Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Przebieranki Leopolda Tyrmanda

PRZEBIERANKI LEOPOLDA TYRMANDA


Bo ja nie jestem sobą. A kim? Cholera wie. Tak się upozowałem na (…) samego siebie, że sam nie mogę się rozpoznać. Już chyba nigdy z tym nie dojdę do ładu (Dziennik 1954)

Wczesną wiosną 1985 roku Leopold Tyrmand, pisarz nieomal 65-cioletni, redaktor naczelny konserwatywnego periodyku Chronicles of Culture i wicedyrektor The Rockford College Conservative Institute po latach mniej lub bardziej efektywnej szarpaniny z amerykańskim rynkiem wydawniczym poczuł się nagle wyeksploatowany. Pierwszy od lat urlop spędzał nad oceanem, na Florydzie. Łatwo wyobrazić sobie znane z hollywoodzkich filmów sielankowe pejzaże, spacery wybrzeżem połączone z nieodłącznym trzymaniem się za ręce z Eleen, jego amerykańską żoną, żoną najważniejszą, udowadniającą, że porzekadło „do trzech razy sztuka” nie jest pustą ludową mądrością. Można wyobrazić też sobie, o czym rozmawiali podczas tych przechadzek: prawdopodobnie o nadchodzących posiłkach, gdyż Lolo był nie lada smakoszem, zapewne też o Matthew i Rebece, bliźniętach, których szczęśliwymi rodzicami zostali w 1981 roku.

Człowiek pióra powinien jednak przede wszystkim pisać, bez pisania przestaje po prostu istnieć. Że nie jest to prawda pozbawiona znaczenia okazało się 19 marca 1985 roku. Rozległy zawał serca, jakby kara za te chwile wolności od literatury, okazał się dla Tyrmanda śmiertelny. Pogrzeb odbył się kilka dni później w Pinelawn na Long Island.

Tyle jeśli chodzi o fakty. Ale fakty w przypadku autora Złego nie sprawdzają się, poruszając się w domenie faktów krąży się jedynie po opłotkach fenomenu Tyrmanda. Charakterystyczne, że nie powstała dotąd w języku polskim jego biografia. Istnieją poświęcone mu artykuły, rozprawy naukowe, dłuższe lub krótsze eseje – a biografii nie ma. Tyrmand nie potrzebuje bowiem sumiennego skryby, który falsyfikowałby krążące wokół niego niczym satelity legendy, który oddzielałby od siebie prawdę i fikcję jego życia, oczyszczałby pisarza z pokostu plotki. Przeciwnie, zjawisko zwane „Tyrmandem” wymaga raczej ustanowienia kultu i zgromadzenia wyznawców, zatem nie biografa, lecz ewangelisty przekazującego w przyszłość jego mit.

Legendy literackie, jak wiadomo, rzadko powstają bez udziału głównych zainteresowanych; dobra legenda literacka bez aktywnego udziału pisarza powstać właściwie nie ma prawa. I tak jest również z autorem „Filipa”: Tyrmand siebie stworzył, konsekwentnie i od podstaw, Tyrmand, jakiego znamy to przede wszystkim wytwór Tyrmanda.

Figura nomady doskonale przylega do Tyrmanda. Jego życie to ciągłe porzucanie samego siebie, ucieczka przed rolami, w które usiłowano go wepchnąć. Nie miał zresztą wyboru, zwłaszcza po 1939 roku. Czarniawy, o wzroście, który od epitetu nikczemny dzieliło zaledwie kilka mizernych centymetrów, z wyreżyserowanym jakby do antysemickich karykatur nosem – życie Tyrmanda w czasie wojny to wyprężona do granic możliwości lina rozpięta między przybraną tożsamością Francuza a krematoryjnym piecem. Po wojnie wymigał się z chętnie przyjmowanej przez intelektualistów roli żyranta systemu eksportowanego z niezbyt dalekiego Wschodu. Na emigracji zaś, wbrew życzliwym sugestiom między innymi Jerzego Giedrojcia, zdecydowanie odciął się od lewicującego establishmentu amerykańskiego życia intelektualnego.

Nawet jego nazwisko jest przebraniem, swoje soczyste, cudzoziemskie brzmienie zawdzięcza dźwięcznej literce d, dodanej podczas okupacji do oryginalnego „Tyrman” w ramach akcji przerabiania się na Francuza. W połączeniu z niebagatelnymi zdolnościami językowymi kostium ten zdał świetnie egzamin. Żyd Tyrmand spędził większą część wojny w oku cyklonu: zgłosił się do pracy w Rzeszy, gdzie spędził dłuższy czas kelnerując, tłumacząc, udając architekta, słowem symulując i nabierając wprawy w tworzeniu własnej przekonującej kreacji. Zapewne doświadczenie to pomogło mu w dalszych, już powojennych, stylizacjach. Tyrmand uprawiał bowiem swoje przebieranki, obliczone już na inny, mniej dramatyczny niż przeżycie efekt, również w PRL-u, gdzie w latach pięćdziesiątych stał się ikoną biernego oporu wobec władzy, obiektem kultu odzianym w sztruksowe spodnie, angielskie koszule, zamszowe kamizelki, fuluarowe krawaty, juchtowe buty czy skarpetki w zielono-granatowe paski.

Spreparowana przez siebie samego legenda zaszkodziła jednak literaturze Tyrmanda chyba nie mniej niż wydawnicze szykany i obstrukcja, z jaką spotykał się w inteligenckich kręgach Warszawki. Traktowano Tyrmanda (i często traktuje się go w ten sposób nadal) raczej jako osobliwość towarzyską, odrębne zjawisko socjologiczne, fenomen czasów stalinowskich, ewentualnie zaś, zwłaszcza po sukcesie Złego, jako uosobieniem birbanta, dandysa czy po prostu jurodliwego literatury polskiej. Rzadko natomiast widziano w nim „prawdziwego” pisarza, a więc kogoś kto „problematyzuje”, kto wadzi się z egzystencją i para trudnymi pytaniami.

Szeroko rozpowszechniona (i krzywdząca) opinia o Tyrmandzie jako pisarzu pośledniejszego gatunku, opinia, która przylgnęła doń jak trudna do wywabienia plama, wiąże się jednak głównie z faktem, że postrzegany jest jako autor jednego dzieła – Złego. Jeśli bowiem łączyć pisarza przede wszystkim z tą sensacją rynku wydawniczego lat pięćdziesiątych to faktycznie Tyrmand staje się automatycznie autorem w najlepszym razie drugorzędnym. Zły bowiem, mimo że przerósł swój czas, to z dzisiejszej perspektywy jedynie przeciągnięta do granic możliwości, zbyt wybujała powieść, której rozmiary powodują czytelniczą trwogę i żal do autora, że ten nie zdołał ograniczyć swego pisarskiego rozpędu. Choć owo przegadanie łatwo wyjaśnić, kiedy wie się, jakimi pobudkami kierował się Tyrmand. A tłumacząc się z potężnych rozmiarów tego czytadła stwierdził, że nikt jeszcze (…) nie wymyślił lepszego sposobu rozliczania się z autorem niż płacenie mu od wiersza. Tę praktyczną uwagę potwierdzają zresztą kolejne samochody – wartburg, fiat, opel – w których posiadanie wchodził pisarz dzięki honorarium za powieść.

Tyrmand popełnił jednak kilka książek, które nie dorobiły się może miana kultowych, lecz które należałoby w literackiej hierarchii umieścić o kilka pięter wyżej niż Złego – na przykład Filipa i Siedem dalekich rejsów. Nieprzypadkowo pierwszą z nich uważał za swe ukochane i najbardziej udane dziecko. Ta opowieść o losach cudzoziemca w ogarniętej drgawkami końca Rzeszy, Polaka zakochującego się w Niemce miłością bynajmniej nie patriotyczną a najpospoliciej erotyczną, daje przedsmak tego, kim Tyrmand mógłby zostać w literaturze polskiej. To świetne studium polskich dylematów, przewrotnego patriotyzmu, który terroryzował w owym okresie nawet tych, którzy nie mieli ochoty na jego praktykowanie. Dylemat „jak żyć ze swoją polskością, skoro wyzbyć się jej nie sposób?” to powracający motyw tej powieści, pytanie, którego niestety nie rozwinął Tyrmand w kolejnych książkach. W gruncie rzeczy bardziej od „przeklętych problemów” interesowały go bowiem aferki miłosne jego bohaterów i ich uczuciowe perypetie. Ale nawet wtedy jest to robione z klasą, do której daleko Złemu. Jak w Siedmiu dalekich rejsach, kameralnym dramacie dwojga kochanków narażonych na zdradliwe wiatry, tyleż bałtyckie, co historyczne.

Tyrmandowi miano geniusza rzecz jasna nie przysługuje, a to chociażby z tego powodu, że nawet lektura jego najlepszych tekstów pozostawia niedosyt. Czytając go nie sposób niestety opędzić się od wrażenia, że czegoś nie dopowiedział, że o czymś ważnym zapomniał, że napisane przez niego książki są jedynie uwerturą przed powstaniem dzieł, które powstać powinny, lecz na zawsze pozostały w sferze niebytu. Wygląda to tak, jakby nie sprostał swemu talentowi, własnym możliwościom, jakby zwiodły go łatwość i swada, z którymi władał piórem. Nie będzie pewnie wielkim ryzykiem nazwać Tyrmanda najbardziej zmarnowaną szansą literatury polskiej.

Zżymać się na Tyrmanda, że z całym impetem swego talentu nie wszedł w literaturą wysoką, że zamiast ślęczeć nad opus magnum spuścił z pisarskiego tonu i zużywał się na rzeczy niewspółmierne do posiadanego potencjału jest jednak może niezbyt elegancko. I to nie tylko z racji tego, że jako nieboszczyk o pokaźnym już stażu nic na podobne votum odpowiedzieć nie może, ale też dlatego, że do zjawiska, które dziś nazywamy popkulturą miał stosunek więcej niż przychylny. Bardziej niż usankcjonowaną przez odpowiednio wysłużone grono krytyków wielkością literacką zainteresowany był raczej zostaniem gwiazdą ulicy. Łaknął popularności, uznania i adoracji, szczególnie, za co trudno go szczególnie winić, ze strony pięknych pań, lgnących zresztą do jego legendy, jak to piękne panie mają w zwyczaju, z determinacją komarów (komarzyc) złaknionych wyżerki. A w czasach, w których Zły powstawał pisarz mógł dorównać popularności gwiazd srebrnego ekranu, pisanie bowiem nie stanowiło jeszcze archaicznej i nieco dziwacznej czynności, za jaką uchodzi obecnie.

Zły nie był zatem radykalnym aktem odejścia od wysokiego ku niskiemu, raczej kontynuacją, dalszym ciągiem tendencji, którą da się zauważyć choćby w debiutanckich opowiadaniach Tyrmanda z tomu Hotel Ansgar. Pisarz konstruował bowiem swoje opowiadania odwołując się do zabiegów znanych z literatury popularnej. Wojenne wędrówki i przypadki jego bohaterów to za każdym razem powieść przygodowa, łotrzykowska włóczęga urozmaicana mnóstwem perypetii i zwrotów akcji, zagrożeń i potencjalnych katastrof, którym stworzone przez pisarza postacie uchodzą z gracją Bogarta. Zły natomiast jest jedynie dalszym rozwinięciem tej metody. Wątki romansowe, sensacyjne i obyczajowe plotą się na ponad sześciuset stronach w coś, czego literatura polska wcześniej nie uświadczyła: Tyrmand stworzył popularny epos na temat miasta-widma, miasta-legendy, miasta, którego nie było i w tych dekoracjach dzieją się rzeczy rodem z gangsterskiego filmu. Brakuje jedynie strzelania.

Chyba, żeby uznać, że sam Tyrmand uprawiał je za pomocą pióra. A rozstrzeliwał chętnie i ze smakiem, wszystkich tych, wobec których nastroił się niechętnie. Tyrmand lubił siebie samego, a lubił się tym bardziej, im bardziej czuł się pokrzywdzony. Najbardziej zaś lubił się w roli spiżowego moralisty, Katona swoich czasów, wydającego mało oględne sądy i szafującego bezwzględnymi ocenami z piedestału swej moralnej wyższości.

Tyrmanda jako moralistę zawdzięczamy właśnie komunizmowi. Tyrmand-moralista narodził się z chwilą, gdy w 1953 roku Tygodnik Powszechny został przejęty przez trupę czarnosecińców spod bandery Bolesława Piaseckiego, a autor Złego stracił możliwość publikowania bez konieczności jawnej kolaboracji z systemem. To właśnie wtedy, na swym dobrowolnym wygnaniu w prywatność, pisarz zaciął się w sobie i skupił na własnej osobie oraz niechęci do komunizmu do tego stopnia, że wydał na świat nie tylko pamiętnikarskie arcydzieło w postaci Dziennika 1954, ale i nową, jeszcze bardziej radykalną wersję siebie samego – Tyrmanda nieomylnego i wszechwiedzącego.

To zapewne jedno z głównych źródeł powstania Życia towarzyskiego i uczuciowego, powieści, która stała się nie lada skandalem. Książka bowiem wali na odlew w światek okołoliteracki, w tych wszystkich totumfackich komunizmu, którzy zdaniem Tyrmanda z pozornego sprzeciwu, z pracy u podstaw czy organiczowskiego zmiękczania systemu zrobili sobie wygodny parawan, za którym używali w chwale opozycjonistów ile wlezie. Zemsta środowiska była nie do uniknięcia. Życie towarzyskie i uczuciowe – jak skomentował owo wydarzenie Roman Zimand – puszczone już przez cenzurę, zablokowali redaktorzy i redaktorki w PIW-ie. Uznali, że ta obraża literatów, Słonimskiego i w ogóle cale środowisko. Była to ocena niepozbawiona podstaw. Powieść jest rzeczywiście czystej wody paszkwilem, czego autor nie ukrywał, ba, był wręcz dumny, że ożywił ów nobliwy gatunek literacki.

A zdradzał do niego szczególne predyspozycje. Tyrmand miał rzadki dar, potrafił mianowicie skłócić się i skonfliktować niemal z każdym wyłącznie dla frajdy posiadania własnej odrębnej racji. Był mistrzem inwektywy, ciskania jadowitymi strzałami, w czym z pewnością stymulowała go cecha właściwa wielu pisarzom: przewrażliwienia na punkcie siebie samego. Swoją osobę darzył nie tyle stateczną miłością, co namiętnym, liczonym w dziesięciolecia zadurzeniem. Nie wybaczał krytyki, ani innego punktu widzenia. Był opętany własną nieomylnością i potrzebą polemiki, intelektualnego fechtunku. Jego obelgi są zbyt wymyślne i imponujące, by mogły nie wypływać z najgłębszych złóż jego osobowości. W tej osobliwej dyscyplinie literackiej, jakim jest paszkwil osiągnął efekty w języku polskim wprost niespotykane. Tym, z którymi miał na pieńku ścinał głowy z bezlitosną precyzją.

Przykładem może być sposób, w jaki potraktował twórcę Krzyżaków Aleksandra Forda. Podpadł on Tyrmandowi przyczyniając się do wycofania z kin filmu Rybkiewicza Naprawdę wczoraj, kręconego na podstawie Siedmiu dalekich rejsów. A był to obraz zrobiony w manierze kinowego hitu, przede wszystkim, jak to Tyrmand odnotował, wskutek kreacji rozbierającej się z nieporównanym wdziękiem Beaty Tyszkiewicz i patrzącego na nią z lóżka nieporównanie głodnym wzrokiem Andrzeja Łapickiego. Portret ikony peeselowskiej kinematografii w Porachunkach osobistych jest doprawdy malowniczy: Ford, Jago z Łodzi, nikczemny intrygant, zawdzięcza swe „sukcesy” bezbłędnie koniunkturalnej tematyce swoich filmów, swą zaś pozycję – machinacjom, denuncjatorstwu, patologicznemu niszczeniu młodszych i zdolniejszych.

Tyrmand nie ograniczał się jednak wyłącznie do kulturowego establishmentu Polski Ludowej, choć ten rzecz jasna przez lata pozostawał jego umiłowanym celem. Miał po prostu niebywałe zdolności konfliktogenne. Już na obczyźnie, na której znalazł się w 1965 roku, po dziewięciu latach uporczywych starań o paszport, pokłócił się z większością szarych eminencji polskiego uchodźstwa. Na przykład Jerzy Giedroyć podpadł swemu amerykańskiemu korespondentowi z powodów tyleż ideologicznczych, co finansowych. Tyrmand nie zamierzał bowiem iść na kompromisy i przyjmować do wiadomości teorii „grubej kreski”, której redaktor Kultury był zwolennikiem, uważając, że okres stalinowski trzeba przekreślić i zresztą go wyraźnie przekreśliliśmy. Dodatkowo zaś był urażony niedostatecznymi honorariami, które otrzymywał za dostarczane Kulturze eseje, choć z pisarzy publikowanych przez Giedroycia jedynie Gombrowicz opłacany był wyższymi stawkami. Natomiast krytykę swoich poglądów wyrażoną przez Czapskiego, Nowaka-Jeziorańskiego i Jeleńskiego na antenie radia Wolna Europa skwitował autor Filipa jako chamską, parszywą i nieklawą.

W tworzonej przezeń ikonie Nieprzejednanego jest jednak głęboka rysa, rysa, którą pisarz sam starał się zresztą retuszować tak, by przypominała raczej bohaterską szramę z lat wojny niż głęboką wyrwę na jego wizerunku. W 1940 roku na łamach Prawdy Komsomolskiej, organu, którego sama nazwa mówi wiele o zawartości pisma i jej stosunku do prawdy historycznej, Tyrmand popełnił 142 felietony, które nie zawsze, jak próbował po latach utrzymywać, poświęcone były wyczynom sportowym. Musimy przestawić całe życie, musimy podpędzić wskazówki produkcji, oświaty, kultury, warunków bytu do wskazówek Zegara Kremlowskiego – pisał między innymi. Choć głownie, trzeba to podkreślić, by nie dać zbyt wielkiej satysfakcji nałogowym i bezwzględnym tropicielom ludzkich słabości, koncentrował się na recenzjach z wydarzeń kulturalnych i redagowaniu dodatku dla dzieci.

Fakt, ze próbował ową współpracę tuszować – kto w końcu nie wolałby, by inni myśleli o nim lepiej niż gorzej – nie byłby niczym niezwykłym, gdyby Tyrmand tak konsekwentnie nie drapował się w szaty niepokalanego antykomunizmu. Tyrmandowi nie brak było przecież odwagi. W końcu w 1950 roku wyrzucono go z Przekroju za sprawozdanie z meczu bokserskiego między ekipą polską i radziecką jedynie z tego powodu, iż w swojej relacji nie zapomniał donieść, że rywale poza sportowcami przywieźli również własnych sędziów. Miał jej też wystarczająco wiele, by skazać się swym nieprzejednaniem na pozycję banity na emigracji. Był chyba jednak zanadto przywiązany do stworzonej przez siebie postaci jedynego sprawiedliwego, by przystać na niszczenie jej wspominaniem fatalnego epizodu współpracy z organem Komunistycznego Związku Młodzieży Litwy.

Nie sposób już pewnie rozstrzygnąć czy było to krótkotrwałe zauroczenie (Franciszek Walicki, przyjaciel pisarza z tamtych lat tłumaczył ową współpracę pewnym przyczadzeniem komunizmem), czy po prostu gra na przeżycie. Główny zainteresowany tłumaczył się bardzo pobieżnie, jednym jedynym zdaniem rzuconym w Porachunkach osobistych, gdzie wysunął argument o konieczności kamuflażu z powodu współpracy z AK. Nie da się tego motywu wykluczyć: wiosną 1941 roku został skazany na 8-letni wyrok (sam wspominał raczej o 25 latach) za działalność antylitewską. Tak czy inaczej, nawet jeśli Tyrmand padł ofiarą heglowskiego ukąszenia, antidotum w postaci więzienia na Łukiszkach w zupełności wystarczyło, by zwietrzały w nim jakiekolwiek lewicowe sentymenty.

Kiedy bowiem już po wojnie popełnił dwa opowiadania – Hankę oraz Zwyciężać znaczy myśleć – w których towarzysze-sportowcy mierzą się ze swymi słabościami i nałogami, aby ostatecznie odnieść nad nimi tryumf, był to już jednak tylko wyraz cynicznej (i trzeba dodać krótkotrwałej) gry z zawiązującą się na beton władzą ludową. Wprawdzie Ryszard Przybylski w książce poświęconej Tyrmandowi precyzyjnie punktował, czym różniły się owe twory od typowych produkcyjniaków, podkreślając przede wszystkim indywidualizm bohaterów, którzy radzą sobie bez pomocy partyjnego kolektywu, ale zgadzając się z tym sądem trzeba go jednocześnie uzupełnić. Po pierwsze, to bezsprzecznie najsłabsze i najbardziej schematyczne rzeczy, jakie wyszły spod pióra Tyrmanda, po wtóre zaś były one ewidentnie próbą jakiegoś kompromisu z socrealizmem, próbą o tyle zakończoną powodzeniem, że jak większości dzieł tego gatunku nie sposób ich po prostu czytać.

Postać Leopolda Tyrmanda doskonale nadaje się na obiekt kultu; soczystość zarówno jego języka, jak poglądów łatwo wywołuje rozbieżne, spolaryzowane opinie. Można nazwać go jak Andrzej Kijowski Balzakiem dla gówniarzy (choć akurat Kijowski bardziej niż swym gustem estetycznym kierował się zapewne osobistą urazą czlowieka spostponowanego przez autora Zapisków dyletanta) albo za zaprzyjaźnionym z Lolem Stefanem Kisielewskim utrzymywać, ze Tyrmand to typowy pisarz I klasy (…) a pomyłka krytyki wynika z faktu, ze rozmyślnie obiera on sobie do swych utworów pewne wzorce gatunków formalnych (…) tworząc swego rodzaje „pastische”. Można uważać go za postać heroiczną i spiżową lub wypominać mu fakt współpracy z Prawdą Komsomolską, która to okoliczność według osób Tyrmandowi niechętnych miałaby rzekomo przekreślać cały jego antykomunizm. Można traktować go jak snoba i bon vivanta bądź uznać, że fatałaszki i przebrania, w których gustował były wyrazem odwagi i buntu na miarę możliwości lat stalinowskich. Bo obraz Tyrmanda mieni się i zniekształca, jest taki albo inny w zależności od tego, z jakiej perspektywy i z jakiego kąta na niego spoglądać.

3 comments on “Przebieranki Leopolda Tyrmanda

  1. Fiuting
    29/07/2013

    Bardzo ciekawy artykuł i napisany z wyczuciem. Oralguten robi wrażenie, jakby nie czytał Tyrmanda, ale mogę się mylić.

  2. oralguten
    09/05/2013

    No prosze, co za sielanka, co za ideal. Niby kontrowersje wspomniane, ale zgrabnie przykryte pouczeniem co trzeba o tym mylsec. No i Kisielewskiego dalo sie jakosc wcisnac, wyrywajac oczywiscie z kontekstu.
    Jednak szczerosc w „dziennikarstwie?” wymaga normalnosci tak samo jak szczerosc w pisarstwie, a nie „laszenia sie”. Gratuluje autorom doskonalego „systemu zagluszania watpliwosci” i nosa. Coraz dluzszego zreszta.

    • krzymianowski
      10/05/2013

      Jak to dobrze, że niekiedy jeszcze trafiają się czujni czytelnicy, którzy obnażają niecne zamierzenia pseudoautora, jego moralną degrengoladę oraz – kto wie – zapewne jakieś mętne powiązania z tajemnymi ośrodkami.
      Serdecznie dziękuję, zwłaszcza w imieniu mojego nosa.
      G.K.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 14/05/2010 by in niedyskrecje and tagged .

Nawigacja

%d bloggers like this: