Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Raczej spełniona obietnica

Ian McEwan

Czarne psy

Istnieją autorzy, którzy gwarantują, że rozbudzone ich nazwiskiem nadzieje nie zostaną okupione gorzkim rozczarowaniem po zakończonej lekturze ich kolejnego utworu. Do tego niezbyt szerokiego grona zalicza się z pewnością Ian McEwan, autor wydanych właśnie przez wydawnictwo Albatros Czarnych psów. Nawet jeśli nie dostajemy do rąk arcydzieła, które długo będziemy wspominali, mamy chociaż gwarancję, że zainwestowaliśmy czas co najmniej przyzwoicie.

Czarne psy to powieść bardzo porządna, dowodząca świetnego opanowania pisarskiego rzemiosła. Styl McEwana jest niezmiennie elegancki, można rzec – dystyngowany, jego skrępowaną w karbach żelaznej dyscypliny prozę czyta się szybko, płynnie, niekiedy wręcz zbyt gładko. Angielski pisarz nie należy bowiem do twórców, którzy pozwalaliby ponieść się żywiołowi języka lub toczyli wojnę ze słowami, by wydobyć z nich niezwyczajność. Wypracowany przezeń styl, powleczony werniksem melancholii, sprawia, że łatwo zanurzyć się w świecie jego powieści i wydobyć na brzeg rzeczywistości dopiero po ostatniej stronie.

Jedyny problem z tą powieścią wiąże się z literacką teorią względności; w końcu największym przeciwnikiem nowo powstałej książki – zwłaszcza gdy ta wychodzi spod ręki bardzo dobrego pisarza, a takim McEwan jest z całą pewnością – są wcześniejsze, bardziej udane dzieła tego samego autora. A kiedy ma się w pamięci Na plaży Chesil czy Amsterdam, to Czarne psy sporo ze swego uroku tracą. Nie znajdziemy w nich bowiem emocjonalnej intensywności charakterystycznej dla najlepszych dzieł autora Pokuty. McEwan, jak nigdy, ślizga się po powierzchni psychicznego życia swych bohaterów i trzyma czytelnika na dystans. Poza tym zanadto chyba przyzwyczaił odbiorców do precyzji, z jaką tworzy fabułę i splata ze sobą losy bohaterów, by mogło nie rzucać się w oczy, że konstrukcyjnie „Czarne psy” nieco mu się rozłażą. Te odłamki przeszłości nie zawsze się niestety o siebie zazębiają, na dodatek niektóre fragmenty sprawiają wrażenie niewykończonych, niepogłębionych czy wręcz przypadkowych.

Oczywiście, jeśli się chce, da się to wytłumaczyć faktem, iż powieść traktuje o przeszłości – przeszłość i to, co się z nią zdarza w naszym umysłach, jest ważnym tematem tej książki – i choćby dlatego zachowuje jej fragmentarycznych, niepełny charakter. Jednak od powieściopisarzy – nawet tych hołdujących zasadzie realizmu – raczej nie oczekujemy, że swymi tworami będą powtarzali banał życia, mnożyli pospolitość codzienności, lecz że ten banał, tę mało przejrzystą pospolitość, w którą zamienia się zwykle nasza egzystencja, przerobią w historię – wykończoną i zwartą, prowadzącą nas od jakiegoś początku do jakiegoś końca.

W Czarnych psach dyscypliny właściwej dobrze opowiedzianym historiom nieco brakuje, ale i tak zwolennicy autora doszukają się w powieści powodów do satysfakcji. McEwan jest tu, jak zwykle, pisarzem codzienności, prozaicznych dramatów, w które obfituje życie. Przy czym jego bohaterowie nigdy nie wirują w pustce teraźniejszości, by odegrać przed nami sceniczny dramat. Pisarz starannie obudowuje swoje postacie w biografie, zakorzenia je głęboko w przeszłości, która odciska na nich swe nieusuwalne piętno.

Choć głosu autor udziela głównie innemu człowiekowi pióra, Jeremy’emu, nie on jest główną postacią książki. Pełni raczej funkcję skryby zapisującego losy innych. Faktycznymi bohaterami powieści są bowiem rodzice jego żony – June i Bernard – których historie spisuje, czy też raczej bada, tak jak bada się zaginione cywilizacje z wygrzebanych z ziemi skorup. Nie tyle jest więc biografem, co archeologiem; to, co bowiem słyszy od dwójki bohaterów, przypomina właśnie porozrzucane szczątki wspomnień i ułamki pamięci. A zbierając je do kupy, narrator zamienia się w kronikarza rozpadu związku dwojga ludzi, którzy zanim zdążyli na dobre zespolić swoje losy, zostali już rozdzieleni traumatycznym zdarzeniem, mającym miejsce tuż po ich ślubie.

To smutna powieść, bo jej tematem jest między innymi proces, który sprawia, że „nałóg, szaleństwo, tajemna egzystencja” zamienia się w niemożność wspólnego życia. Paradoksalnie, uczucie dwojga bohaterów zmienia się w atrapę, w puste gesty i „oczekiwane słowa zachwytu”, „zwykle wyrazy nabożnego podziwu” podczas poślubnej podroży po francuskich górach, już nazajutrz po tym, jak „zgodzili się, że tutaj w końcu nastąpiło prawdziwe dopełnienie”.

Decydującym o ich przyszłym życiu momentem jest spotkanie June z tytułowymi czarnymi psami podczas górskiej wycieczki. Ta dramatyczna scena poprzedzona jest jakimiś niejasnymi, jak to zwykle z nimi bywa, przeczuciami, ostrzeżeniem, które pojawia się w jej myślach pod postacią obrzydzenia na widok pięknego górskiego krajobrazu; nagle „nieposkromiona natura zdawała się chaosem, straszliwym przypomnieniem fatalnej pomyłki”. McEwan przygotowuje nas na spotkanie ze złem, wprowadza nas w grozę, by zaraz potem postawić swą bohaterkę, a czytelnika wraz z nią, naprzeciw nie tyle zdziczałych zwierząt, rozmiarami przypominających „antyczne bestie”, co potężnego symbolu. Z tą intencją McEwan zresztą niespecjalnie się kryje: „Ich widok był pełen znaczeń” – odnotowuje narrator i dodaje, że zwierzęta te „były psami tylko w ogólnym zarysie”. Nic zatem dziwnego, że stanąwszy z nimi oko w oko, „June pomyślała o duchach”.

Jest to chwila, w której wszystko naraz się przemienia: to sam na sam ze śmiercią wyzierającą z przekrwionych oczu bestii sprawia, że w June coś się nagle załamuje – nie tylko nadzieja na życie u boku ukochanego mężczyzny, któremu nie wybaczyła „nieobecności w krytycznym momencie”, ale i racjonalistyczny światopogląd, który w niedługim czasie zamieni na dość trudną do zakwalifikowania duchowość. Jest to też zdarzenie, które rozdziera życie młodego małżeństwa na dwie nierówne części; tę przed, niewinną oraz wypełnioną ufnością, i tę po – kiedy pojawia się między nimi pusta przestrzeń niedopowiedzenia. Jak bowiem rozmawiać o wydarzeniu jak ze złego snu, przerażającym widziadle, które zagnieżdża się w myślach młodej kobiety?

Z jednej strony czarne psy są więc zapowiedzią nieszczęścia młodego małżeństwa, rodzajem klątwy rzuconej na tych dwoje wierzących w postęp, komunizujących i pełnych nadziei ludzi, z drugiej elementem czyniącym z powieści traktat o nieusuwalnym Złu, czyhającym jedynie na dogodną chwilę, by ponownie zapanować nad światem.

W ten sposób Czarne psy są nie tylko realistyczną opowieścią poświęconą procesowi rozkładu uczucia, nie tylko książką o scalającej roli opowiadania – historia ludzi, żeby być naprawdę historią, musi wszakże zostać opowiedziana, spojona przez opowiadającego – ale również, być może przede wszystkim, powieść staje się metaforą, swoistym memento. Ostatecznie czarne psy „wciąż biegną dalej, tam gdzie słońce nigdy nie sięga […] oddalają się, czarne plamy w szarości świtu, niknąc u podnóży gór, skąd powrócą, by nas prześladować – gdzieś w Europie, w innym czasie”.

Tekst pojawił się pierwotnie w artPAPIERZE.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 29/10/2010 by in lektury nadobowiązkowe, powieść and tagged .
%d bloggers like this: