lubością do tych podstawowych truizmów, które składają się na tzw. ludzką egzystencję. Zwłaszcza jego wczesne powieści – Maszeńka czy Król, dama, walet -rozgrywają odwieczny schemat ślepej miłości i zdrady. Usprawiedliwia je właściwie jedno – właśnie sposób, w jaki zostały napisane. Ujęty w spektakularną formę banał sam siebie bowiem przekracza i w jakiś tajemniczy sposób staje się sztuką (choć nie przepadam za tym słowem). Ta prozaiczna w gruncie rzeczy historyjka mieni się więc i ożywa przede wszystkim dzięki czarodziejskim zdolnościom autora, a bohaterów powieści od żenującej pospolitości ratuje jedynie Nabokovska fraza i fakt, że pisarz, snując opowieść, co i rusz puszcza oko do czytelnika.
A mimo to, mimo całej konwencjonalności Śmiechu w ciemności, portret mężczyzny, z determinacją i na ślepo (w drugiej części, kiedy traci wzrok, dosłownie na ślepo) brnącego ku swojej zgubie, tylko dlatego że przy swej kochance, cynicznej, wrednej babie, „tracił resztki nieśmiałości, której niegdyś wymagała od jego uścisków nobliwa i delikatna małżonka”, jest cholernie wiarygodny.
Albinus, wyrafinowany znawca malarstwa, ogłuszony zostaje idiotyczną, jakże męską namiętnością do chamki i idiotki o kurewskim usposobieniu. Ona zaś, Margot (wystylizowana przez autora z iście mizoginistycznym zacięciem) staje się w jego oczach pełna „rozbrajających” drobiazgów (tak wszakże nazywamy wady naszych Ukochanych, póki są Ukochanymi), „które w każdej innej dziewczynie wydawałyby mu się prostackie i wulgarne”. Czyż nie znacie takich historii – czy sami nie byliście chociaż raz bohaterami jednej z nich?
Autor Bladego ognia to arcymistrz drobiazgu, a więc i delikatnych poruszeń psyche swoich bohaterów, którzy zmieniają się bez fanfar, ze strony na stronę. Albinus na naszych oczach staje się moralnym potworem, a my ledwie rejestrujemy ten subtelny proces. Więcej – postępowanie tego durnia i jego motywacje wydają się jeśli nie znajome, to zrozumiałe – i nagle staje przed nami niepomny na nic zombie, ogłuszony namiętnością, której nie jest w stanie się sprzeciwić i która prowadzi go do postępków dość nieludzkich.
Nabokov ma nadzwyczajną umiejętność dostrzegania drobnych drgnień rzeczywistości w samym oku cyklonu – kiedy Albinus, po całonocnej seksualnej libacji ze swą kochanką, wraca nadwyrężony do opuszczonego właśnie przez żonę i dziecko domu, Nabokov notuje: „Na łóżku leżały suknie wieczorowe pani domu. Z komody wyciągnięto jedną szufladę. Ze stołu znikł portrecik zmarłego teścia. Jeden róg dywanu się zawinął.” Ten podwinięty róg dywanu wydaje mi się zachwycający – szczegół, którego inni pisarze, zbyt dalekowzroczni, by zdać sobie sprawę, że ludzkie dramaty sklecone są z drobiazgów, nie są w stanie zauważyć. Właśnie ów szczegół, uchwycony w tym, a nie innym momencie, sprawia, że Nabokov jest literackim geniuszem.
Po lekturze tego przesmacznego dziełka nasunął mi się taki oto – wysoce moralny – wniosek: obyśmy, Drodzy Panowie, mieli siłę wytrwać u boku naszych żon, wieloletnich partnerek, w życiu stabilnym i pozbawionym ekscytujących niebezpieczeństw. A jeśli już muszą się nam zdarzać miłostki, niech będą one przelotne, lekkie i nieważkie, kochanki zaś wyrozumiałe i bez ambicji, by umościć się w naszych życiach na stałe. Czego Wam, Panowie, z całego serca (nie) życzę.
Nabokov ŻYWIOŁ JĘZYKA
ŻYWIOŁ SŁOWA
Vladimir Nabokov, KĘS ŻYCIA I INNE OPOWIADANIA
Nie przepadam za zbiorami opowiadań; nie znoszę bowiem uczucia niedosytu, towarzyszącego zwykle dotrzymywaniu kroku kawalkadzie bohaterów, którzy, zanim zdążę poznać ich narowy i słabostki, zanim na dobre się do nich przywiążę, wpadają w przepaść otwierającą się za ostatnią kropką zbyt pospiesznie zakończonego utworu. Nabokova jednak, tego największego emigranta w dziejach literatury, który porzucił swój rodzinny dom – rosyjski – na rzecz tułaczki po angielszczyźnie, traktuję bezkrytycznie i nieco zabobonnie, czyli tak jak powinno traktować się geniuszy.
Oczywiste więc, że zbiór „Kęs życia i inne opowiadania” uważam za rzecz nadzwyczaj smakowitą, choć – to również oczywiste – nie wszystkie utwory zebrane w tym potężnych rozmiarów tomie są skończonymi arcydziełami. Niektóre sprawiają wręcz wrażenie wprawek, literackich ćwiczeń stylu, którym autor „Pnina” urzeka w „pełnometrażowych” dziełach. Zdarzają się tu nawet opowiadania, które wydają się tkwić jeszcze w swej nieociosanej formie, będącej dopiero zapowiedzią lub obietnicą tego, co nadejdzie, gdy autor i jego dzieło osiągną dojrzałość. Ale miłość do konkretnego pisarza ma w sobie coś z zadurzenia nastolatka – kto kocha się na serio, ślepy jest bowiem na drobne skazy obiektu swej adoracji, które mniej ogłupionemu obserwatorowi bez trudu rzucają się w oczy.
Opowiadania te, powleczone melancholią lub przyprószone pyłem śmierci, są do cna Nabokovskie. Ich ton jest zwykle nostalgiczny, pojawiający się na kilka chwil bohaterowie to ludzie zaklęci w przeszłość albo w jakieś nigdy niezrealizowane pragnienie, którzy po tak zwanej rzeczywistości poruszają się raczej niepewnie, jakby po obcym lądzie, gdzie wylądowali przez przypadek lub z powodu jakiejś katastrofy. Katastrofy osobistej lub – częściej – historycznej, bo większość przemykających się chyłkiem przed naszymi oczyma postaci to rosyjscy emigranci, którzy uciekli ze swej ojczyzny przed bolszewikami. Losy bohaterów Nabokova nie są ani specjalnie dobre, ani złe, a najczęściej nijakie. Coś ich zwykle gryzie w zaciszu niepozornych egzystencji, coś, co domaga się dopowiedzenia, lecz rzadko zostaje przez nazbyt dyskretnego autora nazwane. Gdyby jednak szukać jakiegoś dosadnego powodu, byłoby nim po prostu życie – życie z całym jego pospolitym mozołem, inkrustowane tęsknotą za czymś, co czas do cna skorodował. Przeszłość jest tu bowiem szkatułą ze zbyt ciężkim wiekiem; da się je podważyć jedynie na moment, tak że do środka wpada wąska szczelina światła, wydobywając z zapomnienia jakąś twarz lub sytuację.. Te niepozorne postacie żyją więc tym, co minione, więcej – naprawdę żywi są tylko w swojej przeszłości. Teraźniejszość to dla nich zwykle czas zombie, żywych trupów, martwych gestów, do cna fałszywego położenia.
Trudno w tych zbiorze uświadczyć Nabokova ironicznego, złośliwego wobec czytelnika i swych bohaterów niby stara ciotka; autor zabiera nas raczej w długą podroż po ludzkich niedolach, małych i większych, po bolączkach dnia codziennego. To faktycznie „kęs życia”, trochę tylko odkształconego przez czas, który dzieli nas od tych na zawsze uwięzionych w wieczności literatury egzystencji.
Ale poza tą dominującą w tomie nutą, znajdziemy tu też Nabokova–prekursora sposobu pisania, który zrobił zawrotną karierę pod mianem postmodernizmu. Pisarz bowiem niekiedy – jak choćby w „Naborze” czy „Ociężałym dymie” – nic sobie nie robi z klasycznych reguł opowiadania i ekshibicjonistycznym gestem zrywa z narratora kryjący go zwykle płaszcz słów, by samego siebie – autora – ukazać jako tego, który o wszystkim decyduje, który wyciąga historie z kapelusza swojej fantazji i dopiero wtedy przymierza je do swoich postaci. A to wszystko po to, by uzmysłowić nam całkowitą zależność bohaterów od jego własnych kaprysów: (…) za wszelką cenę – wyznaje narrator „Leonarda” – musiałem znaleźć kogoś takiego jak on do jednego z epizodów powieści, z którą borykałem się od dwóch lat. Co mnie obchodziło, czy ten otyły starzec, którego najpierw ujrzałem, gdy go spuszczano z tramwaju, a teraz siedziałem obok niego, w ogóle jest Rosjaninem. Ważna jest historia, przyklejana do przypadkowo spotkanej postaci, której powierzchowność współgra z pisarskim zamysłem.
Właśnie w opowiadaniach najlepiej widać, że temat jest dla Nabokova sprawą zdecydowanie drugorzędną w stosunku do środków, którymi operuje, by go przedstawić. Bo głównym tematem autora „Lolity” nie są bynajmniej perypetie powołanych przezeń do życia bohaterów – jakieś tam miłostki, jakieś tam dramaty szaraczków pałętających się na marginesach życia – lecz żywioł języka.
Nabokov to wszakże rzeźbiarz, który pracuje w języku. Jako pisarz całkowicie wywodzi się z czasów wierzących w literaturę jako dzieło sztuki, a więc coś – wedle, przyznajmy, dość zamierzchłych kategorii – nie życie naśladującego lub powielającego, lecz tworzącego odrębną, samoistną i samowystarczalną rzeczywistość. I choćby dlatego warto po „Kęs życia” sięgnąć – dobrze sobie od czasu do czasu przypomnieć, że i literaturę onegdaj w ten sposób traktowano.
Autor „Lolity”, jak wiadomo, potrafi wyczyniać ze słowami rzeczy niebywałe, wyginać do granic możliwości ich znaczenia i modelować na tak fantastyczne sposoby, że na myśl przychodzi albo ingerencja geniuszu, albo pakt zawarty z jakimiś ciemnymi mocami. Bo tylko w ten sposób da się chyba wytłumaczyć, jak z nieforemnej, bezkształtnej bryły języka udaje mu się wyciosywać te całkowicie odosobnione w historii literatury, mieniące się i zaskakujące kształty.
Fraza Nabokova wytopiona jest w szczególe; więcej wydaje się znaczyć dla niego dokładny opis niż psychologizowanie; jakby tylko to, co zewnętrzne, materialne stanowiło przepustkę i szansę wglądu w nieprzejrzystość obcego istnienia. Dlatego odtwarza swoje postacie z malarską dokładnością: „miała piegi na szerokim grzbiecie nosa, oczy podkrążone ołowianym cieniem i odstęp między zębami”. Nie mniej uwagi autor poświęca scenografii swoich miniatur; zanim umieści w nich ludzi, z pietyzmem dobiera detal po detalu, starannie projektuje kosmosy swoich opowiadań. Bohater „Igły admiralskiej” na przykład wędruje nie tyle przez pogrążony w rewolucji Petersburg, ile po pełnym znaczeń labiryncie: w granitowych ciemnościach pod mroźnym niebem, gołębioszarym od gwiazd, rozpoznawałem niewzruszone, niezmienne punkty orientacyjne, wyznaczające moją marszrutę – zawsze te same petersburskie ogromy, samotne gmachy z legendarnych czasów, ozdoby nocnych pustkowi, odwracające się do wędrowca tylnym półprofilem, tak jak odwraca się wszelkie piękno: nie widzi cię, zadumane i obojętne, gdzie indziej błądzi myślami.
Nie ma najmniejszego sensu czytać tej książki w pośpiechu, konsumować jednego opowiadania za drugim. Literatury w ogóle nie warto chłonąć zbyt prędko – ta cecha między innymi odróżnia ją od czytadeł – ale lektura Nabokova wymaga zupełnie niedzisiejszego tempa, umiaru, wzmożonej uwagi. Bez nich, bez koncentracji na poszczególnym zdaniu, na urodzie ulotnej niczym – wybaczcie tę metaforę jak ze sztambucha pensjonarki – motyle, ulubione owady pisarza, wiele się z niego traci, a może traci się wszystko.
Poza literaturą nie ma nic, zdaje się nam mówić Nabokov, opowiadanie wypełnia świat treścią. Kiedy ono się kończy, kończy się świat, który w opowieści powstaje. „Leonardo” rozpoczyna się komponowaniem tła, przeniesieniem fragmentów różnych rzeczywistości w jedno miejsce, tak by przygotować scenę dla gotowych już do odegrania swych błahych dramatów bohaterów. A po tym, jak się one wypełnią, rekwizyty znów wracają do magazynów pisarskiej wyobraźni. Teraz już wszystko skończone. Obiekty, które zgromadziłem, rozpierzchają się, niestety (…) Wszystko odpływa. Znika harmonia i sens. Świat znów drażni swoją wielopostaciową pustką.


