Doczytania. Blog Grzegorza Krzymianowskiego

„pisarz nie potrafi zmienić świata, nie może nawet uczynić go gorszym” (I.B.Singer)

ŚMIERĆ TO NAJWIĘKSZA PARODIA NA ŚWIECIE

Chuck Palahniuk

Potępieni

Tłum. Elżbieta Gałązka-Salamon, Wydawnictwo Niebieska Studnia 2011

Tych z was, którzy mają dopiero umrzeć, proszę o szczególną uwagę.

Żarty się skończyły. A właściwie zaczęły. Chuck Palahniuk prowadzi nas do Piekła. Amerykański pisarz ożywia stary jak literatura topos literacki, organizuje katabazę, wyprawia się do Hadesu i drapuje w łaszki Dantego, najsłynniejszego do tej pory turysty po podziemiach. Nie jest to jednak Piekło, w którym smażyliby się zwyrodnialcy określonego wyznania, lecz w całkowitej zgodzie z naszymi czasami infernum multikulturowe, ba, wprost postmodernistyczne; poczet demonów nie ogranicza się tu bowiem do, bagatela, owego miliona diabłów, które w swej chrześcijańskiej manii katalogowania policzył w XV wieku pewien Żyd-przechrzta, Alphonsus de Spina — rogate towarzystwo jest w Potępionych dużo bardziej internacjonalne i składa się zarówno ze swojskich Behemotów, jak i bardziej egzotycznych sił nieczystych ze wszystkich stron świata.

Przewodnikiem po Zaświatach nie jest też żadna Beatrycze, a tłusta i nieapetyczna trzynastolatka Madison Spencer, która sama siebie zwie „Prawdziwym Prosiakiem”, a do tego jest „zbyt wyszczekana i zblazowana”, co już w ogóle nie pasuje do wizerunku Dantejskiej bogdanki. Zresztą Palahniuk postponuje nie tylko przewodniczkę Dantego po zaświatach, ale i jego sławną na cały świat relację; Boską komedię określa się tu mianem „kiczowatych i wyssanych z palca bzdur”, co — swoja drogą — może być uwagą zupełnie do rzeczy.

Wiek oraz życiowe doświadczenie narratorki i głównej bohaterki w jednym mogłyby posłużyć — zwłaszcza zazdrośnikom, którzy kompensują sobie swój cielesny upadek rzekomymi przewagami intelektu — jako poręczny argument do podważenia jej radykalnych konkluzji. Lecz warto też wziąć pod uwagę punkt wiedzenia Madison: „dziewczyny są na ogół superinteligentne, póki nie zaczną rosnąć im piersi”, zaś „osoba trzynastoletnia jest naprawdę kimś wyjątkowym […] dopiero potem dopadają ją sprzeczności, do głosu dochodzą uprzedzenia i genderowe stereotypy. Niech tylko dziewczyna zacznie miesiączkować, a chłopak zaliczy swój pierwszy mokry sen— od razu znikają błyskotliwość i talenty”. Jeśli więc jesteśmy (stajemy się) zwolennikami praw zwierząt, powinniśmy też, w imię konsekwencji — choćby doświadczenie podpowiadało nam, że podobna postawa trąci aberracją — traktować nastolatków jako pełnowymiarowe istoty ludzkie i wysłuchać, co mają nam do powiedzenia.

Oczywiście, zgodnie z wymogami gatunku, Palahniuk serwuje nam szczegółową topografię Piekieł, gdzie nie brakuje ani Bagniska Niedoskrobanych Płodów, ani Góry Dymiących kocich Klocków, ani rozległych akwenów wodnych w rodzaju Oceanu Zmarnowanej Spermy, którego zawartość to „cały ejakulat zebrany ze wszystkich masturbacyjnych wytrysków na przestrzeni ludzkich dziejów”. Jak łatwo z powyższego wywnioskować, rodzaj serwowanego nam przez Palahniuka dowcipu nie jest zatem najwymyślniejszy i zapewne nie trafi do natur zbyt subtelnych, obdarzonych poczuciem humoru, który skłania co najwyżej do uprzejmego skrzywienia ust w jakimś nieokreślonym grymasie. Ale już zwolennicy absurdu spod znaku Monty Pythona będą, podejrzewam, całkowicie usatysfakcjonowani. „Każdy, kto leciał choć raz na trasie Londyn–Sydney i posadzono go tuż obok albo nieopodal ryczącego niemowlaka, ma już przybliżone pojęcie o tym, jak jest w Piekle […] Kiedy usłyszycie […] że diabły zapraszają wszystkich na wielki hit hollywoodzkiego kina, możecie nie robić sobie niepotrzebnego apetytu, bo zawsze będzie to Angielski pacjent, albo — niestety — Fortepian”.

Przy takim rodzaju poczucia humoru trudno oczywiście posądzać Palahniuka o wyrafinowany styl — to proza jak wbijanie gwoździ. Miłościwie nam panujący formalny minimalizm ma jednak różne oblicza; zwykle bywa jak jakaś stara ciotka, nuży i już na odległość trąci banałem, w swym najlepszym wydaniu potrafi jednak zaskakiwać precyzją i siłą rażenia. Palahniuk zaś należy do tej wąskiej grupki pisarzy, którzy ze zdania o strukturze przypominającej konstrukcję młotka potrafi wydobyć zaskakująco wiele sensu.

To nie jest książka w dobrym tonie, z całą pewnością nie. Amerykański pisarz jest niepoprawny jak najwięksi literaccy wandale w rodzaju Celine’a, Bernharda czy swojskiego Rymkiewicza, tyle że wydaje się znacznie mniej od nich zajadły, jakby pozbawiony wściekłości, która napędza twórczość wymienionych powyżej autorów. Oczywiście, Potępieni ociekają sarkazmem, nad ludzkością jako taką odbywa się tu sąd kapturowy, ale w Palahniuku więcej niż nienawiści jest chyba potrzeby dobrej zabawy kosztem bliźniego. „Wiem, to nie fair, ale tak właśnie zachowują się ludzie. Kiedy kogoś poznajemy, w naszych głowach odzywa się perfidny głosik, który mówi: »Dobra, może noszę okulary albo mam trochę sadła w okolicy bioder, albo jestem dziewczyną, ale przynajmniej nie jestem lesbijką, ani murzynką, ani Żydówką«”. Palahniuk rozlicza się z egzystencją tak jak „Gazeta Wyborcza” z przeszłością — radykalnie i systematycznie, choć w przeciwieństwie do tego szacownego periodyku nie używa minorowego i pełnego namysłu tonu, lecz parska życiu śmiechem prosto w jego krzywą gębę.

Przyszło nam w końcu żyć w świecie metafizycznych substytutów, który jakiś kierunek zachowuje dzięki quasi-religijnej wierze w szeroko rozumiany postęp — bo nie tylko o permanentną technologiczną rewolucję tu idzie, ale i o stricte oświeceniowe przekonanie, że odpowiednio edukowani i prowadzeni ludzie z wolna wprawdzie, ale raczej konsekwentnie stają się jakoś lepsi, rozsądniejsi, bardziej skłonni do powściągania swych destrukcyjnych instynktów. Palahniuka cenię między innymi dlatego, że podejrzliwie traktuje owo założenie i bez wielkich ceremonii kpi sobie z owej postreligijnej mrzonki. Co więcej, gej Palahniuk — który w postęp winien wierzyć choćby we własnym interesie — nie tylko w Potępionych za cel szyderstwa obiera sobie ową liberalną skłonność do relatywizacji wszystkich zjawisk etycznych i uważania moralności za li tylko wynik rozwoju społecznego. Rodzice Madison, wzięta aktorka i biznesmen, to właśnie taka parka świadomych liberałów, czcicieli wszelkich swobód, lewacy do potęgi trzeciej, uważający, że „ludzie nie grzeszą, tylko dokonują niemądrych wyborów życiowych. Albo nie panują nad odruchami. I że nie ma czegoś takiego jak zły uczynek. Każda koncepcja walki dobra ze złem jest, w ich rozumieniu, kulturowym konstruktem przypisanym do jakiegoś określonego miejsca i czasu. […] Nic nie jest ze swej natury złe […] nawet seryjni zabójcy zasługują na dostęp do telewizji kablowej i terapii, ponieważ jako wielokrotni zabójcy też swoje wycierpieli”. Jako celebryci-lewacy co jakiś czas adoptują sobie dziecko z co bardziej upośledzonych rejonów tego świata, a Madison staje się ofiarą ich postępowej retoryki; „Piekło nie jest takie straszne — twierdzi narratorka Potępionych — na pewno nie w porównaniu z Obozem Ekologicznym” (na który uczestnicy dowożeni są zresztą odrzutowcami).

Autor Fight Clubu bezwzględnie rozprawia się więc z ideałami, a właściwie złudzeniami i idiotyzmami, które na salony tego świata wprowadziła antyestablishmentowa z ducha rewolta końca lat sześćdziesiątych, by niedługo potem podzielić los większości radykalnych ruchów odnowy i stać się zlepkiem przekomicznych, a nierzadko żałosnych i — co dla rewolucji najgorsze — przewidywalnych postaw. „Serio — przekonuje Madison — bycie latoroślą ekshipisowskich, eksrastafariańskich, ekspunkowskich i eksanarchizujących rodziców polega w głównej mierze na wysłuchiwaniu niekończącego się ciągu przaśnych truizmów”.

Autor, jak widać, zabawia się tu w reakcjonistę, co — na marginesie mówiąc — w chwili obecnej jest zupełnie przyzwoitym odruchem kontrkulturowym. Jest w Potępionych nie tylko antylewicowy, ale i antypostępowy — zsyła do Piekła nie Akwinatę, lecz Darwina, a do tego wykazuje, że w sporze ewolucjonistów z kreacjonistami to ci ostatni mają rację, przynajmniej z perspektywy zaświatów. „Jak się okazuje, fundamentalistyczni chrześcijańscy kreacjoniści trafili w dziesiątkę. […] Mroczne siły Zła naprawdę podrzuciły kości dinozaurów i podrabiane skamieliny, by wywieść ludzkość w pole. Ewolucja okazała się brednią, a my łyknęliśmy przynętę z haczykiem, żyłką i spławikiem”.

Palahaniuk to wielki obnażyciel tego (i tamtego) świata; ma szczególny talent do tropienia hipokryzji, bezbłędnie punktuje ludzką skłonność do przystrajania się w hasła, światopoglądy i idee, za pomocą których tuszuje się własną intelektualną i moralną (a tak, właśnie tak) nędzę. Oczywiście, choćby z tego powodu nie jest to pisarz nadziei. A zatem i Potępionych trudno nazwać odpowiednią lekturą dla osób mających apetyt na tę przesłodzoną potrawę. „Nadzieja to uporczywy i trudny do wyplenienia feler, którego powinniście się pozbyć. Jest jak uzależnienie, z którego trzeba się wyrwać” — uważa „nadziejoholiczka” Madison.

Zresztą, pielęgnowanie nadziei nie wydaje się najrozsądniejszą postawą, skoro do Palahniukowego Piekła trafia się za występki równie trywialne, co przechodzenie na czerwonym świetle czy też — jak w przypadku pewnego futbolisty — „za spalone”. Jeśli w przypływie nieuzasadnionego optymizmu daliście się kiedykolwiek zwieść dobremu mniemaniu o sobie i doszliście do wniosku, że zamiast rozpadać się w proch, czekają was wieczne wakacje na polach elizejskich czy w innym rajskim SPA, radzę wam — jak powiedziałaby pewnie Madison Spencer — wrzućcie na luz; kto bowiem oczekuje jakiejś pozażyciowej gratyfikacji, może się naprawdę srodze rozczarować. Jeśli Palahniuk nas nie zwodzi, Piekło pełne jest bowiem rzezimieszków, którzy używali formy „przyszedłeś” lub smarowali „pieczywo masłem przed dzieleniem go na kawałki”.

Potępieni to proza szalenie wprost witalna, buchająca życiem, skrząca się dowcipem, nieprzewidywalna i pozbawiona ambicji moralizatorskich. Niewiele ma się z tej lektury nauki, trudno też w jej trakcie o szczególnie głębokie przemyślenia (no, chyba że dotyczące swego nadmiernie poważnego stosunku do świata), powieść Palahniuka daje jednak kupę czytelniczej satysfakcji. Dlatego spośród niemałej gromadki przewodników po Zaświatach Amerykanin wydaje się wyborem więcej niż przyzwoitym, a na pewno najmniej nudnym (kto czytał Wergiliusza lub Dantego, wie, o czym mówię) — choćby ze względu na to, jak doskonale potrafi bawić się (i nas przy okazji) nieszczęściem swoich bliźnich.

Tekst ukazał się w artPapierze.

19 Grudzień 2011 Posted by | lektury nadobowiązkowe, literatura anglojęzyczna | , | 3 komentarzy

CZEGO NIE ZROBIŁBY JEZUS…

Chuck Palahniuk

UDŁAW SIĘ

Nie jestem dobry, miły, czuły, nic z takich gównianych rzeczy. Więc dość tego udawania. Gówno mam, a nie serce. Nie uda wam się mnie zmusić, żebym coś poczuł. Nie uda wam się do mnie dobrać.
 

Są książki, o których od pierwszego zdania wiadomo, że oczekiwać po nich optymizmu to naiwność. Udław się rozpoczyna apostrofa-ostrzeżenie: „Po dwóch stronach będziesz miał dość. Więc daj sobie spokój. Odejdź. Uciekaj, dopóki jesteś w jednym kawałku. [...] To, co się tutaj dzieje, najpierw cię wkurzy. A potem będzie już tylko coraz gorzej”. Nie będzie, możecie być Państwo spokojni. Co więcej, jeśli tylko odpowiednio się duchowo nastroić, Udław się przyniesie masę nieoczekiwanej frajdy.

Trzeba mieć jednak pewne skłonności, by polubić Palahniuka. Po pierwsze i najważniejsze, nie należy przeceniać wartości pozytywnego myślenia. Udław się to proza wybitnie defetystyczna, nie tyle ponura, co zacietrzewiona w swym zwalczaniu wszelkich przejawów optymizmu. „Zasłużył sobie na wszystko, co go spotkało. Oto zbałamucony prostaczek naprawdę uwierzył, że przyszłość może być lepsza. Jeśli będziesz solidnie pracował. Jeśli zdobędziesz wykształcenie. Nauczysz się uciekać dostatecznie szybko. Wtedy wszystko się ułoży i do czegoś w życiu dojdziesz. […] Wyobraź sobie kogoś, kto wyrósł na takiego głąba, że nie połapał się, iż nadzieja to kolejny etap, z którego się wyrasta. Kogoś, kto uważał, że można czegoś dokonać, zrobić cokolwiek, co przetrwa na zawsze”. Po wtóre, dobrze gustować w soczystym, mięsistym, a niekiedy wręcz wulgarnym poczuciu humoru. Bo powieść Palahniuka wyda się Wam prześmieszna, jeśli nie traktujecie życia zbyt poważnie. I po trzecie, żeby zasmakować w Udław się, warto też mieć podobny stosunek do seksu. Bo skoro narratorem jest seksoholik, który układa „nieustraszony i wyczerpujący bilans moralny”, rozsądnie jest oczekiwać, że i erotyki w fabule nie zabraknie. Udław się wychodzi temu oczekiwaniu naprzeciw, przy czym, mimo całej specyfiki frazy Palahniuka, która jest mniej więcej tak subtelna jak tytuł książki, można się zarykiwać ze śmiechu, kiedy narrator opowiada o swych erotycznych perturbacjach.

„To opowieść o tępym małym donosicielu, który bez dwóch zdań jest najdurniejszym zasrańcem, beksą, ciulem, jakiego nosiła ziemia”. Palahniuk rzecz jasna przesadza; konkurencja jest zbyt mocno obsadzona. Ale faktycznie, autor robi, co może, by swego bohatera upokorzyć. Stworzona przezeń postać to nieudacznik z wyboru, człowiek żyjący z tego, że inni czują się przy nim lepsi, profesjonalny niedojda. „Właśnie dlatego to robię. Zadaje sobie tyle trudu. Żeby postawić na piedestale choćby jednego nieznajomego. Żeby uratować jeszcze jedną osobę przed nudą. Nie chodzi mi tylko o pieniądze. Nie chodzi wyłącznie o wyrazy uwielbienia”.

Palahniuk lawiruje gdzieś między Philipem Rothem a Bukowskim; nie jest tak intelektualnie wyrafinowany jak autor Kompleksu Portnoya, nie jest też równie dosadny co pijaczyna z Kalifornii, ale jego proza ma podobne źródła — męskie obsesje. W Udław się jest ostro i bez ceregieli. Przy czym, w przeciwieństwie choćby do Bukowskiego, Palahniuk nie przesadza z wulgaryzmami, zaprawiając raczej swego bohatera cynizmem niż ordynarnością. A bohaterowie cyniczni mają zwykle do powiedzenia wiele o ludzkiej naturze, i to w tonie mało przypadającym do gustu piewcom przyrodzonej godności człowieka. „Stara zasada mówi, że to, co piękne, daje ci radość na zawsze; z mojego doświadczenia wynika, że nawet najbardziej urodziwe stworzenie sprawia ci frajdę przez mniej więcej trzy godziny, góra. Bo potem będzie ci chciała opowiadać o traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa”.

To nie jest powieść mizoginistyczna, choć jestem pewien, że przy odrobinie interpretacyjnego wysiłku i odpowiedniego nastawienia da się Palahniuka zapędzić w tę przegródkę, gdzie trzyma się pisarzy nie do końca oddanych idei gender. Bo o kobietach pisze się tu dużo i różnorodnie, choć — przyznajmy — nie zawsze pochlebnie. „Z twarzą zanurzoną po uszy w jej cudownie jędrnym tyłku, nie mogłem wyjść ze zdumienia, czego kobieta potrafi doszukać się, jeżeli przypadkiem wyrwie ci się: «Kocham cię»”. Jednak, jeśli się nad tym zastanowić, właściwie okazuje się, że narrator wkłada wiele wysiłku, by uniezależnić się od kobiet jako obiektów seksualnych. „Nie potrzebujemy kobiet — deklaruje. — Na świecie jest tyle innych rzeczy, z którymi można uprawiać seks […] Podgrzane w kuchence mikrofalowej arbuzy. Wibrujące rączki kosiarek do trawy, które są akurat na wysokości krocza. Są odkurzacze i poduszki z grochem. Witryny internetowe. Wszystkie te czatownie, w których napaleni faceci podszywają się pod szesnastolatki. Wierzcie mi, najlepsze cyberlaski to faceci z FBI”.

Książki poświęcone ojcom, zwykle mniej lub bardziej nikczemnym, to nieomal odrębny gatunek literacki. Zdecydowanie gorzej w literaturze reprezentowane są wyrodne matki (co między innymi może — ale nie musi — dowodzić, że jednym z podstawowych warunków twórczości literackiej jest przerobienie we własnym zakresie problematu ojca). Udław się stara się jednak tę lukę zapełnić, i to z powodzeniem. Matki odciskają zwykle na nas swoje piętno bardziej dyskretnie niż ojcowie (ostatecznie dysfunkcja jest jakoś w ojcostwo wpisana, ojcowie to permanentni zawodziciele), jeśli matki rujnują nam życia, to częściej z miłości niż jej braku (ale cierpliwości — pierwsze pokolenie wyemancypowanych matek dopiero zaczyna się reprodukować, więc na efekty przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać). Palahniuk jednak funduje nam rzecz oryginalną — postać prawdziwie złej rodzicielki; ta ostatnia ma w swoim życiorysie liczne wyroki, między innymi „za czyny lubieżne”, i jest z ducha anarchistką, która podmienia zawartość opakowań z farbami do włosów, tak by platynowe blondyny stawały się rudymi maszkarami. Jej zasadniczą ambicją jest wprowadzić trochę chaosu w uporządkowany świat. Prawdopodobnie z powodów genetycznych właśnie narrator Udław się czuje się bardzo zaniepokojony faktem, że ktoś mógłby uznać go za człowieka dobrego. Wielokrotnie zatem, w ramach testowania samego siebie, rozważa, „czego Jezus by NIE zrobił” — w ten sposób wyznacza sobie kierunek, zdobywa jakiś (anty)wektor postępowania.

Podsumowując: z dawien dawna nie czytałem czegoś równie szalonego, przewrotnego i nihilistycznego. Palahniuk nie stawia sobie żadnych granic, za to bez zmrużenia okiem prze przez te, które wyznaczają inni. Cholernie świeża i zaskakująca proza, niewielki ładunek wybuchowy podłożony pod świat.

23 Październik 2011 Posted by | lektury obowiązkowe, literatura anglojęzyczna | | Dodaj komentarz

   

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.