Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Thomas BERNHARD, MOJE NAGRODY

Thomas BERNHARD, MOJE NAGRODY

JAK SIĘ ZESZMACIĆ I JESZCZE NA TYM SKORZYSTAĆ…

 

Nie jestem skłonny odmówić przyjęcia dwudziestu pięciu tysięcy szylingów, powtarzałem, jestem człowiekiem skąpym, bez charakteru, jestem po prostu świnią.

Człowiek powinien mieć własnego pisarza – minimum jednego, a najlepiej kilku – kogoś, kto by za człowieka myślał, a przynajmniej tę niejasną, trudną do pochwycenia magmę, jaką zwykle nasze myśli pozostają, formował, nadawał jej bardziej przejrzysty kształt. Bez własnego pisarza/pisarzy człowiek zwykle pozostaje niemy albo – co gorsza – głowę wypełniają mu frazesy i banały rodem z serialowej prowincji. Jesteśmy zlepieni z cytatów, więc jeśli już musimy się u kogoś zapożyczać, niech to będzie chociaż ktoś, komu talent pozwala wedrzeć się w głąb naszego umysłu, naszych emocji i wyrazić je na sposób, który nam samym jest niedostępny. Thomas Bernhard jest dla mnie właśnie tego rodzaju twórcą – kimś, kto zawczasu sprecyzował pewne myśli i tym samym oszczędził mi próżnego trudu. Dlatego Moich nagród przeoczyć nie mogłem, mimo że to dziełko wydane pośmiertnie, a więc mające na celu nie tyle literaturę, co zysk wydawcy.

Moje nagrody to książka, czy raczej książeczka, poświęcona, co oczywiście zaskoczeniem być nie może, nagrodom literackim – a więc zjawisku, wobec którego pisarze demonstrują zwykle całkowite lekceważenie, w każdym razie do chwili, gdy sami nie zostają laureatami jednej z nich. Powiedziałbym więc, że to pozycja wybitnie branżowa, rodzaj skryptu czy pisma wewnętrznego przeznaczonego dla dość wątłego grona odbiorców, a mianowicie literatów honorowanych wyróżnieniami, którzy (aby owo grono jeszcze zawęzić) na dodatek odczuwają jakąś niedogodność w związku z przyjmowaniem podobnych datków. Bernhard daje tu świetną lekcję cynizmu, lekkiego prowadzenia się, anulowania honorowych odruchów: człowiek, jeśli mu proponują, zawsze powinien przyjmować pieniądze i nie zaprzątać sobie zbyt długo głowy, że niby jak i skąd znowu, wszystkie takie rozważania to koniec końców przemyślna hipokryzja (…) Towarzystwo Przemysłowe powinno wstydzić się tego, że nagroda literacka dotowana jest sum zaledwie dwudziestu pięciu tysięcy szylingów (…) no ale przecież, pomyślałem, w sumie oceniają oni wartość literatury i literatów całkiem adekwatnie, nawet mnie, przyznam, imponowała ta ich ocena literatury i wytwarzających ją literatów.

To Bernhard w wersji light, niekiedy przezabawny, ciągle zgryźliwy i cierpki, prześmiewczy i ironiczny. W Moich nagrodach nie brak charakterystycznej dla autora Wymazywania arogancji, przemądrzałości, wręcz megalomanii, poczucia wyższości wobec świata, czyli wszystkiego, niemal wszystkiego, co w jego prozie zabawne i smakowite. Powracają tu stałe motywy, na przykład niechęć do lekarzy: pan profesor nie czynił żadnych cudów, tylko w najlepszej intencji i z największym kunsztem potrafił ciąć i okaleczać swych pacjentów. Jak zwykle też autor zdradza się ze swym zacietrzewieniem obsesjonata, któremu wystarczy poczuć mieszczanina, by toczyć pianę z ust: Jakże nienawidzę tych średniej wielkości miast z tymi ich pomnikami architektury, którymi dają się okaleczać na całe życie ich mieszkańcy. Tych kościołów i wąskich uliczek, w których wegetują ci coraz bardziej tępi ludzie. Jeśli ktoś (a ja tak) w takim tonie gustuje, Moje nagrody z pewnością mu się odwzajemnią.

Jest to więc Bernhard z daleka rozpoznawalny, podległy tym samym niechęciom i obsesjom co zwykle, ale w przeciwieństwie do większości swoich dzieł – prawdziwych dzieł – książeczka doprawdy niewinna. Bernhard nie zabiera nas tu w końcu, jak to zwykł czynić, na katabazę po egzystencjalnych piekiełkach, lecz na wycieczkę po bogato dekorowanych, kąpiących złoceniami salach różnorakich Rathausów, gdzie przy dźwiękach produkowanych przez nieodłączne zespoły kameralne, odbierał nagrody o intrygujących niekiedy nazwach, jak choćby: Nagroda Literacka Federalnej Izby Handlowej.

Pytanie nie brzmi zatem, czy sięgać po Moje nagrody, bo proza Bernharda (a nawet oczywiste odpryski tej prozy) jest tego bez dwóch zdań warta; natomiast można zastanowić się, czy jest sens czytać ten drobiazg zamiast innych dzieł Austriaka? To pozycja wybitnie kolekcjonerska, malutki appendix, który niczego nowego nam o pisarzu nie powie i niczego nie zdradzi, ma natomiast jedną poważną wadę – pozbawiona jest tego, co sprawia, że Bernhard należy do wąskiego grona literackich geniuszy. To jedynie zapiski na marginesach właściwej twórczości i rzecz absolutnie trzeciorzędna w dorobku pisarza. Dla nas, wąskiego zakonu wyznawców Bernharda, rzecz absolutnie nie do przeoczenia. Ci, którzy jednak nie mieli z nim jeszcze do czynienia, powinni rozpocząć od Wymazywania lub choćby Dawnych mistrzów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 22/11/2010 by in biografia, esej, lektury nadobowiązkowe and tagged .
%d bloggers like this: