Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Bajki dla postmodernisty

Peter ESTERHAZY, NIESZTUKA

Węgierski desant na polski rynek trwa; po niezliczonych książkach Maraia, a wcześniej Kertesza, w księgarniach pojawiła się Niesztuka, powieść Petera Esterhazy’ego, autora m.in. wielkiej Harmonii Caelestis i rozczarowującego Wydania poprawionego. I od razu trzeba powiedzieć: Niesztuka nie jest powieścią tak onieśmielającą jak Harmonia…, nie krzyczy o swoim geniuszu, nie obezwładnia ogromem, rozmachem i niezwyczajnością. Ale udowadnia, że mamy do czynienia z pisarzem dużego formatu, a ponadto, że z wymienionej powyżej trójki prozaików to właśnie Esterhazy jest najbardziej wymagający dla czytelnika.

Do postmodernistycznej cholery!

– wykrzykuje w pewnym momencie Esterhazy przebrany w fatałaszki narratora Niesztuki, narratora skądinąd dobrze znanego z wcześniejszych powieści pisarza, podstępnie podobnego do samego autora. Ten wojowniczy okrzyk jest jak najbardziej do rzeczy, gęsto tu bowiem od literatury, od odwołań i intertekstualnych nawiązań. Pisarz kluczy między swoimi i cudzymi książkami, cytuje i komentuje, nie zapomina nawet o krzaczastych brwiach Miłosza. Co jakiś czas przywołuje też sceny, obrazy i postacie znane z jego wcześniejszych książek. Robi to wszystko bynajmniej nie z braku literackiego konceptu, lecz by samego siebie korygować, uzupełniać wcześniejsze obserwacje o balast przemijania i odmienną perspektywę. Proza Esterhazy’ego to rodzaj czasoprzestrzennego continuum — warstwy czasu lepią się, zachodzą na siebie, świat tworzony jest tu na bieżąco z kolejnych asocjacji, jest światem rozwijającym się spontanicznie w wielu kierunkach naraz, zasada chronologii nie znajduje tu żadnego zastosowania.

Świat — nie świat powieściowy, lecz ten, który zwykliśmy zwać realnością — Esterhazy traktuje jedynie jako potencjalny materiał, budulec, z którego lepi swoją prozę. Świat powieści, świat języka jest tu traktowany jako równoprawny i równoległy w stosunku do rzeczywistości. Niesztuka to przede wszystkim pogoń za rozwierzganym językiem, „język jest lżejszym rodzajem schronienia, kiedy jest źle, przed niczym nie chroni, jest kryjówką, odpoczynkiem, opiekuńczym skrzydłem, pod którym nie można się schować”. Węgierski prozaik robi wiele, by udowodnić czytelnikowi, że również nasza realność jest umowna, utkana wyłącznie z języka, tej zwiewnej i delikatnej materii. „Obojętne — stwierdza. — Ty też składasz się tylko ze słów”. Jeśli więc autor-narrator wyobraża sobie śmierć matki, robi tak wyłącznie dlatego, że jest to „z psychologiczno-dramaturgicznego punktu widzenia (…) korzystne, bo z łatwością przychodzą wówczas, kiedy zaistnieje taka potrzeba, słowa pełne bólu”. To książka o kreacyjnych możliwościach prozy — o powstawaniu powieściowych światów równoległych, których budulcem są na równi realność i fantazja umocowane na giętkim stelażu słowa.

Niesztuka wymaga od odbiorcy rezygnacji z przyjemności płynącej z niezobowiązującej podróży po świecie literackiej fikcji. Pisarz przez całą powieść dokłada starań, abyśmy nie zapomnieli o umowności literatury, co i rusz demaskuje swoje zamiary, by w rozdziale p.t. Pożegnanie z bohaterami i innymi jednostkami językowymi ostatecznie odebrać złudzenia czytelnikowi, gdyby ten miał jeszcze minimalną nadzieję, że obcuje jednak z jakimś rodzajem „autentycznej” historii. Esterhazy zanadto ten świat obnaża, rozkręca śrubka po śrubce, byśmy dali się porwać nurtowi fabuły. Można by rzec, że autor dokonuje przed nami warsztatowego striptizu — co i rusz zrywa zasłony i dekoracje, by odbiorca mógł sobie zajrzeć za kulisy.

Jeśli ktoś nie lubi bawić się w podobne gierki i źle toleruje bezpardonową ingerencję w osobliwą, lecz jakże naturalną czytelniczą potrzebę zanurzenia się w fabułę, przy lekturze Niesztuki odczuje niejakie znużenie. Jej mozaikowata konstrukcja — te sklejane w powieść ułamki realności — może niekiedy dać się we znaki. Zżymać się jednak na pisarza, że lektura jego powieści bywa miejscami trudna, że można potknąć się na niekończących się, wyładowanych po brzegi kolejnymi wtrąceniami zdaniach, nie ma jednak potrzeby.

Zwłaszcza że byłoby poważnym błędem widzieć w Niesztuce wyłącznie wykład z dobrze znanego w literaturze cyklu „jak to się robi?” Poza obnażonym mechanizmem „powstawania powieści” mnóstwo tu wszakże charakterystycznej dla pisarza gawędy, rodzinnych anegdot i legend, z których czerpać można dziką czytelniczą frajdę. Pisarz zdążył nas już przecież przyzwyczaić, że po wykrotach wielokrotnie złożonych zdań porusza się z lekkością i swobodą, a niekiedy wręcz gracją. A jego fraza pozostaje niezmiennie plastyczna, solidnie wsparta o szczegół, drobiazgowo rozpisująca rzeczywistość na elementy składowe: „Wpuściłem przez okno poranny szkarłat, masyw sennego nieba, białawą powolność rozpoczynającego się dnia, rozbłyskujące światło i niebywale gnuśne pulsowanie dalekiej czerwieni”.

Wszechświat futbolu

W Niesztuce, podobnie jak w Harmonii Caelestis, mamy do czynienia z tworzeniem mitu, tym razem mitu o matce i piłce nożnej. Można by wręcz rzec, że mitotwórstwo jest artystyczną metodą Esterhazy’ego; mit powstaje na naszych oczach z fragmentów przeszłości, osobistej i powszechnej, własnej i cudzej, uzupełnianej przez imaginację pisarza. Jego opowieść o matce, dla której główną metodą pedagogiczną są gawędy o futbolu, ma w sobie coś z bajki albo marzeń małych (i dużych) chłopców.

Bo Niesztuka to również bajka — między innymi o futbolu jako drodze ucieczki z dyktatury. „Puskás wiedział, że poza boiskiem jeszcze istnieje świat, ale udawał, że nie wie. Matka także wiedziała, ale podobnie jak Puskás próbowała wszystko zmieniać w boisko”. Dla bohaterów powieści linie wyznaczające czworokąt murawy to bariera, która powstrzymuje ciągnące zewsząd zło. Świat, nawet najbardziej przerażający, nie ma mocy nad człowiekiem w chwili, gdy piłka toczy się po trawie. Wiedzą o tym wszyscy koneserzy futbolu. W Niesztuce piłka nożna jest traktowana tak, jak na to zasługuje — nie jako barbarzyńska rozrywka dla tracących umiarkowanie tłumów, lecz wielka metafora życia, ba, zjawisko niemal metafizyczne; „mamę naprawdę interesowała gra jako taka (…) piękno rozmaitych możliwości (…) globalność owego prostokąta, futbol jako Wielka Opowieść”. Wspaniała scena, gdy narrator tłumaczy leżącej na łożu śmierci matce zasadę spalonego, „żeby mama nie stanęła nieprzygotowana przed sądem niebieskim”, jest apologią futbolu, której próżno szukać w literaturze. Co zresztą dowodzi sięgającej w zaświaty przezorności pisarza — ostatecznie przecież „nie ulega wątpliwości, że pan Bóg też jest graczem”.

Tekst ukazał się w „artPAPIERZE„.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 02/09/2010 by in lektury obowiązkowe, powieść and tagged , .
%d bloggers like this: