Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

J.M. Rymkiewicz, Żmut

Pamięć wyruszająca na poszukiwanie samej siebie

Jarosław Marek RYMKIEWICZ, ŻMUT


Lektura dysertacji polonistycznych wywołuje we mnie zwykle wrażenie, jakby autorzy tychże okupowali ich powstanie ciężkim znojem i krwawym potem, a udręki te pozwalała im znieść jedynie niebezpodstawna nadzieja, że porównywalne tortury będą przeżywali także ich potencjalni czytelnicy. Ponieważ jednak człowiek jest niewolnikiem swych błędnych wyborów – a pięć lat sprzeniewierzonych na polonistyce trudno byłoby traktować inaczej – od czasu do czasu odczuwam atawistyczną potrzebę storturowania się wspomnieniem młodości spędzonej nie, jak należało, na emablowaniu koleżanek-poetek, lecz studiowaniu żywotów dzieł tak niezapomnianych jak na przykład Nadobna Paskwalina.

Rymkiewicz doskonale się do tego celu nadaje – z kart jego dzieł, zwłaszcza wcześniejszych, unosi się wprawdzie zapach zakurzonej biblioteki, równocześnie jednak sięgając po jedną z jego prac, nie wystawia się człowiek na okrutne męki. Przeciwnie; niezależnie od tego, co sądzi się o jego coraz radykalniejszych poglądach politycznych, warto czytać autora Kinderszenen dla niedzisiejszej jędrności stylu, a jeszcze bardziej dla jego detektywistycznej pasji, która z drobiazgów pozbieranych na marginesach wielkich i małych biografii potrafi złożyć nieomalże powieść kryminalną. Nie wypaca on bowiem literaturoznawczych elaboratów – albo robi to przy okazji – lecz przeprowadza formalne śledztwa: przedstawia tezy, prezentuje dowody, bada je, waży i falsyfikuje. A jeśli mu jakiegoś szczegółu nie staje, to sobie go z powodzeniem dopowiada – i wcale a wcale to nie przeszkadza, że stelaż faktów uzupełnia fantazją. Czym ostatecznie jest historia, jeśli nie zalepianiem dziur wyżartych przez przemijanie?

Żmut to bardzo plotkarska książka i między innymi dlatego książka warta poświęconego jej czasu. Jak powszechnie wiadomo plotka to rzecz arcyciekawa, zwłaszcza jeśli dotyczy spraw seksu ludzi sławnych. A główna postać Żmutu, młody, dwudziestokilkuletni Mickiewicz, wywołany z zaświatów pożółkłych dokumentów i cudem zachowanym listów, jawi się pod piórem Rymkiewicza jako młodzieniec jurny i kochliwy, żaden tam Gustaw próżno wzdychający do ukrytej gdzieś bardzo głęboko (ale gdzie?) we wnętrzu kobiet duszy, ale całkiem konkretnie (a i skutecznie) zmierzający do pozbawienia swych bogdanek wierzchnich okryć. Jest to, jak wiadomo, dążenie właściwe wielu mężczyznom, zwłaszcza młodym, więc dziwić się temu byłoby od rzeczy. Zwłaszcza że taki wieszcz zdaje się sympatyczniejszy niż koturnowa postać z obliczem ściągniętym patriotycznym marsem, którą znamy z narodowej ikonografii.

Zajmując się kochankami Mickiewicza, Rymkiewicz sporo uwagi poświęca też tym, którzy tylko za sprawą przyprawionego przez przyszłego wieszcza poroża uniknęli smutnego losu bezimiennych zjaw pałętających się po piekle zapomnienia – mężom owych niewiast zwiedzionych przez bardziej narowistego niż romantycznie rozmemłanego poety. A że Rymkiewicz epokę przeorał i przekopał z zawziętością chłopa uprawiającego swe kamieniste poletko, to i serwuje nam pocieszne szczegóły; na przykład taki, że jeden z rogaczy ogłosił pracę Historia raka członka wstydliwego.

Forma książek Rymkiewicza, zwłaszcza tych wcześniejszych, jest z lekka chaotyczna, zwodnicza – nie sposób znaleźć w nich prosty trakt, który przeprowadziłby nas od początku do końca. Oczywiście metoda to nieprzypadkowa; nie tylko nieprzypadkowa, ale nadto skrojona jeszcze na miarę czasu, w którym żyjemy. Nasza egzystencja jest (…) właśnie taka jakaś, nieporządnie uszyta, nieobrębiona, niedopięta, tu się drze, tu pęka. Swoją książkę układa Rymkiewicz tak, jak układa się zwykle pamięć – na wyrywki, fragmenty, błyski i olśnienia. Dlatego idzie się przez te prozę jak przez ciemny las pełen rozgałęziających się i krzyżujących ścieżek. Ostatecznie jednak trzeba chyba zgodzić się z autorem, że to metoda właściwa: życie jest nie do opisania i każdy opis musi się z tym liczyć.

Rymkiewicz zatem nie tylko dla plotkarskiej skłonności popuszcza sobie cugli. On swymi książkami występuje przeciw dyskrecji czasu przeszłego. Przeszłość to wszakże materia o raczej nietrwałej konsystencji i bardziej niż konkretny kształt przypomina ciemną zapadnię. Przeszłość pulsuje, ożywa i mieni się, póki się nią zajmować, póki poświęcać jej swoją uwagę. Tyle jej, ile naszej pamięci. Jakkolwiek zatem górnolotnie by to nie zabrzmiało, Rymkiewicz wplątuje naukę o literaturze w aferę dość niebywałą, a mianowicie w walkę z żarłoczną nicością. Z historii literatury i literackich ploteczek zrobić sobie oręż przeciw temu, co nas, ludzi, obgryza kawałek po kawałku to pomysł karkołomny, ale i ambitny. Musimy coś zrobić, aby to zachować. Stoją tam, na ganku, zatrzymani w mojej pamięci.

Przy czym Rymkiewicz nie rekonstruuje z pietyzmem tego, co było. Choć tropi pozacierane ślady, wygrzebuje szczątki i skorupy pamięci, używa warsztatu historyka głównie po to, by wznieść osobną i osobistą konstrukcję. Idzie mu więc nie tyle o historię literatury, co projekt zagęszczenia przeszłości. Jeśli jej nie starcza, po prostu zaklajstrowuje ją fantazją: mnie wcale nie zależy na ustaleniu, jak to było naprawdę (…) To jest taka historią, jaką lubię. Czyli taka, w której chciałbym żyć, w której chciałbym uczestniczyć. Może być prawdziwa, ale nie musi (…) Trzymam się faktów, ale opowiadając, co faktycznie zaszło, zaraz z tych faktów jakiś nowy fakt, o mniejszym stopniu realności, wywodzę i do tych bardziej realnych dodaję (…)

Mam wrażenie, że pisanie Rymkiewicza należy do innego porządku niż porządek współczesności. Wierzy w moc pisma, w jego wartość ocalającą w zupełnie niedzisiejszy sposób; litera wyszła bowiem z mody jako instrument ocalenia, a i rozpamiętywanie przeszłości – wyjąwszy może narodowe krzywdy doznane od sąsiadów – to niezbyt obecnie popularna dyscyplina. W zasadzie bowiem obowiązuje jeden kierunek – do przodu, im szybciej, tym lepiej. Żmut się tej idiotycznej tendencji przeciwstawia, należy wraz z autorem do innego, trochę zapomnianego świata, i choćby dlatego Rymkiewicza czytuję pasjami.

Pamiętniki, stare filmy, książki takie jak Żmut, a więc rzeczy, które wywołują duchy, przyprawiają mnie o ataki melancholii. Rymkiewicza tez chyba przyprawiają. Ile istnień – zauważa – i każde chce być pamiętane. Gdy dowiadują się, że ktoś o czymś opowiada, zwołują się i próbują wcisnąć w szpary, w szczeliny takiej jak ta moja opowieści. Ale to nawet nie istnienia, ale cienie istnień – i do tego ledwie podobne do tych, co to niegdyś pozwalali sobie myśleć – jak i my myślimy – że wypełniają sobą cały świat. I wolę takiego melancholizującego Rymkiewicza, z czułością pochylonego nad tą czarną studnią, gdzie poznikali ci, o których pisze, niż tego gniewnego, napinającego się patriotycznie dziada z plwociną pogardy na ustach, który wypomina mi, że zbyt mało we mnie Polaka.

Zamiast epilogu: Żmut, choć powstał na długo przed Wieszaniem i Kinderszenen, tymi manifestacjami umysłu radykalnego, ma z ostatnimi książkami Rymkiewicza coś wspólnego; dowodzi mianowicie bezspornie, że od konstytucji Rymkiewicza jako pisarza nieodłączna jest prowokacja, że jednym z nadrzędnych celów jego pisania jest próba wyprowadzenia odbiorcy z równowagi. O ile w nowszych książkach Rymkiewicz swą niezwyczajną frazą kreśli dość obłędne projekty polityczne, o tyle w Żmucie jest jeszcze bardzo skromny – prowadzi polemikę nie z całym „rozsądniej myślącym” światem, lecz jedynie rusza samopas z podniesioną przyłbicą na tłum krytyków zajmujących się przed nim Mickiewiczem. Ale mechanizm jest mimo to bardzo podobny i zakłada bardzo prosty układ – Rymkiewicz kontra reszta świata. Z co drugiego akapitu Żmutu wyziera satysfakcja autora, że może nie zgodzić się z sądem innego fachowca od naszego wieszcza, że może stanąć okoniem wobec szeroko rozpowszechnionym mniemań na temat tego ostatniego. Wyczuwa się w tym jakąś chłopięcą, łobuzerska radość z bycia na przekór. I to kolejny powód, by po niego sięgnąć.

One comment on “J.M. Rymkiewicz, Żmut

  1. Pingback: Po co nam Rymkiewicz? | Doczytania. Blog Grzegorza Krzymianowskiego i Adama Kożuchowskiego

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 21/09/2010 by in biografia, esej, lektury obowiązkowe and tagged , .
%d bloggers like this: