Doczytania. Blog Grzegorza Krzymianowskiego

„pisarz nie potrafi zmienić świata, nie może nawet uczynić go gorszym” (I.B.Singer)

Romansidło egzystencjalne

Leopold Tyrmand

Siedem dalekich rejsów

Istnieją zupełnie dobre powody, by sądzić, że Leopold Tyrmand nie istniał, że był co najwyżej personą stworzoną przez kogoś, kto za Leopolda Tyrmanda się przebierał. Nie jest to jakaś wybitnie oryginalna cecha, pisarze dość często nie istnieją naprawdę — o ile porwać się na użycie tak niepewnej kategorii jak prawda — a są jedynie bytami cząstkowymi, wyzierającymi ze swych książek równie lękliwie, jak współczesne widma z zaświatów. Ale Tyrmand to przypadek szczególny nawet jak na profesję, której istotą wydaje się pozór. Tyrmand się stworzył, Tyrmand, niczym najwierniejszy z wiernych uczniów barona Műnchhausena, wyciągnął samego siebie z nicości, wyhodował swą legendę i pielęgnował ją tak długo, aż zmieniła się w osobę.

Te zabiegi stały się pewnie nawet skuteczniejsze, niż by sobie tego życzył. Jego legenda oddzieliła się niemal od jego pisarstwa, zaczęła kroczyć przed jego literackimi dokonaniami. Bardziej pamięta się Tyrmandowi bikiniarskie skarpety (sprowadzane zresztą z Moskwy!) niż powieści, przyznaje mu się raczej znajomość jazzu i mody aniżeli kunszt słowa. Jeśli już w ogóle przywołuje się jakieś jego literackie osiągnięcia, zwykle po prostu wypomina mu się Złego. A Zły, jak wiadomo, jest jak zbyt tłuste babsko, z którego jedynie bardzo zaawansowany koneser kobiecego piękna jest w stanie doświadczonym spojrzeniem wydestylować potencjalne powaby. Tyrmandowi pamięta się jeszcze Dziennik 1954, ale też głównie jako pięknie i po czasie spreparowany paszkwil na „warszawkę”. Przecież to właśnie z powodu tegoż „dokumentu” Zygmunt Kałużynski nazywał Tyrmanda grafomanem, pisarzem drugiej kategorii i snobem, a zapewne podzielał opinię Andrzeja Kijowskiego, że Tyrmand to Balzac dla gówniarzy. I choć zdanie obsmarowanego niemożliwie na kartach Dziennika Kałużynskiego trudno traktować jako przykład wyważonego i obiektywnego sądu, to ta uwłaczająca pretensjom Tyrmanda do geniuszu opinia przylgnęła do autora Filipa na stałe. A jak wiadomo — opinia to rzecz straszna. Jak raz się człowieka uczepi, to trzeba nie lada akrobatycznego kunsztu, by się jej pozbyć.

W powszechnym zatem mniemaniu Tyrmand to pisarz drugiego sortu, wtórnej świeżości, czy też, wedle nieco złagodzonego efektownym oksymoronem określenia — „pierwszorzędny pisarz drugorzędny”. Warto zapytać, czy ów wątpliwy komplement nie jest przypadkiem krzywdzący? Czy aby na pewno jest słuszny? Otóż tak — słuszny jest jak najbardziej. Dowodzi tego wydana po wielu latach nieobecności na rynku, wskrzeszona zatem z piekła literatury przez Wydawnictwo MG, powieść Siedem dalekich rejsów.

Książka ta, rozpoczęta w 1952 roku, zarzucona na kilka lat i wykończona w 1957, to zasadniczo rzecz romansowa i wedle romansowej zasady się rozwijająca. Bohaterowie — dzielna, a przy tym zupełnie nie po muzealnemu ponętna pani Ewa, kustosz z Warszawy, która przyjeżdża do Darłowa w poszukiwaniu skarbów książąt pomorskich, oraz nie mniej odważny, a równie zabójczo przystojny Ronald Nowak, typ spod ciemnej gwiazdy, acz romantyk, słowem prawdziwa gratka dla kobiet wybrednych — od razu rozpoznają w sobie bliski i wzajemnie pociągający typ człowieka. Rozpoznają się może szóstym zmysłem, trzecim okiem, romantycznym przeczuciem? A gdzież by tam! Rozpoznają się po kroju garderoby, która zdradza im jednocześnie, że dusze ich, o ile je w ogóle posiadają, również skrojone są na tę samą miarę; po jakości materiału świadczącej też o jakości inteligencji; po rasowych kontrach na prowokacyjno-zaczepne pytania, jakich sobie nie szczędzą od pierwszej minuty znajomości. Bo już na pierwszy rzut oka widać, że wszystko ich ze sobą łączy (a dopiero później dowiedzą się, że również wszystko dzieli). Dlatego Ewa już na drugiej stronie powieści zadaje Nowakowi brzemienne w skutki pytanie: „A więc jesteśmy jednej krwi?”. Nie tylko z czytelniczej grzeczności należy to przypuszczenie potwierdzić — od początku jest to przecież rzecz niepodlegająca żadnym wątpliwościom. Można by jedynie dodać, że ta para jest „jednej krwi” nie tylko ze sobą nawzajem, ale i z tabunem spokrewnionych z nimi postaci literackich.

Tyrmand bowiem wystylizował swych bohaterów na arcyegzystencjalną modłę, zakutał ich w umysłowe fatałaszki rodem z pierwszego tomu Sartre’owskich Dróg wolności. Dwójka głównych protagonistów wydaje się z jednej strony nadmiernie jak na swój wiek przejrzała, zapaskudzona cynizmem, spustoszona psychicznie przez niedociągnięcia bytu, a jednocześnie, przy całej tej dość zabawnej pozie, nadzwyczajnie wręcz szczylowata, gówniarsko rozhisteryzowana, dokładnie w stylu dwudziestolatków, którzy pochlebiają sobie znajomością tak zwanego życia. Owa znajomość życia polega przede wszystkim na przekonaniu, że nie warto ufać ani innym, ani tym bardziej sobie, a drugi człowiek to potencjalne zagrożenie dla własnej integralności. Wszyscy tu cynikują się na potęgę, przeczą swoim wyższym uczuciom i taplają się z upodobaniem w swej moralnej nędzy. Wszyscy też wydają się pomni na fakt, że człowiek to byt rzucony w przepaść świata, że życie samo to spirala, jeśli nie nieszczęścia, to całkowitego przypadku, co najczęściej zresztą na jedno wychodzi. Dlatego podejrzliwość to pierwszy nakaz zdrowego rozsądku. Podejrzliwość i sarkazm. „Kobiety kupuje się za drobną monetę kwiatów, słów lub gwałtowności. I to każdą bez wyjątku […] Są takie […] z którymi człowiek nie ma nic do mówienia. Od razu się je rozbiera. A są inne, od których człowiek chce się dowiedzieć, co myślą w czasie, przed tym i po tym. To, zdaje się, jest miłość”. Takie kwestie mogłyby wypływać z ust jednej z postaci granych przez Bogarta, gdyby rzecz jasna którykolwiek z nich zechciała poświęcić swojemu stosunkowi do płci przeciwnej aż trzyzdaniową wypowiedź.

Omawiane romansidło to doskonała zabawa dla tych, których w dalszym ciągu nie nudzi konwencja noir. I tak jak ów gatunek filmowy Siedem dalekich rejsów staje się przy okazji dokumentem obyczajowej przemiany, czy może rewolucji, która w ciągu zaledwie kilku dziesiątek lat postawiła dawny męski świat na głowie (albo nawet tę głowę obcięła). „I chyba raczej dziwka — snuje swe refleksje, rozmyślający o kochance bohater. — Z jaką łatwością powiedziała wczoraj: »Sama się rozbiorę…«, jak jej to gładko przyszło”. Czytając podobne dywagacje, można domniemywać, że Tyrmand zamierzał między innymi popełnić paszkwil. I zamierzenie mu się powiodło, choć raczej na odwrót. Zamierzał bowiem stworzyć paszkwil na kobiecość, a wyszedł mu, nieoczekiwanie i zapewne nie bez kreciej roboty czasu, paszkwil na własną płeć. Ta powieść dla mężczyzn, skrojona pod męskie gusta i uprzedzenia, po czterdziestu latach od momentu jej napisania jest bowiem pięknym katalogiem męskich szowinizmów oraz mitów, gotowym argumentem dla dzielnych aktywistek spod wojowniczego proporca gender studies. Męski punkt widzenia wyłożony jest tu precyzyjnie, acz dosyć płasko — kobiecie wystarczy mieć przy sobie prezerwatywę, by zasłużyć na efektowne, jak to z zwykle z rusycyzmami bywa, miano „bladzi”. A mimo to trudno mi jednocześnie uwolnić się od myśli, że gdyby kobiety częściej czytały Leopolda Tyrmanda niż Janusza Wiśniewskiego, być może weekendowe kursy w rodzaju „Zrozumieć świat mężczyzn” nie cieszyłyby się podobną popularnością. Bo wystarczy przeczytać opis łóżkowego Waterloo, które staje się udziałem Nowaka — tego, jak by nie było, supersamca Alfa – by jednak coś więcej o całym męskim szczepie wiedzieć…

Książka ma jeszcze jeden absolutnie niezaprzeczalny walor: kończy się źle, a w każdym razie nie kończy się dobrze, co w dobie nadprodukcji optymizmu może pełnić przeczyszczającą rolę dla mózgu czytelnika. Wszystko zmierza tu do zapowiedzianego wcześniej miłosnego tąpnięcia, tak jak w hollywoodzkiej produkcji do szczęśliwego rozwiązania. Dwójka głównych zainteresowanych tak długo i usilnie przekonuje siebie nawzajem, ze szczęście nie jest im pisane, że niespełnienie czeka na nich na progu kolejnego dnia, że wreszcie udaje im się dopiąć swego — dławią swą miłosną egzaltację (czy może raczej pokrywają egzaltację miłości egzaltacją nieszczęścia) — a wraz z nią duszą też wzajemne uczucie, bo w końcu bez egzaltacji trudno sobie przecież wyobrazić naprawdę pierwszorzędną miłość.

Jednym z wątpliwych kryteriów, którymi zwolennicy przywracania hierarchii starają się oddzielić wysokie od niskiego jest przekonanie, że literatura drugorzędna zamontowana jest wyłącznie w swoim w czasie. Nie znaczy to, rzecz jasna, że arcydzieła tego zabiegu nie stosują; różnica polega raczej na tym, że ta pierwsza ze swego czasu nie wystaje, jest w nim pogrążona i bez niego traci swój sens i treść, podczas gdy druga, zwana wielką i nieprzypadkowo ponadczasową, swą teraźniejszość traktuje co najwyżej jako użyteczny, realistyczny sztafaż. Czy warto wobec tego w ogóle zajmować się literaturą drugorzędną, czyli taką, która o istocie człowieczeństwa nic nam nowego nie powie, nie zrekompensuje nam poświęconego jej czasu oślepiającym bryzgiem światła prawdy, a jedynie zamuli oczywistościami, których i tak przechowujemy w sobie nazbyt wiele? Dobrej, czyli jednoznacznej odpowiedzi na ten problem nie ma, nie tylko dlatego, że pozostając wiernymi kryterium oryginalności, skazalibyśmy się na stosunkowo wąski krąg lektur. Ostateczna odpowiedź na ów dylemat jest więc następująca: niekiedy warto zajmować się literaturą drugorzędną, a niekiedy wręcz przeciwnie. Bardziej warto, jak sądzę, zajmować się literaturą drugorzędną, która powstała onegdaj, niż tą tworzoną za naszego świadomego życia. Bo nawet jeśli nie dokształcimy się metafizycznie, nie wstrząsną nami egzystencjalne lęki lub, przeciwnie, nie przeskoczymy w ten sposób nad prywatnym horrore vacui, to podobna przygoda ma chociażby znaczenie poznawcze. A co może nam powiedzieć drugorzędne dzieło współczesne poza tym, co już sami jakoś tam, lepiej albo gorzej, wyraźniej bądź mniej wyraźnie, wiemy? Otóż nic, szanowni Państwo, zupełnie nic.

Ale Tyrmand należy w całości do przeszłości i dlatego Tyrmanda w dalszym ciągu czytać warto. Tyrmand jest świadkiem swego czasu, sejsmografem myśli, które angażowały jego współczesnych. Ta cecha jego pisania dochodzi do głosu w każdej popełnionych przezeń książek; to w swej esencji niemal literatura historyczna, o ile przyjmiemy mało już chyba kontrowersyjną tezę, że uprawianie historii to również tylko składanie do kupy historyjek, by stworzyć z nich coś nieco bardziej przyswajalnego dla naszych mózgów niż chaos niepowiązanych ze sobą zdarzeń. Tyrmanda bez jego czasu wyobrazić sobie niepodobna: bez fascynacji kobiecością podmalowaną pomadką, która pozostawia ślady na kołnierzykach koszuli, bez doskonale, na modłę paryską skrojonych wdzianek, bez zadymionych właśnie tymi, a nie innymi gatunkami papierosów lokalów ta literatura nie istnieje. Z powodu nadmiernego przywiązania do własnej epoki pisarstwo Tyrmanda trąci być może myszką, ale ma w sobie nie tyle stęchliznę dawno niewietrzonych pomieszczeń, co urok lekko zaśniedziałych pater, które nie stają się przez to mniej wartościowe.

Lektura Siedmiu dalekich rejsów daje doskonale pole do konstatacji, że nasz świat, napędzany ideą postępu, nie ustaje w zmianach. Słowo „postęp” jest tu zresztą nie zawsze na miejscu, bo niekiedy ta rzucająca się w oczy różnica równie dobrze świadczy o psieniu naszego świata, a zwłaszcza, by ująć rzecz precyzyjniej, o degradacji naszego języka. Degradacji, nawiasem mówiąc, poświadczanej nie tylko stenogramami z podsłuchów rozmów polityków ( w końcu — czego spodziewać się po politykach?), ale rejestrowanej, a niekiedy wręcz nobilitowanej przez literaturę. Bo bohaterowie powieści Tyrmanda są w komplecie absolutnie niegdysiejsi również w sferze językowej. Mają w sobie wykwintną manierę, która nawet z takiego bydlaka, jakim jest pracujący dla komunistów kapitan Stołyp — bo przecież, jak powszechnie wiadomo, a zwłaszcza wiadomo w naszych czasach, choćby dzięki Scenie Faktu w Teatrze Telewizji, ubeckie sługusy na miano istot ludzkich bynajmniej nie zasługują – czyni nieomal człowieka. Ale to właśnie kwestia stylu, w jakim karze się Tyrmand swoim bohaterom podlić. Bo zdecydowanie lepiej podlić się w wyrafinowanej, z lekka już archaicznej polszczyźnie; a i wykwintne prawienie sobie obelg jest nie byle jaką sztuką – i do takich wniosków można dojść, czytając Siedem dalekich rejsów.

Skłonność do samoupadlania, jaką rozjątrzał w tworzonych przez siebie postaciach autor Złego, nie była oczywiście jego oryginalnym wynalazkiem nawet na gruncie literatury polskiej. Pod tym względem Tyrmandowi najbliżej chyba do Dygata, jego literackiego brata bliźniaka. Obaj z lekka sfrancuziali, może właśnie z tej przyczyny należeli do tej samej formacji umysłowo-estetycznej, posługiwali się w swoim pisaniu podobnym kodem i instrumentarium stylistycznym. Obaj też w podobny sposób rozprawiali się w swojej twórczości z rzeczami najpoważniejszymi — a nie ma przecież problemów istotniejszych, nie było ich w każdym razie kilkadziesiąt lat wstecz, niż ojczyzna i miłość, z naciskiem raczej i mimo wszystko na to drugie zjawisko. Tyrmand z ojczyzny próbował się wykpić, i zrobił to metodą bardzo przyjemną, w Filipie i niektórych opowiadaniach, na przykład w Niedzieli w Stavanger. Z miłością rozprawiał się w Życiu towarzyskim i uczuciowym, a przede wszystkim w Siedmiu dalekich rejsach. Robił to udatnie i jak trzeba, bez ceregieli i z fantazją, przy okazji gwarantując czytelnikowi wiele dobrej zabawy. Nie ma jednak w jego dorobku powieści takiej jak Jezioro bodeńskie i to czyni go pisarzem pośledniejszym nie tylko od Dygata. Nie zmierzył się z romantycznym mitem Polaków, a kto się z nim nie zmierzy — wiadomo to między innymi od Gombrowicza i Miłosza — na zawsze pozostanie w przedsionku do salonu, w którym przyjmuje się prawdziwe wielkości. I tak już z nim pewnie będzie: schowany nieco w cieniu, zaglądający przez dziurkę od klucza na bal geniuszów, obracany na wolnym i niezbyt palącym ogniu w czyśćcu krytyków i polonistów, którzy po wieki wieków nie przebaczą mu, że przy tak niebagatelnym talencie pozostał niefrasobliwym reporterem swoich czasów. O czym, bez dwóch zdań, przekonuje również Siedem dalekich rejsów.

Tekst dawno temu został wydrukowany przez „Twórczość” (nr 3/2010).

24 Listopad 2011 Posted by | lektury nadobowiązkowe, literatura polska | , | Dodaj komentarz

Przebieranki Leopolda Tyrmanda

Esej na okoliczność przypadającej 16 maja rocznicy urodzin Tyrmanda.

PRZEBIERANKI LEOPOLDA TYRMANDA


Bo ja nie jestem sobą. A kim? Cholera wie. Tak się upozowałem na (…) samego siebie, że sam nie mogę się rozpoznać. Już chyba nigdy z tym nie dojdę do ładu (Dziennik 1954)

Wczesną wiosną 1985 roku Leopold Tyrmand, pisarz nieomal 65-cioletni, redaktor naczelny konserwatywnego periodyku Chronicles of Culture i wicedyrektor The Rockford College Conservative Institute po latach mniej lub bardziej efektywnej szarpaniny z amerykańskim rynkiem wydawniczym poczuł się nagle wyeksploatowany. Pierwszy od lat urlop spędzał nad oceanem, na Florydzie. Łatwo wyobrazić sobie znane z hollywoodzkich filmów sielankowe pejzaże, spacery wybrzeżem połączone z nieodłącznym trzymaniem się za ręce z Eleen, jego amerykańską żoną, żoną najważniejszą, udowadniającą, że porzekadło „do trzech razy sztuka” nie jest pustą ludową mądrością. Można wyobrazić też sobie, o czym rozmawiali podczas tych przechadzek: prawdopodobnie o nadchodzących posiłkach, gdyż Lolo był nie lada smakoszem, zapewne też o Matthew i Rebece, bliźniętach, których szczęśliwymi rodzicami zostali w 1981 roku.

Człowiek pióra powinien jednak przede wszystkim pisać, bez pisania przestaje po prostu istnieć. Że nie jest to prawda pozbawiona znaczenia okazało się 19 marca 1985 roku. Rozległy zawał serca, jakby kara za te chwile wolności od literatury, okazał się dla Tyrmanda śmiertelny. Pogrzeb odbył się kilka dni później w Pinelawn na Long Island.

Tyle jeśli chodzi o fakty. Ale fakty w przypadku autora Złego nie sprawdzają się, poruszając się w domenie faktów krąży się jedynie po opłotkach fenomenu Tyrmanda. Charakterystyczne, że nie powstała dotąd w języku polskim jego biografia. Istnieją poświęcone mu artykuły, rozprawy naukowe, dłuższe lub krótsze eseje – a biografii nie ma. Tyrmand nie potrzebuje bowiem sumiennego skryby, który falsyfikowałby krążące wokół niego niczym satelity legendy, który oddzielałby od siebie prawdę i fikcję jego życia, oczyszczałby pisarza z pokostu plotki. Przeciwnie, zjawisko zwane „Tyrmandem” wymaga raczej ustanowienia kultu i zgromadzenia wyznawców, zatem nie biografa, lecz ewangelisty przekazującego w przyszłość jego mit.

Legendy literackie, jak wiadomo, rzadko powstają bez udziału głównych zainteresowanych; dobra legenda literacka bez aktywnego udziału pisarza powstać właściwie nie ma prawa. I tak jest również z autorem „Filipa”: Tyrmand siebie stworzył, konsekwentnie i od podstaw, Tyrmand, jakiego znamy to przede wszystkim wytwór Tyrmanda.

Figura nomady doskonale przylega do Tyrmanda. Jego życie to ciągłe porzucanie samego siebie, ucieczka przed rolami, w które usiłowano go wepchnąć. Nie miał zresztą wyboru, zwłaszcza po 1939 roku. Czarniawy, o wzroście, który od epitetu nikczemny dzieliło zaledwie kilka mizernych centymetrów, z wyreżyserowanym jakby do antysemickich karykatur nosem – życie Tyrmanda w czasie wojny to wyprężona do granic możliwości lina rozpięta między przybraną tożsamością Francuza a krematoryjnym piecem. Po wojnie wymigał się z chętnie przyjmowanej przez intelektualistów roli żyranta systemu eksportowanego z niezbyt dalekiego Wschodu. Na emigracji zaś, wbrew życzliwym sugestiom między innymi Jerzego Giedrojcia, zdecydowanie odciął się od lewicującego establishmentu amerykańskiego życia intelektualnego.

Nawet jego nazwisko jest przebraniem, swoje soczyste, cudzoziemskie brzmienie zawdzięcza dźwięcznej literce d, dodanej podczas okupacji do oryginalnego „Tyrman” w ramach akcji przerabiania się na Francuza. W połączeniu z niebagatelnymi zdolnościami językowymi kostium ten zdał świetnie egzamin. Żyd Tyrmand spędził większą część wojny w oku cyklonu: zgłosił się do pracy w Rzeszy, gdzie spędził dłuższy czas kelnerując, tłumacząc, udając architekta, słowem symulując i nabierając wprawy w tworzeniu własnej przekonującej kreacji. Zapewne doświadczenie to pomogło mu w dalszych, już powojennych, stylizacjach. Tyrmand uprawiał bowiem swoje przebieranki, obliczone już na inny, mniej dramatyczny niż przeżycie efekt, również w PRL-u, gdzie w latach pięćdziesiątych stał się ikoną biernego oporu wobec władzy, obiektem kultu odzianym w sztruksowe spodnie, angielskie koszule, zamszowe kamizelki, fuluarowe krawaty, juchtowe buty czy skarpetki w zielono-granatowe paski.

Spreparowana przez siebie samego legenda zaszkodziła jednak literaturze Tyrmanda chyba nie mniej niż wydawnicze szykany i obstrukcja, z jaką spotykał się w inteligenckich kręgach Warszawki. Traktowano Tyrmanda (i często traktuje się go w ten sposób nadal) raczej jako osobliwość towarzyską, odrębne zjawisko socjologiczne, fenomen czasów stalinowskich, ewentualnie zaś, zwłaszcza po sukcesie Złego, jako uosobieniem birbanta, dandysa czy po prostu jurodliwego literatury polskiej. Rzadko natomiast widziano w nim „prawdziwego” pisarza, a więc kogoś kto „problematyzuje”, kto wadzi się z egzystencją i para trudnymi pytaniami.

Szeroko rozpowszechniona (i krzywdząca) opinia o Tyrmandzie jako pisarzu pośledniejszego gatunku, opinia, która przylgnęła doń jak trudna do wywabienia plama, wiąże się jednak głównie z faktem, że postrzegany jest jako autor jednego dzieła – Złego. Jeśli bowiem łączyć pisarza przede wszystkim z tą sensacją rynku wydawniczego lat pięćdziesiątych to faktycznie Tyrmand staje się automatycznie autorem w najlepszym razie drugorzędnym. Zły bowiem, mimo że przerósł swój czas, to z dzisiejszej perspektywy jedynie przeciągnięta do granic możliwości, zbyt wybujała powieść, której rozmiary powodują czytelniczą trwogę i żal do autora, że ten nie zdołał ograniczyć swego pisarskiego rozpędu. Choć owo przegadanie łatwo wyjaśnić, kiedy wie się, jakimi pobudkami kierował się Tyrmand. A tłumacząc się z potężnych rozmiarów tego czytadła stwierdził, że nikt jeszcze (…) nie wymyślił lepszego sposobu rozliczania się z autorem niż płacenie mu od wiersza. Tę praktyczną uwagę potwierdzają zresztą kolejne samochody – wartburg, fiat, opel – w których posiadanie wchodził pisarz dzięki honorarium za powieść.

Tyrmand popełnił jednak kilka książek, które nie dorobiły się może miana kultowych, lecz które należałoby w literackiej hierarchii umieścić o kilka pięter wyżej niż Złego – na przykład Filipa i Siedem dalekich rejsów. Nieprzypadkowo pierwszą z nich uważał za swe ukochane i najbardziej udane dziecko. Ta opowieść o losach cudzoziemca w ogarniętej drgawkami końca Rzeszy, Polaka zakochującego się w Niemce miłością bynajmniej nie patriotyczną a najpospoliciej erotyczną, daje przedsmak tego, kim Tyrmand mógłby zostać w literaturze polskiej. To świetne studium polskich dylematów, przewrotnego patriotyzmu, który terroryzował w owym okresie nawet tych, którzy nie mieli ochoty na jego praktykowanie. Dylemat „jak żyć ze swoją polskością, skoro wyzbyć się jej nie sposób?” to powracający motyw tej powieści, pytanie, którego niestety nie rozwinął Tyrmand w kolejnych książkach. W gruncie rzeczy bardziej od „przeklętych problemów” interesowały go bowiem aferki miłosne jego bohaterów i ich uczuciowe perypetie. Ale nawet wtedy jest to robione z klasą, do której daleko Złemu. Jak w Siedmiu dalekich rejsach, kameralnym dramacie dwojga kochanków narażonych na zdradliwe wiatry, tyleż bałtyckie, co historyczne.

Tyrmandowi miano geniusza rzecz jasna nie przysługuje, a to chociażby z tego powodu, że nawet lektura jego najlepszych tekstów pozostawia niedosyt. Czytając go nie sposób niestety opędzić się od wrażenia, że czegoś nie dopowiedział, że o czymś ważnym zapomniał, że napisane przez niego książki są jedynie uwerturą przed powstaniem dzieł, które powstać powinny, lecz na zawsze pozostały w sferze niebytu. Wygląda to tak, jakby nie sprostał swemu talentowi, własnym możliwościom, jakby zwiodły go łatwość i swada, z którymi władał piórem. Nie będzie pewnie wielkim ryzykiem nazwać Tyrmanda najbardziej zmarnowaną szansą literatury polskiej.

Zżymać się na Tyrmanda, że z całym impetem swego talentu nie wszedł w literaturą wysoką, że zamiast ślęczeć nad opus magnum spuścił z pisarskiego tonu i zużywał się na rzeczy niewspółmierne do posiadanego potencjału jest jednak może niezbyt elegancko. I to nie tylko z racji tego, że jako nieboszczyk o pokaźnym już stażu nic na podobne votum odpowiedzieć nie może, ale też dlatego, że do zjawiska, które dziś nazywamy popkulturą miał stosunek więcej niż przychylny. Bardziej niż usankcjonowaną przez odpowiednio wysłużone grono krytyków wielkością literacką zainteresowany był raczej zostaniem gwiazdą ulicy. Łaknął popularności, uznania i adoracji, szczególnie, za co trudno go szczególnie winić, ze strony pięknych pań, lgnących zresztą do jego legendy, jak to piękne panie mają w zwyczaju, z determinacją komarów (komarzyc) złaknionych wyżerki. A w czasach, w których Zły powstawał pisarz mógł dorównać popularności gwiazd srebrnego ekranu, pisanie bowiem nie stanowiło jeszcze archaicznej i nieco dziwacznej czynności, za jaką uchodzi obecnie.

Zły nie był zatem radykalnym aktem odejścia od wysokiego ku niskiemu, raczej kontynuacją, dalszym ciągiem tendencji, którą da się zauważyć choćby w debiutanckich opowiadaniach Tyrmanda z tomu Hotel Ansgar. Pisarz konstruował bowiem swoje opowiadania odwołując się do zabiegów znanych z literatury popularnej. Wojenne wędrówki i przypadki jego bohaterów to za każdym razem powieść przygodowa, łotrzykowska włóczęga urozmaicana mnóstwem perypetii i zwrotów akcji, zagrożeń i potencjalnych katastrof, którym stworzone przez pisarza postacie uchodzą z gracją Bogarta. Zły natomiast jest jedynie dalszym rozwinięciem tej metody. Wątki romansowe, sensacyjne i obyczajowe plotą się na ponad sześciuset stronach w coś, czego literatura polska wcześniej nie uświadczyła: Tyrmand stworzył popularny epos na temat miasta-widma, miasta-legendy, miasta, którego nie było i w tych dekoracjach dzieją się rzeczy rodem z gangsterskiego filmu. Brakuje jedynie strzelania.

Chyba, żeby uznać, że sam Tyrmand uprawiał je za pomocą pióra. A rozstrzeliwał chętnie i ze smakiem, wszystkich tych, wobec których nastroił się niechętnie. Tyrmand lubił siebie samego, a lubił się tym bardziej, im bardziej czuł się pokrzywdzony. Najbardziej zaś lubił się w roli spiżowego moralisty, Katona swoich czasów, wydającego mało oględne sądy i szafującego bezwzględnymi ocenami z piedestału swej moralnej wyższości.

Tyrmanda jako moralistę zawdzięczamy właśnie komunizmowi. Tyrmand-moralista narodził się z chwilą, gdy w 1953 roku Tygodnik Powszechny został przejęty przez trupę czarnosecińców spod bandery Bolesława Piaseckiego, a autor Złego stracił możliwość publikowania bez konieczności jawnej kolaboracji z systemem. To właśnie wtedy, na swym dobrowolnym wygnaniu w prywatność, pisarz zaciął się w sobie i skupił na własnej osobie oraz niechęci do komunizmu do tego stopnia, że wydał na świat nie tylko pamiętnikarskie arcydzieło w postaci Dziennika 1954, ale i nową, jeszcze bardziej radykalną wersję siebie samego – Tyrmanda nieomylnego i wszechwiedzącego.

To zapewne jedno z głównych źródeł powstania Życia towarzyskiego i uczuciowego, powieści, która stała się nie lada skandalem. Książka bowiem wali na odlew w światek okołoliteracki, w tych wszystkich totumfackich komunizmu, którzy zdaniem Tyrmanda z pozornego sprzeciwu, z pracy u podstaw czy organiczowskiego zmiękczania systemu zrobili sobie wygodny parawan, za którym używali w chwale opozycjonistów ile wlezie. Zemsta środowiska była nie do uniknięcia. Życie towarzyskie i uczuciowe – jak skomentował owo wydarzenie Roman Zimand – puszczone już przez cenzurę, zablokowali redaktorzy i redaktorki w PIW-ie. Uznali, że ta obraża literatów, Słonimskiego i w ogóle cale środowisko. Była to ocena niepozbawiona podstaw. Powieść jest rzeczywiście czystej wody paszkwilem, czego autor nie ukrywał, ba, był wręcz dumny, że ożywił ów nobliwy gatunek literacki.

A zdradzał do niego szczególne predyspozycje. Tyrmand miał rzadki dar, potrafił mianowicie skłócić się i skonfliktować niemal z każdym wyłącznie dla frajdy posiadania własnej odrębnej racji. Był mistrzem inwektywy, ciskania jadowitymi strzałami, w czym z pewnością stymulowała go cecha właściwa wielu pisarzom: przewrażliwienia na punkcie siebie samego. Swoją osobę darzył nie tyle stateczną miłością, co namiętnym, liczonym w dziesięciolecia zadurzeniem. Nie wybaczał krytyki, ani innego punktu widzenia. Był opętany własną nieomylnością i potrzebą polemiki, intelektualnego fechtunku. Jego obelgi są zbyt wymyślne i imponujące, by mogły nie wypływać z najgłębszych złóż jego osobowości. W tej osobliwej dyscyplinie literackiej, jakim jest paszkwil osiągnął efekty w języku polskim wprost niespotykane. Tym, z którymi miał na pieńku ścinał głowy z bezlitosną precyzją.

Przykładem może być sposób, w jaki potraktował twórcę Krzyżaków Aleksandra Forda. Podpadł on Tyrmandowi przyczyniając się do wycofania z kin filmu Rybkiewicza Naprawdę wczoraj, kręconego na podstawie Siedmiu dalekich rejsów. A był to obraz zrobiony w manierze kinowego hitu, przede wszystkim, jak to Tyrmand odnotował, wskutek kreacji rozbierającej się z nieporównanym wdziękiem Beaty Tyszkiewicz i patrzącego na nią z lóżka nieporównanie głodnym wzrokiem Andrzeja Łapickiego. Portret ikony peeselowskiej kinematografii w Porachunkach osobistych jest doprawdy malowniczy: Ford, Jago z Łodzi, nikczemny intrygant, zawdzięcza swe „sukcesy” bezbłędnie koniunkturalnej tematyce swoich filmów, swą zaś pozycję – machinacjom, denuncjatorstwu, patologicznemu niszczeniu młodszych i zdolniejszych.

Tyrmand nie ograniczał się jednak wyłącznie do kulturowego establishmentu Polski Ludowej, choć ten rzecz jasna przez lata pozostawał jego umiłowanym celem. Miał po prostu niebywałe zdolności konfliktogenne. Już na obczyźnie, na której znalazł się w 1965 roku, po dziewięciu latach uporczywych starań o paszport, pokłócił się z większością szarych eminencji polskiego uchodźstwa. Na przykład Jerzy Giedroyć podpadł swemu amerykańskiemu korespondentowi z powodów tyleż ideologicznczych, co finansowych. Tyrmand nie zamierzał bowiem iść na kompromisy i przyjmować do wiadomości teorii „grubej kreski”, której redaktor Kultury był zwolennikiem, uważając, że okres stalinowski trzeba przekreślić i zresztą go wyraźnie przekreśliliśmy. Dodatkowo zaś był urażony niedostatecznymi honorariami, które otrzymywał za dostarczane Kulturze eseje, choć z pisarzy publikowanych przez Giedroycia jedynie Gombrowicz opłacany był wyższymi stawkami. Natomiast krytykę swoich poglądów wyrażoną przez Czapskiego, Nowaka-Jeziorańskiego i Jeleńskiego na antenie radia Wolna Europa skwitował autor Filipa jako chamską, parszywą i nieklawą.

W tworzonej przezeń ikonie Nieprzejednanego jest jednak głęboka rysa, rysa, którą pisarz sam starał się zresztą retuszować tak, by przypominała raczej bohaterską szramę z lat wojny niż głęboką wyrwę na jego wizerunku. W 1940 roku na łamach Prawdy Komsomolskiej, organu, którego sama nazwa mówi wiele o zawartości pisma i jej stosunku do prawdy historycznej, Tyrmand popełnił 142 felietony, które nie zawsze, jak próbował po latach utrzymywać, poświęcone były wyczynom sportowym. Musimy przestawić całe życie, musimy podpędzić wskazówki produkcji, oświaty, kultury, warunków bytu do wskazówek Zegara Kremlowskiego – pisał między innymi. Choć głownie, trzeba to podkreślić, by nie dać zbyt wielkiej satysfakcji nałogowym i bezwzględnym tropicielom ludzkich słabości, koncentrował się na recenzjach z wydarzeń kulturalnych i redagowaniu dodatku dla dzieci.

Fakt, ze próbował ową współpracę tuszować – kto w końcu nie wolałby, by inni myśleli o nim lepiej niż gorzej – nie byłby niczym niezwykłym, gdyby Tyrmand tak konsekwentnie nie drapował się w szaty niepokalanego antykomunizmu. Tyrmandowi nie brak było przecież odwagi. W końcu w 1950 roku wyrzucono go z Przekroju za sprawozdanie z meczu bokserskiego między ekipą polską i radziecką jedynie z tego powodu, iż w swojej relacji nie zapomniał donieść, że rywale poza sportowcami przywieźli również własnych sędziów. Miał jej też wystarczająco wiele, by skazać się swym nieprzejednaniem na pozycję banity na emigracji. Był chyba jednak zanadto przywiązany do stworzonej przez siebie postaci jedynego sprawiedliwego, by przystać na niszczenie jej wspominaniem fatalnego epizodu współpracy z organem Komunistycznego Związku Młodzieży Litwy.

Nie sposób już pewnie rozstrzygnąć czy było to krótkotrwałe zauroczenie (Franciszek Walicki, przyjaciel pisarza z tamtych lat tłumaczył ową współpracę pewnym przyczadzeniem komunizmem), czy po prostu gra na przeżycie. Główny zainteresowany tłumaczył się bardzo pobieżnie, jednym jedynym zdaniem rzuconym w Porachunkach osobistych, gdzie wysunął argument o konieczności kamuflażu z powodu współpracy z AK. Nie da się tego motywu wykluczyć: wiosną 1941 roku został skazany na 8-letni wyrok (sam wspominał raczej o 25 latach) za działalność antylitewską. Tak czy inaczej, nawet jeśli Tyrmand padł ofiarą heglowskiego ukąszenia, antidotum w postaci więzienia na Łukiszkach w zupełności wystarczyło, by zwietrzały w nim jakiekolwiek lewicowe sentymenty.

Kiedy bowiem już po wojnie popełnił dwa opowiadania – Hankę oraz Zwyciężać znaczy myśleć – w których towarzysze-sportowcy mierzą się ze swymi słabościami i nałogami, aby ostatecznie odnieść nad nimi tryumf, był to już jednak tylko wyraz cynicznej (i trzeba dodać krótkotrwałej) gry z zawiązującą się na beton władzą ludową. Wprawdzie Ryszard Przybylski w książce poświęconej Tyrmandowi precyzyjnie punktował, czym różniły się owe twory od typowych produkcyjniaków, podkreślając przede wszystkim indywidualizm bohaterów, którzy radzą sobie bez pomocy partyjnego kolektywu, ale zgadzając się z tym sądem trzeba go jednocześnie uzupełnić. Po pierwsze, to bezsprzecznie najsłabsze i najbardziej schematyczne rzeczy, jakie wyszły spod pióra Tyrmanda, po wtóre zaś były one ewidentnie próbą jakiegoś kompromisu z socrealizmem, próbą o tyle zakończoną powodzeniem, że jak większości dzieł tego gatunku nie sposób ich po prostu czytać.

Postać Leopolda Tyrmanda doskonale nadaje się na obiekt kultu; soczystość zarówno jego języka, jak poglądów łatwo wywołuje rozbieżne, spolaryzowane opinie. Można nazwać go jak Andrzej Kijowski Balzakiem dla gówniarzy (choć akurat Kijowski bardziej niż swym gustem estetycznym kierował się zapewne osobistą urazą czlowieka spostponowanego przez autora Zapisków dyletanta) albo za zaprzyjaźnionym z Lolem Stefanem Kisielewskim utrzymywać, ze Tyrmand to typowy pisarz I klasy (…) a pomyłka krytyki wynika z faktu, ze rozmyślnie obiera on sobie do swych utworów pewne wzorce gatunków formalnych (…) tworząc swego rodzaje „pastische”. Można uważać go za postać heroiczną i spiżową lub wypominać mu fakt współpracy z Prawdą Komsomolską, która to okoliczność według osób Tyrmandowi niechętnych miałaby rzekomo przekreślać cały jego antykomunizm. Można traktować go jak snoba i bon vivanta bądź uznać, że fatałaszki i przebrania, w których gustował były wyrazem odwagi i buntu na miarę możliwości lat stalinowskich. Bo obraz Tyrmanda mieni się i zniekształca, jest taki albo inny w zależności od tego, z jakiej perspektywy i z jakiego kąta na niego spoglądać.

14 Maj 2010 Posted by | literatura polska, niedyskrecje | | Dodaj komentarz

   

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.