Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Nabokov ŻYWIOŁ JĘZYKA

ŻYWIOŁ SŁOWA

Vladimir Nabokov, KĘS ŻYCIA I INNE OPOWIADANIA

 

Nie przepadam za zbiorami opowiadań; nie znoszę bowiem uczucia niedosytu, towarzyszącego zwykle dotrzymywaniu kroku kawalkadzie bohaterów, którzy, zanim zdążę poznać ich narowy i słabostki, zanim na dobre się do nich przywiążę, wpadają w przepaść otwierającą się za ostatnią kropką zbyt pospiesznie zakończonego utworu. Nabokova jednak, tego największego emigranta w dziejach literatury, który porzucił swój rodzinny dom – rosyjski – na rzecz tułaczki po angielszczyźnie, traktuję bezkrytycznie i nieco zabobonnie, czyli tak jak powinno traktować się geniuszy.

Oczywiste więc, że zbiór „Kęs życia i inne opowiadania” uważam za rzecz nadzwyczaj smakowitą, choć – to również oczywiste – nie wszystkie utwory zebrane w tym potężnych rozmiarów tomie są skończonymi arcydziełami. Niektóre sprawiają wręcz wrażenie wprawek, literackich ćwiczeń stylu, którym autor „Pnina” urzeka w „pełnometrażowych” dziełach. Zdarzają się tu nawet opowiadania, które wydają się tkwić jeszcze w swej nieociosanej formie, będącej dopiero zapowiedzią lub obietnicą tego, co nadejdzie, gdy autor i jego dzieło osiągną dojrzałość. Ale miłość do konkretnego pisarza ma w sobie coś z zadurzenia nastolatka – kto kocha się na serio, ślepy jest bowiem na drobne skazy obiektu swej adoracji, które mniej ogłupionemu obserwatorowi bez trudu rzucają się w oczy.

 

Opowiadania te, powleczone melancholią lub przyprószone pyłem śmierci, są do cna Nabokovskie. Ich ton jest zwykle nostalgiczny, pojawiający się na kilka chwil bohaterowie to ludzie zaklęci w przeszłość albo w jakieś nigdy niezrealizowane pragnienie, którzy po tak zwanej rzeczywistości poruszają się raczej niepewnie, jakby po obcym lądzie, gdzie wylądowali przez przypadek lub z powodu jakiejś katastrofy. Katastrofy osobistej lub – częściej – historycznej, bo większość przemykających się chyłkiem przed naszymi oczyma postaci to rosyjscy emigranci, którzy uciekli ze swej ojczyzny przed bolszewikami. Losy bohaterów Nabokova nie są ani specjalnie dobre, ani złe, a najczęściej nijakie. Coś ich zwykle gryzie w zaciszu niepozornych egzystencji, coś, co domaga się dopowiedzenia, lecz rzadko zostaje przez nazbyt dyskretnego autora nazwane. Gdyby jednak szukać jakiegoś dosadnego powodu, byłoby nim po prostu życie – życie z całym jego pospolitym mozołem, inkrustowane tęsknotą za czymś, co czas do cna skorodował. Przeszłość jest tu bowiem szkatułą ze zbyt ciężkim wiekiem; da się je podważyć jedynie na moment, tak że do środka wpada wąska szczelina światła, wydobywając z zapomnienia jakąś twarz lub sytuację.. Te niepozorne postacie żyją więc tym, co minione, więcej – naprawdę żywi są tylko w swojej przeszłości. Teraźniejszość to dla nich zwykle czas zombie, żywych trupów, martwych gestów, do cna fałszywego położenia.

Trudno w tych zbiorze uświadczyć Nabokova ironicznego, złośliwego wobec czytelnika i swych bohaterów niby stara ciotka; autor zabiera nas raczej w długą podroż po ludzkich niedolach, małych i większych, po bolączkach dnia codziennego. To faktycznie „kęs życia”, trochę tylko odkształconego przez czas, który dzieli nas od tych na zawsze uwięzionych w wieczności literatury egzystencji.

Ale poza tą dominującą w tomie nutą, znajdziemy tu też Nabokova–prekursora sposobu pisania, który zrobił zawrotną karierę pod mianem postmodernizmu. Pisarz bowiem niekiedy – jak choćby w „Naborze” czy „Ociężałym dymie” – nic sobie nie robi z klasycznych reguł opowiadania i ekshibicjonistycznym gestem zrywa z narratora kryjący go zwykle płaszcz słów, by samego siebie – autora – ukazać jako tego, który o wszystkim decyduje, który wyciąga historie z kapelusza swojej fantazji i dopiero wtedy przymierza je do swoich postaci. A to wszystko po to, by uzmysłowić nam całkowitą zależność bohaterów od jego własnych kaprysów: (…) za wszelką cenę – wyznaje narrator „Leonarda” – musiałem znaleźć kogoś takiego jak on do jednego z epizodów powieści, z którą borykałem się od dwóch lat. Co mnie obchodziło, czy ten otyły starzec, którego najpierw ujrzałem, gdy go spuszczano z tramwaju, a teraz siedziałem obok niego, w ogóle jest Rosjaninem. Ważna jest historia, przyklejana do przypadkowo spotkanej postaci, której powierzchowność współgra z pisarskim zamysłem.

 

Właśnie w opowiadaniach najlepiej widać, że temat jest dla Nabokova sprawą zdecydowanie drugorzędną w stosunku do środków, którymi operuje, by go przedstawić. Bo głównym tematem autora „Lolity” nie są bynajmniej perypetie powołanych przezeń do życia bohaterów – jakieś tam miłostki, jakieś tam dramaty szaraczków pałętających się na marginesach życia – lecz żywioł języka.

Nabokov to wszakże rzeźbiarz, który pracuje w języku. Jako pisarz całkowicie wywodzi się z czasów wierzących w literaturę jako dzieło sztuki, a więc coś – wedle, przyznajmy, dość zamierzchłych kategorii – nie życie naśladującego lub powielającego, lecz tworzącego odrębną, samoistną i samowystarczalną rzeczywistość. I choćby dlatego warto po „Kęs życia” sięgnąć – dobrze sobie od czasu do czasu przypomnieć, że i literaturę onegdaj w ten sposób traktowano.

Autor „Lolity”, jak wiadomo, potrafi wyczyniać ze słowami rzeczy niebywałe, wyginać do granic możliwości ich znaczenia i modelować na tak fantastyczne sposoby, że na myśl przychodzi albo ingerencja geniuszu, albo pakt zawarty z jakimiś ciemnymi mocami. Bo tylko w ten sposób da się chyba wytłumaczyć, jak z nieforemnej, bezkształtnej bryły języka udaje mu się wyciosywać te całkowicie odosobnione w historii literatury, mieniące się i zaskakujące kształty.

Fraza Nabokova wytopiona jest w szczególe; więcej wydaje się znaczyć dla niego dokładny opis niż psychologizowanie; jakby tylko to, co zewnętrzne, materialne stanowiło przepustkę i szansę wglądu w nieprzejrzystość obcego istnienia. Dlatego odtwarza swoje postacie z malarską dokładnością: „miała piegi na szerokim grzbiecie nosa, oczy podkrążone ołowianym cieniem i odstęp między zębami”. Nie mniej uwagi autor poświęca scenografii swoich miniatur; zanim umieści w nich ludzi, z pietyzmem dobiera detal po detalu, starannie projektuje kosmosy swoich opowiadań. Bohater „Igły admiralskiej” na przykład wędruje nie tyle przez pogrążony w rewolucji Petersburg, ile po pełnym znaczeń labiryncie: w granitowych ciemnościach pod mroźnym niebem, gołębioszarym od gwiazd, rozpoznawałem niewzruszone, niezmienne punkty orientacyjne, wyznaczające moją marszrutę – zawsze te same petersburskie ogromy, samotne gmachy z legendarnych czasów, ozdoby nocnych pustkowi, odwracające się do wędrowca tylnym półprofilem, tak jak odwraca się wszelkie piękno: nie widzi cię, zadumane i obojętne, gdzie indziej błądzi myślami.

 

Nie ma najmniejszego sensu czytać tej książki w pośpiechu, konsumować jednego opowiadania za drugim. Literatury w ogóle nie warto chłonąć zbyt prędko – ta cecha między innymi odróżnia ją od czytadeł – ale lektura Nabokova wymaga zupełnie niedzisiejszego tempa, umiaru, wzmożonej uwagi. Bez nich, bez koncentracji na poszczególnym zdaniu, na urodzie ulotnej niczym – wybaczcie tę metaforę jak ze sztambucha pensjonarki – motyle, ulubione owady pisarza, wiele się z niego traci, a może traci się wszystko.

Poza literaturą nie ma nic, zdaje się nam mówić Nabokov, opowiadanie wypełnia świat treścią. Kiedy ono się kończy, kończy się świat, który w opowieści powstaje. „Leonardo” rozpoczyna się komponowaniem tła, przeniesieniem fragmentów różnych rzeczywistości w jedno miejsce, tak by przygotować scenę dla gotowych już do odegrania swych błahych dramatów bohaterów. A po tym, jak się one wypełnią, rekwizyty znów wracają do magazynów pisarskiej wyobraźni. Teraz już wszystko skończone. Obiekty, które zgromadziłem, rozpierzchają się, niestety (…) Wszystko odpływa. Znika harmonia i sens. Świat znów drażni swoją wielopostaciową pustką.

 

 


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 11/10/2010 by in lektury obowiązkowe, opowiadanie and tagged .
%d bloggers like this: