Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Arno Geiger U NAS WSZYSTKO DOBRZE

RODZINNE GUANO

Arno Geiger U NAS WSZYSTKO DOBRZE

To by musiało być piękne: dom pusty, nie tylko pusty, ale i wysprzątany, wyczyszczony i wyszorowany, wszystkie okna otwarte, wszędzie przewiew.

Jeśli przyjąć prawdopodobieństwo istnienia ontologicznej osobliwości zwanej charakterem narodowym, można również na poważnie rozważać możliwość, że znajduje ona swój wyraz w literaturze danego kraju. Ryzykując uogólnienia, które jak wiadomo służą głównie autorom tych ostatnich, bez trudu da się podać przykłady na poparcie powyższej tezy. Każdy jako tako rozgarnięty czytelnik jest świadomy, że na przykład Czesi urzekają swą bezpretensjonalną manierą przerabiania ludzkich dramatów w ich parodystyczną wersję, Rosjanie z kolei – wiedza ta rozlała się po świecie jeszcze szerzej – pomni na swe metafizyczne przekleństwo, w jakie rejony literatury by się nie zapuścili, zawsze targają ze sobą ów genialny wynalazek Tiutczewa – „rosyjską duszę”.

Oczywiście znaleźliby się pewnie przesadni pedanci, malkontenci i inni perfekcjoniści, którzy krzywiliby się na takie uproszczenia. Zważywszy wszak na przydatność podobnych kluczy myślowych, zwłaszcza w przypadku autorów mało znanych poza granicami własnych krajów, nie będzie od rzeczy uciec się do użycia jednego z nich przy okazji omawiania książki Arno Geigera U nas wszystko dobrze. Zwłaszcza, że w tym przypadku klucz geograficzny narzuca się wręcz z siłą wytrycha. I tak jak to z wytrychami bywa – jest może nie do końca precyzyjny, ale zasadniczo skuteczny.

Tak się bowiem składa, że twórczość wydawanych w Polsce pisarzy austriackich posiada pewien wspólny mianownik; proza znad Dunaju ma w sobie coś z cienia, w którym pogrążają ów kraj alpejskie szczyty, lektura Bernharda, Jelinek czy właśnie Geigera to doskonała okazja, by zapoznać się z surowym klimatem wąwozów schowanych między górami. W niewielu krajach literackie rozliczenia z przeszłością są równie modne jak w Austrii. Austriacy, można by powiedzieć, zrobili sobie z rozliczeń towar eksportowy pierwszej klasy. Jeśli więc, wracając do schematów, literat polski staje się pisarzem pełną gębą po konfrontacji z romantyczną schedą, to pisarz austriacki musi rozliczyć się z nazizmem.

Współczesny pisarz austriacki nie ma zatem szans, by uniknąć porównań do dwóch szczególnie zasłużonych w maltretowaniu austriackości autorów – Thomasa Bernharda i Elfride Jelinek – i to niezależnie od tego, czy jego zamiarem jest udział w tej jakże silnie obsadzonej konkurencji, czy też nie. Arno Geiger, choć w ograniczonym stopniu zainteresowany tą dyscypliną, od sygnalizowanego kontekstu nie ucieknie, co może się jego książce równie dobrze przysłużyć, co niestety zaszkodzić.

Proza Geigera jest skromniejsza, bardziej kompromisowa, nie ma w niej bezwzględności ani wobec egzystencji, jak w przypadku Bernharda, ani wobec patriarchalnej tradycji, jak to jest u Jelinek. Co nie od razu musi być zarzutem, bo kto powiedział, że literatura winna być wyłącznie pociskiem balistycznym? Geiger charakteryzuje się zdecydowanie większą empatią wobec swoich bohaterów, można wręcz odnieść wrażenie, że im niekiedy współczuje. W każdym razie dokłada starań, by swoje postacie wytłumaczyć czytelnikowi. Opowiadając ich życie w historii, tyleż swojego państwa, co własnej rodziny, nawet jeśli nie usprawiedliwia bohaterów powieści, to wyjaśnia poniekąd ograniczenia, którym podlegają. Nie stają się przez to mniej przerażający i mniej w sobie zamknięci – ale bardziej zrozumiali już tak. Nie dla siebie nawzajem, ich świat skuty jest chłodem, lecz przynajmniej dla czytelnika tej poważnych rozmiarów powieści.

Bohaterowie Geigera są w swojej austriackości osadzeni dokładnie w taki sposób, w jaki osadzona jest w swej narodowości większość ludzi, czyli nieprzesadnie. Nie definiują się na co dzień przez swą austriackość, Austria nie organizuje im życia, występuje co najwyżej jako sztafarz dla ich własnych, częściej prywatnych niż historycznych dramatów. Mimo że Geiger opowiada rodzinną sagę w oparciu o milowe punkty austriackich dziejów – mamy więc tu i Anschluss z 1938, i Traktat Państwowy z 1955 roku – historia występuje w powieści na prawach drugoplanowej postaci, zwykle szwendającej się blisko kulis, czasem jedynie wtrącającej swoje trzy grosze. Nie jest to więc marksistowska Historia, miażdżąca jednostki z kamiennym obliczem, ale historia dziejąca się trochę obok, obchodząca się dość oględnie z bohaterami Geigera. Nie wszystkimi, rzecz jasna: wypływające na oczach Petera wnętrzności czternastoletniego towarzysza z Hitlerjugend stanowią przekonującą egzemplifikację twierdzenia, że by nie skończyć w równie bezsensowny i przedwczesny sposób, trzeba mieć też odrobinę szczęścia.

Geiger studiuje więc austriackość nie poprzez dzieje państwa i przełomowe wydarzenia polityczne, lecz biorąc pod lupę instytucję rodziny, tak jakby owa austriackość najlepiej zachowała się nie w świadomości historycznej, zamiecionej przez hipokryzję w najciemniejszy kąt, lecz w kolejnych inkarnacjach rodzinnych patologii. Przypomina to metodę – powrócimy znowu do literackiej komparatystyki – do perfekcji opanowaną przez Elfride Jelinek. Rodzina, zarówno u Jelinek, jak i Geigera, jest laboratorium austriackości, przypomina duszną, klaustrofobiczną strukturę, w której skondensowane jest to, co charakterystyczne dla alpejskiego kraju. Dobrze tego dowodzi pojawiająca się kilkakrotnie na kartach U nas wszystko dobrze formuła: poznałam Austrię, którą powtarza jedna z bohaterek w kontekście rozmyślań na temat własnej rodziny.

Koncentrując się jednak przesadnie na narodowych rozrachunkach traci się z oczu to, o czym powieść traktuje przede wszystkim. A Geiger funduje nam dość bezwzględną wycieczkę w czeluście międzyludzkiego piekiełka. Trzypokoleniowa saga, którą stworzył, to w gruncie rzeczy drobiazgowe studium międzyludzkiej obcości, księga niemożności, w której pogrążają się ludzie tym głębiej, im dłużej obok siebie żyją.

Już w pierwszym zdaniu powieści pojawia się tyleż efektowny, co hermetyczny aforyzm – umarli nas przeżyją. Oczywiście nie należy owej sentencji, jak wszelkich prawd objawionych, traktować dosłownie. Geiger wydaje się w ten sposób sugerować, że najtrwalsze w człowieku są jego defekty, że wady przodków zalęgają się w człowieku, by mutować w nieskończoność niczym złośliwe patogeny, przerzucając się z pokolenia na pokolenie. A osobisty wkład przeciętnej jednostki w historię świata ogranicza się do przekazania potomkom kolejnych przywar. I taki jest stworzony przezeń świat powieści – to infernum milczenia i niedopowiedzeń, w którym ludzie przypominają leżące obok siebie odłamki skalne.

Los ten w książce spotyka nade wszystko mężczyzn. Czytając Geigera nie sposób uwolnić się od myśli, że we współczesnym świecie mężczyźni zwrócili się przeciw samym sobie, że wyzwolili się, czy też zostali raczej pozbawieni swych tradycyjnych ról i stanęli oko w oko z własną pustką.

Pisarz portretuje w swej książce trzech mężczyzn; młodego, około trzydziestoletniego pisarza Phillipa, typa, jak na twórcę przystało, neurastenicznego i samotnego; jego dziadka, byłego ministra Richarda Sterka, parodię patriarchy, którego umysłowe problemy pogłębiają się wraz z wiekiem, kończącego życie w całkowitej demencji; oraz Petera, ojca Phillipa, egzystencjalnego i historycznego wykolejeńca, w młodości członka Hitlerjugend, po wojnie po prostu nieudacznika. Wszyscy trzej jedynie wegetują w powojennym świecie, są w nim ledwie ukorzenieni, całkowicie pochłonięci własną zbędnością. Mężczyźni w U nas wszystko dobrze to skoligacona ze sobą banda nieszczęśników, którzy nie bardzo pojmują, co się wokół nich dzieje, trupa żałosnych typów nie radzących sobie z rzeczywistością.

Można by ulec wrażeniu, że Geiger podąża w ten sposób za pewną intelektualną modą. To wszakże dobrze widziany obecnie zabieg: poużywać sobie na tradycyjnym, patriarchalnym światku, skonfrontować nieudolnych, rzadko myślących, zasklepionych w sobie jak klocki drewna mężczyzn z kobietami, szamocącymi się z kolei w narzuconych im tradycyjnych rolach społecznych.

Na szczęście dla powieści jej bohaterki nie radzą sobie o wiele lepiej. Fakt, że funkcjonują jakby pełniej, że ich życie psychiczne nie ogranicza się do samych siebie, że bardziej niż mężczyźni przypominają pełnokrwiste istoty ludzkie, nie jest jeszcze równoznaczny z tym, że mają się dobrze. Żyją po prostu w bardziej zakamuflowany sposób, ich konflikty nie mają tak wyrazistych konturów. Ale ich udziałem są w zasadzie te same porażki, obracają się w podobnym kręgu izolacji; nawet między Almą a Ingrid, czyli między matką a córką, jest pusta przestrzeń niedopowiedzenia, której żadna z nich nigdy już nie zniweluje.

Powieść rozpoczyna symboliczna scena – bohater otwiera drzwi prowadzące na zamknięty przez dziesięciolecia strych odziedziczonego po zmarłej babce domu i z przerażeniem pojmuje, że całe pomieszczenie wypełnione jest gołębim guano. Ptasie gówno, które zalega tam po kostki, po kolana to kluczowy, symboliczny rekwizyt powieści. Nad całą książką unosi się fetor długo nieruszanych, nawarstwiających się przez lata nieczystości. Smród odchodów i odór przeszłości są w zasadzie jednym i tym samym, przynajmniej dla jej młodego bohatera, Phillipa, który z równą niechęcią zabiera się do usuwania pierwszego, co porządkowania drugiego.

Phillip, skonfrontowany ze starą rodową siedzibą i kryjącymi się w jej murach tajemnicami, wybiera wypróbowaną metodę – ucieczkę w marazm, ucieczkę uzasadnianą sprytną wymówką, że wchodzenie na strych tylko po to, by jeszcze raz przekonać się o tym, co i tak dobrze wie, wydaje mu się kompletnie pozbawione sensu. Jego osobowość w ogóle wydaje się szczytową formą ewolucji (czy raczej – dewolucji) wszystkich defektów swych przodków: jest zamknięty w sobie, przeciążony przeszłością, z którą nie zamierza się bynajmniej mierzyć i bierny aż po tchórzostwo. Jeśli ostatecznie zabiera się do porządkowania familijnej schedy, robi to jedynie przymuszony przez kochankę, ba, nie tyle nawet przymuszony, co postawiony przez nią przed faktem dokonanym: to ona bowiem wynajmuje dwóch robotników mających uprzątnąć dom.

Sam woli układać rodzinny apokryf, który jest formą ucieczki przed prawdą ukrywającą się wśród zakamarków domu, w przepastnych wnętrzach starych mebli i nie mniej zaśmieconej świadomości głównego bohatera. Philippowi sprawia to wprawdzie wielką przyjemność, ale sam nie wie, czy tego rodzaju fantazje mogą mu się na coś przydać. Zwykłe wygłupy, które nie mają żadnego uzasadnienia, coś w rodzaju przebierania nogami w miejscu, żeby utrzymać się na powierzchni wody. Bo dotarcie do tego, co istotne wymaga długiego nurkowania na bezdechu, do tego nurkowania niekoniecznie w krystalicznie czystej wodzie.

Nie jest to więc -na szczęście – opowieść budująca. Nikt w niej nie godzi się ze światem, z przeszłością, ze słabościami – swoimi lub cudzymi. Ostatecznie błędów, które samemu się popełniło nie wybacza się tym, którzy ucierpieli z tego powodu najbardziej. Rezygnacja to główna reakcja bohaterów książki w starciu z własnymi losami. Wydaje się wręcz, że człowiekowi pozostaje tylko słowo. Słowo, sugeruje Geiger, to jedyny instrument, za pomocą którego można zaprowadzać porządek w samym sobie. Tworzona przy pomocy słów historia nie musi być zresztą prawdziwa. Przynajmniej jednak jest to jakakolwiek historia, a nie magma wydarzeń, które rozpuszczają się w nicości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 28/08/2010 by in lektury nadobowiązkowe, powieść and tagged .
%d bloggers like this: