Doczytania. Blog Grzegorza Krzymianowskiego

„pisarz nie potrafi zmienić świata, nie może nawet uczynić go gorszym” (I.B.Singer)

Jak nie być mężczyzną

Isaac Bashevis Singer

Wrogowie. Opowieść o miłości.

Wraz z notką o książce Singera kontynuuję paradę męskich bohaterów, których Wy, Drogie Czytelniczki, za żadne skarby nie chciałybyście za mężów. W kategorii „mężczyzna niegodny zaufania” Herman, główny protagonista „Wrogów”, miałby bowiem doprawdy wiele do powiedzenia. Z całą pewnością, charakter nie jest jego najmocniejsza stroną – to gołodupiec, trudniący się pisywaniem przemówień dla pewnego rabina, samiec rozkrzyżowany między kobietami, które z niezrozumiałych powodów uważają go za cud nad cudami, człowiek rozwleczony przez życie, miotający się bezustannie, pozbawiony planu i celu. Do tego nałogowy łgarz, indywiduum, które na kłamstwie oparło swoją egzystencję i które bez kłamstwa nie potrafi się obejść. Oszukuje swoje kobiety (a co gorsza, lawirując bez wdzięku między nimi, przejawia typowo męskie ambicje – „chce mieć je wszystkie”), oszukuje pracodawcę, oszukuje cały świat – łącznie z sobą. Nie robi tego, ponieważ bujda jest dla niego rodzajem przewrotnej gry; nie, „kłamie z przyzwyczajenia”, kłamstwa wypadają z jego ust automatycznie, są jak tarcza, pod którą się chroni.

Mimo to liczba białogłów zabiegających o jego względy nie tylko wraz z rozwojem powieści się nie zmniejsza, lecz wręcz przeciwnie, harem pęcznieje. Absolutnie nie miałbym nic przeciwko podobnemu rozwiązaniu, nawet jeśli jest trochę na bakier z moim poczuciem realizmu i domniemaną znajomością kobiecej duszy, gdyby nie fakt, że Singer zdradza skłonność właściwą literaturze niewysokich lotów – nieco przesadne zamiłowanie do piętrzenia melodramatycznych atrakcji. Jego bohater bowiem, rozdarty między jedną a druga kochanką, pewnego dnia, jakby nie dość mu było problemów, dowiaduje się, że jego żona – którą miał za ofiarę zagłady – wróciła z zaświatów, by ulokować się w Nowym Jorku. Po latach rozłąki przypomina mu „sczerstwiały bochenek włożony dla odświeżenia do gorącego pieca”. Nie budzi to w nim, co można zrozumieć w jego położeniu, specjalnego entuzjazmu: „Ta histeryczna kobieta, która dręczyła go i z którą miał się właśnie rozwodzić, kiedy wybuchła wojna, powstała z martwych. Chciało mu się śmiać”.

Ale okazji do śmiechu „Wrogowie” dają doprawdy niewiele. Rzecz rozgrywa się w niedługim czasie po wojnie w Nowym Jorku, w środowisku żydowskich emigrantów. Więc choć z punktu widzenia tak zwanej moralności Herman jest typem wybitnie odstręczającym i równie żałosnym, ma też trochę racji, gdy twierdzi: „to nie nasza wina, ze świat rozpadł się na kawałki”. Bohaterowie „Wrogów” są bowiem naznaczeni przez holocaust; wszyscy bez wyjątku są jak nawiedzone domy – zamieszkują w nich duchy. „Pocałunkom, pieszczotom i namiętnej miłości towarzyszyły zawsze historie z getta, obozów”. Shoah nie jest wprawdzie dominantą powieści, wypełnia ją jednak jakby mimowolnie, warunkuje działania i decyzje bohaterów, zwłaszcza zaś brak decyzji.

Rzeczywistość jawi im się jako zjawisko wybitnie tymczasowe, świat to dla nich zawsze miejsce, które właśnie osuwa się w przepaść. „Przy sąsiednich stolikach mężczyźni otwarcie czytali żydowskie gazety. Nie musieli się przed nikim chować. Wciąż wydawało się to Hermanowi cudem. <<Jak długo to potrwa?>> – zapytywał sam siebie”.

Singer niejako mimochodem porusza tu stary i nierozwiązywalny problem – unde malum, skąd zło? Autor „Dworu” nie potrafi po prostu Boga przekreślić, skazać go na nieistnienie. Lecz choć nie jest w stanie w Nietzscheańskim geście zadekretować jego śmierci, może jednak wytoczyć mu proces: „jeśli Bóg zamierzał ulepszyć swój wybrany lud, poddając go hitlerowskim prześladowcom, to nie udało mu się osiągnąć celu”. Diagnozy Singera na temat stanu świata są proste i mocne – nie jest to najlepsze miejsce do wychowywania potomstwa.

„Wrogowie” to literacki odpowiednik filmów w rodzaju „Och, Karol”, tyle że gorzki i nie bardzo skłaniający do śmiechu. A Herman to kolejny odpychający męski bohater (lubimy takich, a jakże!), który jest na bakier zarówno z życiem, jak i z kobietami. „Każda kobieta – mówi w pewnym momencie – siedzi w swojej sieci, przędąc jak pająk. Jeśli mucha przelatuje obok, to ją łapie. Jeśli nie uda ci się uciec, wyssie z ciebie ostatnią kroplę życia”. Nie jest to może prawda bezwzględna, ale tak na wszelki wypadek, Drodzy Panowie, warto może zachować tę myśl dla siebie w jakimś kąciku pamięci.

A na koniec małe i niezbyt budujące postscriptum – jakiś czas temu w dłuższej notce biograficznej poświęconej Singerowi pisałem o tym, jak mieszkańcy miejscowości, w której urodził się pisarz, reagowali na perspektywę nazwania jego imieniem jednej z ulic. Ciąg dalszy tej historii znajdziecie Państwo tutaj. A to Polska właśnie – ma się ochotę rzec.

14 Wrzesień 2011 Posted by | lektury nadobowiązkowe | | 6 komentarzy

Singer – ten obcy z Krochmalnej

 

Jako że lato, bez najmniejszych wątpliwości najpotworniejsza pora roku, nieomal doczłapało do półmetka, uważam, że dobrze byłoby jakoś uczcić ten fakt. A że dodatkowo całkiem niedawno (bo 24 lipca) minęła 20 rocznica śmierci Isaaca Bashevisa Singera, jedynego bodajże noblisty urodzonego w Polsce, którego nie hołubimy jako dowodu na doskonałość polskiego ducha, proponuję Państwu lekturę przydługiego i plotkarskiego artykułu, który stoi skądinąd w jawnej sprzeczności z wyznawaną przeze mnie – za Philipem Rothem – zasadą, że łączenie tzw. prawdziwego życia i literatury to praktyka godna co mniej bystrych recenzentów, a nie kogoś, kto literaturę stara się traktować serio.

 

We wspomnieniach Izraela Zamira, jedynego potomka Isaaca Bashevisa Singera, znajdują się opisy dwóch znamiennych sytuacji. Podczas ostatniego spotkania ojca i syna cierpiący na Alzheimera pisarz co i rusz dopytywał żony: „Co to za facet, który się do mnie przyczepił?”. Tuż przed śmiercią natomiast wykrzyknął: „Naama!”, imię kobiety demona, którą Matuzalem przywoływał tuż przed śmiercią, by po raz ostatni się z nią połączyć. Te dwie sceny wiele mówią o Singerze, twórcy kochającym swe dzieło bardziej niż ludzi, i autora, który bez kobiet nie potrafił pisać.

„Kiedy byłem młody, marzyłem o haremie pełnym kobiet” – wyznał przy jakiejś okazji. Mimo „ascetycznej fizjonomii”, ambicję tę realizował z powodzeniem przez całe życie. „Jego umiejętność uwodzenia kobiet była wręcz zdumiewająca i niepojęta” – nie krył zaskoczenia syn. Sam pisarz również wydawał się niekiedy nieco zdezorientowany swym powodzeniem, jednemu ze swoich tłumaczy powiedział: „Wszystkie one przychodziły spontanicznie. (…) W przeciwnym razie nic by się nie wydarzyło. Nie wiedziałbym, jak je uwieść”. Musiało być w nim jednak coś magnetycznego, skoro w 1985 roku magazyn „Mc Call’s” zaliczył go do dziesiątki najbardziej seksownych mężczyzn Ameryki.

Pisarz niezbyt dobrze opanował sztukę odmowy, dlatego miał na koncie sporo połamanych kobiecych serc i obietnic małżeństwa, od których salwował się ucieczką. Instytucję małżeństwa traktował zresztą podejrzliwie. Nie wiadomo, czy kobieta, z którą miał jedyne dziecko, Rochla Szafira, zwana przezeń Runią, została jego żoną. Pewne jest natomiast, że wyjeżdżając do Stanów, porzucił ją wraz z dzieckiem. Obiecując jej w listach rychłe spotkanie, „zapomniał” też poinformować ją o drobnym fakcie – że w 1940 roku jednak się ożenił. Izrael dowiedział się o tym, gdy w 1955 roku przyjechał do USA, by zobaczyć się z ojcem pierwszy raz od dwudziestu lat.

„Byliśmy sobie obcy. Między nami wyrosła góra milczenia” – opisuje syn swoje wrażenia ze spotkania i nie potrafi powstrzymać się od drobnego rewanżu: „Poza ciekawością nic do ojca nie czułem”. W jego relacji Singer jest oziębły, wystraszony i skąpy. Później stosunki między nimi nieco się ułożyły, a syn zaczął nawet przekładać utwory ojca na hebrajski. Kiedy jednak Izrael sprezentował Singerowi swój debiutancki zbiór opowiadań, ojciec wpadł po prostu w gniew. „Po co piszesz własne książki, jeśli możesz tłumaczyć moje?” – zapytał.

 

Odpowiednio wyrozumiała partnerka to dla pisarza skarb i takim skarbem okazała się dla autora „Spuścizny” jego żona Alma. Zanim poznał ją w 1937 roku, mieszkał w norze, którą dzielił z karaluchami, i cierpiał na brak weny. Względna stabilizacja i ślub w 1940 roku postawiły go na nogi. Poznał ją w 1937 roku. Nazywała się wtedy Wassermann, miała męża przedsiębiorcę, dwójkę dzieci, ułożone i dostatnie życie. Singer nie zrobił na niej na początku piorunującego wrażenia: „wydawał się zupełnie zagubiony i zdezorientowany, miał trudności z odnalezieniem jadalni, swojego pokoju”. Najwidoczniej później było nieco lepiej, skoro nie zawahała się porzucić wszystkiego dla nieznanego nikomu pisarza, którego opowiadań – jako że nie znała jidysz – nie mogła przeczytać. „Nigdy tego potem nie żałowałam” – twierdziła, gdy tymczasem on wyznał przy jakiejś okazji: „byłem na tyle pozbawiony skrupułów i szalony, że traktowałem to wszystko jak zabawę”.

Alma miała wszelkie dane po temu, by stać się kolejną porzuconą przez Singera kobietą. Tak się jednak nie stało, być może dlatego, że wierzyła w niego bezkrytycznie – co pisarzowi przez jakiś czas musiało zastępować uznanie krytyki – i z zadziwiającym samozaparciem. To na nią spadł ciężar utrzymywania domu i znoszenia jego nieustannych erotycznych podbojów. Alma godziła się na podobne traktowanie, wierząc, że kobiety to napęd twórczości męża. Być może dzięki niej Singer został uznanym twórcą, ale sama pod koniec życia usłyszała z ust córki: „Coś ty zrobiła naszemu ojcu?”.

 

Wszystkie te anegdoty, stawiające Singera w mało przychylnym świetle, byłyby jednak bez znaczenia, gdyby nie jego książki – haracz, którym pisarze zwykle odkupują życiowe błędy. Kiedy w 1978 roku odbierał Nagrodę Nobla, mógł traktować ten zaszczyt jak jedno z tych tylko na poły realnych zdarzeń, którymi wypełniał swoje książki. Z pewnością bowiem jest rodzajem cudu, że ten wychowany w rabinackiej rodzinie chłopak stał się najbardziej rozpoznawalnym pisarzem „żydowskiego języka”.

Jego ojciec, Pinchas Menachem, był badaczem Tory i poza tym zajęciem niewiele, łącznie z ekonomicznym bytem rodziny, go obchodziło. Każdą świecką lekturę, podobnie jak teatr czy prasę, uważał za rozrywkę podsuniętą ku zgubie ludzkości przez złe moce. Emocjonalne i antyintelektualne skłonności ojca równoważyła matka Singera, Batszewa. „Czy nakarmisz dzieci tymi odkryciami?” – starała się przemówić do rozsądku mężowi, jak to zwykle bywa, bez powodzenia, skoro w domu brakowało łóżek i ktoś musiał spędzać noc na stole. „Stwierdzenie, że (…) byli wyjątkowo niedobraną parą, to eufemizm” – stwierdza badaczka twórczości Singera, Janet Hadda.

Zauważalna w prozie Singera dwoistość dowodzi, do jakiego stopnia nasiąkł on domową atmosferą. Od wczesnego dzieciństwa był bowiem rozdarty między uduchowionym ojcem a matką realistką. Wewnętrzny konflikt młodego Isaaca podsycał dodatkowo jego starszy brat, Israel Jehoszua, którego Bashevis uważał za swój wzór i oparcie, jednocześnie nie potrafiąc wyjść z jego cienia. „Nigdy nie odzywałem się do niego pierwszy. Zawsze czekałem, aż sam zacznie rozmowę” – wyznał autor „Dworu”. Joszua również był pisarzem, aż do śmierci w 1944 r. znacznie popularniejszym od późniejszego noblisty, autorem takich powieści jak Josie Kałb, przedstawiających w realistyczny sposób żywot żydowskiej diaspory. To starszy brat wprowadzał Isaaca w środowiska literackie, najpierw w Warszawie, później w Nowym Jorku. Joszua znalazł się w USA nieco wcześniej, po pobycie w Związku Radzieckim, na tyle owocnym, że ten komunizujący wcześniej wolnomyśliciel stał się radykalnym krytykiem „przodującego ustroju”. Joszua pracował w żydowskim dzienniku „Forwerts”, dzięki czemu i Isaac mógł w nim zakotwiczyć. Prowadził tam rubrykę „Co warto wiedzieć” i pod pseudonimem Icchok Warszawski rozprawiał między innymi na takie tematy jak: „Zbrodnie popełniane przez kobiety ze względu na nieudane życie rodzinne” czy „Ludzie, którzy lubią ranić innych, i ludzie, którzy lubią być ranieni”.

 

W porównaniu do realistycznej prozy starszego brata, twórczość Isaaca od samego początku wydawała się wypełniona fluidami dzieciństwa. „W naszym domu mówiło się zawsze o dybukach, duszach zmarłych, wstępujących w ciała żywych ludzi, o duszach odrodzonych w postaci zwierząt, o domach zamieszkanych przez chochliki, o piwnicach nawiedzanych przez demony” – wspomina Singer w autobiograficznym „Urzędzie mojego ojca”. Również w przemówieniu noblowskim dał wyraz swego przywiązania do światopoglądu wyniesionego z rodzinnego domu: „Nie mogę się pogodzić z myślą, że świat, w którym żyjemy, jest w ostatecznym rachunku tylko rzeczywistością fizyczną czy chemiczną – skutkiem ślepego rozwoju”. Z atmosfery przeszłości czerpał zresztą całe życie; to, co minione, było fundamentem jego książek. Stał się kronikarzem zapisującym świat, który odszedł – świat żydowskich sztetli, miasteczek zamieszkałych przez duchy.

Jego rodzinny Leoncin trudno byłoby wszak nazwać miasteczkiem, skoro na początku XX w. mieszkało w nim około 200 mieszkańców. Później mieszkał jeszcze w Radzyminie i Biłgoraju, aż wreszcie osiadł tam, gdzie do końca życia biło źródło jego prozy – na ulicy Krochmalnej w Warszawie. Krochmalna była minikosmosem, dla młodego Isaaca, a zwłaszcza dla Singera pisarza, mieściło się tam wszystko. I faktycznie, miejsce było różnorodne, jak na wszechświat przystało – kilka kroków od synagog i bożnic spotykali się złodzieje, sutenerzy i prostytutki. Na Krochmalnej żył też Janusz Korczak, dopóki wraz ze swoimi podopiecznymi nie został wywieziony do obozu zagłady. „Mieszkaliśmy w <<żydowskim kraju>>, który miał swoje żydowskie gazety, żydowskie szkoły, żydowskie teatry, żydowskie kina… Można było przeżyć całe życie, nie znając nawet dziesięciu polskich słów” – wspomina Szulim Rozenberg, jeden z nielicznych mieszkańców tego „państwa w państwie”, którzy przeżyli holocaust. Oczywiście nie mogło też zabraknąć związku literatów. Literatn-farajn dzielił siedzibę z syjonistami, a sąsiadował z Wielką Synagogą i domem publicznym. Atmosfera również nieco przypominała zamtuz, a to z powodu różnic światopoglądowych i konfliktów między zwolennikami trockizmu, stalinizmu, syjonizmu czy tradycji żydowskiej.

Opuszczając Polskę w 1935 roku, Singer miał świadomość, że od tego momentu jedynym pośrednikiem między nim a tym, co porzucał, będą jego wspomnienia. „Wiedziałem, że nigdy tu nie wrócę i że wszystkie te rzeczy, Warszawa, Polska, Związek Literatów, moja matka, brat Mojsze i bliskie mi kobiety, przeniosły się w sferę pamięci. Prawdę powiedziawszy, były duchami nawet wówczas, gdy przebywałem z nimi.” Nie mylił się – Zagłada wymazała Singerowski kosmos z rzeczywistości. „Z tej przestrzeni wytarto historię, unieważniono dawne pejzaże. Zakneblowano pamięć” – zauważa Agata Tuszyńska, autorka poświęconych pisarzowi „Pejzaży pamięci”. Singer stał się więc malarzem nieistniejącego świata, zaklinaczem duchów, pośrednikiem między światem żywych i umarłych. Jego powieści zanurzone są w przeszłości, z której nie zostało prawie nic poza słowami. „Język to jego ziemia” – zauważa Florence Noiville. Pozbawiony swojego miejsca, to właśnie w jidysz czuł się „jak w domu”.

Był jednak świadomy, że podobny wybór wzmacnia jego pisarską izolację, nawet jeśli w East Side, żydowskiej dzielnicy Nowego Jorku, mieszkało wówczas ponad trzy milionów Żydów. „Stoimy na moście z papieru” – powiedział o pisarzach tworzących w „języku żydowskim” Jidysz nie był bowiem popularny wśród żydowskich emigrantów; zarówno ci zasymilowani, jak i ci używający hebrajskiego uważali go za godny pogardy język wschodnioeuropejskiego plebsu. Wbrew temu Singer upierał się, że jidysz „jest najbogatszym językiem na świecie”, a w czasie ceremonii wręczania nagrody Nobla tak tłumaczył swe przywiązanie do tego języka: „jestem pewny, że pewnego dnia miliony Żydów wstaną ze swych grobów i ich pierwszym pytaniem będzie, czy ukazała się jakaś nowa książka po żydowsku?”.

Paradoksalnie Singer nie cieszył się sympatią w kręgu pisarzy jidysz. Wręcz przeciwnie, atakowano go za epatowanie erotyką, eksponowanie wątków fantastycznych i popularność wśród gojów, co zdaniem przeciwników zawdzięczał schlebianiu ich niskim gustom i antysemickiemu wydźwiękowi niektórych jego tekstów. Żyd to ktoś – powiedział podczas jednego z wywiadów – „kto nie mogąc zasnąć, nie daje innym zmrużyć oka”. Przyznanie Singerowi nagrody Nobla przez pewnego pisarza jidysz nazwana została „tragedią dla narodu żydowskiego”.

Dwudziesta rocznica śmierci pisarza to dobry moment, by zastanowić się nad polskim stosunkiem do Singera. My, Polacy, mamy z nim poważny kłopot – niby to pisarz „nasz”, bo urodzony na ziemiach polskich i żyjący tu ponad 30 lat. A jednak zupełnie obcy, przez wiele dziesiątek lat w ogóle nieznany. Dość powiedzieć, że do 1978 roku, gdy otrzymał Nobla, w Polsce przetłumaczono jedno (!) jego opowiadanie. Sam Singer również, delikatnie rzecz ujmując, nie pielęgnował sentymentu do kraju swoich narodzin. „Nigdy nie odczuwałem w życiu takiej beznadziei, jak w Polsce pod koniec lat dwudziestych” – wyznał w pewnym wywiadzie. „Powrót do Polski oznacza powrót do piekła. Dopóki żyję, nie wrócę tam!” – pisał do swego przyjaciela. A w innym liście dodawał: „Nigdy nie należy wracać do Polski. Lepiej skoczyć do oceanu”. Nie zawsze był jednak taki radykalny, zwłaszcza w swych utworach starał się ważyć racje nieco bardziej bezstronnie. W opowiadaniu „Młodzieniec w poszukiwaniu miłości” wkłada w usta swego bohatera następujące stwierdzenie: „Sytuacja Żydów tutaj jest rozpaczliwa. Polacy mają nas zupełnie dosyć i potrafię zrozumieć ich racje. Żyjemy tu od ośmiuset lat i pozostaliśmy obcy. Ich Bóg nie jest naszym Bogiem, ich historia nie jest naszą historią. Większość z nas nie potrafi nawet mówić przyzwoicie po polsku”.

Singer urodził się pod Warszawą, mieszkał w niej, ale pierwsze trzy dekady życia spędził w nieoficjalnym żydowskim mieście, którego centrum była dla niego Krochmalna. Nie miał żadnego kontaktu z polskim światem literackim – wizyty w „Ziemiańskiej” czy „Pod Pikadorem” nie wchodziły w jego przypadku w grę. Nigdy nie wspominał o pisarzach tworzących po polsku, wśród których wielu – jak Tuwim czy Słonimski – miało przecież żydowskie korzenie. Singer pozostał dla Polski obcy, podobnie jak obca była mu Polska.

Krochmalnej, jaką znał, nie ma od czasu powstania w warszawskim getcie w 1943. W położonym 30 km od Warszawy Leoncinie również trudno uświadczyć śladów życia jego przedwojennych mieszkańców. Istnieje wprawdzie zaułek imienia Isaaca Bashevisa Singera, ale tylko dlatego, że nie stoi przy nim żaden dom. Ulicy imienia pisarza nie ma, bo – jak relacjonuje Agata Tuszyńska – współcześni mieszkańcy Leoncina nie chcieli mieć „żydowskiego adresu”.

25 Lipiec 2011 Posted by | niedyskrecje | | 2 komentarzy

   

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.