Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

PODZWONNE DLA LITERATURY John Barth Zaginiony w labiryncie śmiechu

PODZWONNE DLA LITERATURY

John Barth, Zaginiony w labiryncie śmiechu

 


Cywilizacje, które przestają się rozwijać, usychają z wolna. Istnieją dobre powody, by mniemać, że podobnie dzieje się z wytworami tak zwanej kultury. A trudno o lepszy i bardziej dosadny dowód na to, że literatura przeżyła samą siebie, stała się upiorem i wiedzie żywot pośmiertny niż lektura Johna Bartha. To bowiem profesor Barth i jemu podobni akademicy dokonali operacji, którą literatura wprawdzie przeżyła, po której jednak wiedzie żywot zombie. Jedyna pociecha dla tych wszystkich, którzy się do tego medium zanadto przywiązali tkwi w tym, że kultura nie uznaje eutanazji i pozwala dogorywać swoim wytworom długo i w spokoju.

W 1967 roku Barth ogłosił esej p.t. Literatura wyczerpania, jeden z najsłynniejszych tekstów krytycznoliterackich XX-stego wieku. Nie wieścił w nim wprawdzie ostatecznego zejścia literatury, lecz jedynie wyczerpanie możliwości rozwojowych powieści. Nie ma powodów do rozpaczy, twierdził uspokajająco, nawet jeśli ta forma wypowiedzi sięgnęła swoich kresów i dalej nie ruszy. Są natomiast powody, by używać tej formy świadomie. Efektem świadomości – czy raczej nadmiaru świadomości – jest „Zagubiony w labiryncie śmiechu”.

Problem polega na tym, że świadome używanie zgranych motywów prowadzi do pastiszu i parodii. A pastiszem i parodią można się, rzecz jasna, dobrze bawić, można się nimi nawet zachwycać, jednak jeśli nie zarabia się akurat na życie w Zakładzie Teorii Literatury albo jakiejś porównywalnie nobliwej instytucji, nie sposób się podobną praktyką przejąć. Gore Vidal powiedział kiedyś o jednej z powieści Bartha, Koziołku Giles, że to książka, którą należy wykładać, nie zaś czytać. Podobnie jest z „Zagubionym…”

To literatura autotematyczna, która mówi wyłącznie o sobie, siebie samą bierze za temat i samą siebie obnaża. Barth bawi się w literackie kalambury i trzeba w nich solidnie gustować, by czerpać przyjemność z tej zabawy w sensy i znaczenia. Opowieść złożona z zachodzących na siebie opowiadań mieni się, zwodzi, otwiera na interpretacje równie szeroko i chętnie jak uda obznajomionej ze swoim fachem ladacznicy. Barth uprawia literacki strap-tease: odsłania szmatkę za szmatką, fatałaszek za fatałaszkiem, żebyśmy mogli zajrzeć, co też ta mała nierządnica kryje pod efektownymi spódnicami.

Snując pseudo-realistyczną opowieść, co i rusz przerywa ją erudycyjnym wykładem – a to na temat roli kursywy, a to o konwencjach powieściowych. Puszcza oko do czytelnika albo po prostu dworuje sobie z niego, nie pozwalając oddać się ulubionej rozrywce czytelniczej – opowiadaniu, złudzie, historyjce. Opis wyglądu zewnętrznego i charakterystyka cech zachowania jest jednym z kilku tradycyjnych sposobów przedstawiania postaci – poucza z wyżyn swej uniwersyteckiej katedry. To wykład, udający literaturę, podkreślający jej całkowita zależność od użytych środków i typologii. Zabieg ten może wyprowadzić z równowagi co bardziej przywiązanych do realistycznych tradycji odbiorców.

Wiele w tym tomie wątpliwości – głownie tyczących się literatury. A najważniejsze z pytań – po co to? – pojawia się z niepokojąco często. Zagubiony… to medytacja nad literaturą, poszukiwanie jej sensu podjęte ze świadomością, że to zajęcie dość jałowe. W gruncie rzeczy wygląda to niekiedy wprost na proces wytoczony literaturze. To coś, co pełni w powieści funkcję narratora, stwierdza w pewnym momencie:  Żywiono nadzieję, że będę zdumiewająca, silna, zwycięska (…) Nadzieja wygasła (…) jestem stereotypowa. Okazuję się sobą. Mówi też: Szanse przeciwko memu poczęciu były wspaniałe, przeciwko urodzeniu świetne, przeciwko trwaniu dogodne. Jeszcze są. I jeszcze coś, co brzmi jak wyrok: Jeśli więc ktokolwiek mnie słyszy (…) i potrafi w jakiś sposób ze mną skończyć, błagam go, niech wyświadczy nam obojgu przysługę.

Podsumowując: jak się szuka odpowiednio głęboko, to można znaleźć tu sporo myśli wartych rozważenia. O ile, rzecz jasna, ma się nieco niegdysiejszy temperament – wyobrażam sobie, że bez pewnej skłonności do literaturoznawczej samoudręki (którą ja akurat posiadam) lektura to trudna do zniesienia. To rzecz o tym, jak powstaje powieść; maszyneria, która otrzymała głos i opowiada o tym, w jaki sposób działa. Znajdziemy tu historie, które nie są historiami, lecz kluczem do siebie samych. Bywa zabawnie i uroczo, jak np. w Imię jego Ambroży, ale zawsze zza akapitu łypnie do nas swych żabim, krótkowzrocznym okiem profesor literatury. Kto przywykł do wejrzenia tego bazyliszka, powinien bawić się doskonale. Kto poszukuje przyjemności bardziej tradycyjnego kalibru – fabuły, psychologii, intrygi – a odczuwa potrzebę snobowania się na Barth’a, niech lepiej sięgnie po jego wcześniejszą powieść, doskonały i tradycyjny Koniec drogi (już teraz zapowiadam notkę na ten temat).

A czy płynie z Zagubionego… jakaś głębsza nauka? W dalszym ciągu zmiana na lepsze jest niewykluczona; można przytoczyć przykłady cudów. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o literaturę – wciąż na jakiś czekamy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 20/05/2010 by in lektury nadobowiązkowe, opowiadanie and tagged , .
%d bloggers like this: