Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Jonathan LITTELL ŁASKAWE

Littell vs cywilizacja. Notatki z procesu

Slogan reklamowy nazywa powieść Littella „pierwszą epopeją XXI wieku”. Choćby z tego powodu nie sposób uciec od paralel z Wojną i pokojem, tym kamieniem probierczym, do którego niemal automatycznie przyrównuje się wszelkie dzieła o rozmiarach przekraczających pięćset stron. I trzeba od razu wyjaśnić pewną sprawę: Łaskawe nie dotrzymują kroku arcydziełu Tołstoja.
Littell ma bowiem pewną wstydliwą jak na pisarza przypadłość – jego książka nie jest majstersztykiem stylu czy formy. Przypominające rozrzucanie wiórów dialogi ograniczają się zwykle do rozprawek na zadany temat lub popisów erudycji rodem z  – jak to zauważył jeden z komentatorów – Wikipedii. Postacie przedstawione w książce również nie należą do arcydzieł psychologii: pozbawione elementarnej dynamiki, w zasadzie się nie zmieniają, tkwią w miejscu, okopane na pozycjach, w których umieścił je autor. Dotyczy to nawet Maksa Aue, głównego bohatera powieści; jedyną przemianą, na jaką pozwala mu Littell, jest stopniowe osuwanie się w szaleństwo. Należy jeszcze wspomnieć o przerażającej monotonii równo zadrukowanych kartek, podobnej ukraińskim stepom, przez które podróżuje Aue. Gdyby Littell zlitował się nieco nad odbiorcą i opanował potrzebę udowodnienia mu, ile zachodu kosztowało go zbieranie materiałów, wyszłoby to zapewne na dobre samej książce.
Lecz ów niepohamowany słowotok, specjalistyczne tyrady, którymi Littell popisuje się ponad miarę, ów nadmiar, który częstokroć szkodzi tkance powieści, ma również swój paradoksalny cel. Czytanie tej książki jest bowiem jak brodzenie w bagnie, jak powolne zasysanie przez bezsens i potworność, które usytuowane są tak blisko, że w końcu stają się niewidoczne. Przewrotność i niebezpieczeństwo Łaskawych polega między innymi na stopniowym oswajaniu czytelnika ze stałą obecnością zbrodni i śmierci; ów powtarzający się regularnie refren powoduje, że nie tyle czuje się on obezwładniony ich zasięgiem, co raczej „przyzwyczaja się” do nich, tak, że w końcu wydają się stałym, wręcz pospolitym elementem świata. O ile szczegółowe opisy masakr na Ukrainie, eksterminacji w Babim Jarze wstrząsają i wywracają żołądek na drugą stronę, to im dłużej towarzyszymy Auemu w jego peregrynacjach, tym łatwiej godzimy się z nieusuwalnym tłem – stosami trupów. Tak, że w końcu – jak Aue i jego towarzysze – wchodzimy w sam środek zbrodni, nawet tego nie zauważając.
Łaskawe, mimo swych licznych wad, są więc prawdopodobnie arcydziełem – arcydziełem na miarę świata, o którym opowiadają. Littellowi daleko wprawdzie do artyzmu Tołstoja, w tym samym jednak stopniu, co geniuszu poprzednika brakuje mu szerokiego oddechu, na który mógł sobie pozwolić „pierwszy święty rosyjskiej literatury”. Bo Tołstoj, choć także opisuje zbrojny konflikt, i to nie mniej szczegółowo niż Littell, wypada w tym porównaniu jak autor czytanek dla dzieci. Jego świat to świat niewinności, który po chwilowym wstrząsie wraca do stanu normalności, świat osadzony na niepodważalnym fundamencie wartości. To nie stopień występujących w obu powieściach potworności decyduje o całkowicie odmiennym charakterze pisarstwa Tołstoja i Littella. Różnią się oni przede wszystkim stosunkiem do transcendencji – stałą jej obecnością u Rosjanina i absolutnym brakiem u dziecięcia naszego świata, Amerykanina piszącego po francusku. Jak trafnie zauważył Stefan Chwin, Littell napisał książkę radykalnie ateistyczną, której celem nie może być ani wyjaśnienie, ani tym bardziej usprawiedliwienie kręcącego się wokół jądra zagłady świata, a tylko próba dotarcia do konsekwencji faktu, iż – o czym autor Łaskawych wspomniał w jednym z wywiadów – nasze istnienie jest całkowicie bezsensowne i całkowicie absurdalne i wszystkich strasznych rzeczy, które sobie nawzajem robimy, nic nie usprawiedliwia.
Łaskawe są powieścią o utraconej niewinności Europy. Książka Littella jest bezpardonową szarżą na cywilizację zachodnią w jej pooświeceniowej wersji, atakiem nie mniej brutalnym, choć lepiej zamaskowanym niż dzieła innego kanonizowanego dzięki opinii skandalisty prozaika – Michela Houellebecqa. Littell, podobnie jak autor Platformy, poważył się na rzecz w literaturze współczesnej niezmiernie rzadką – stworzył całościową wizję świata, w którym żyjemy. Obaj autorzy starają się nakreślić „warunki krańcowe”, w którym funkcjonują ich bohaterowie, a następnie dokonują rozeznania możliwości, które pozostają im w tych wąskich ramach. Obaj mają odwagę postawić całościową diagnozę bytu. Obaj badają i eksploatują „krańcowe konsekwencje” sytuacji, w której człowiek pozostaje sam na sam ze sobą jako jedynym prawodawcą. Łaskawe, podobnie jak Cząstki elementarne czy Możliwość wyspy, to model cywilizacji. A może nawet coś więcej – wizja egzystencjalna. Życie ludzkie – zauważa w pewnym momencie Aue – odarte z blichtru i bezsensownej ruchliwości, sprowadza się właśnie do tego: rozmnożywszy się, człowiek osiąga cel swojego gatunku, a jego własne cele to tylko iluzja, impuls, który zachęca do tego, żeby rano podnieść się z łóżka. Jednak jeśli spojrzeć na to obiektywnie […] dostrzegało się wyraźnie, jak daremne były to wysiłki, jak daremna była cała ta reprodukcja, bo przecież służyła tylko do wytworzenia nowych, bezużytecznych istot […] a co jeśli obóz, z całą swą sztywną organizacją, ze swą absurdalną przemocą, z drobiazgową hierarchią, jest tylko metaforą, reductio ad absurdum codziennego życia? Czyż tej konstatacji nie mógłby wygłosić jeden z bohaterów pierwszego celebryty literatury francuskiej?
Monstrualny monolog Maksa Aue można traktować zatem jak rozprawę sądową, mowę oskarżyciela. Littell ukryty wygodnie w cieniu swego bohatera wytacza proces naszemu światu – choremu na zbyt dobre samopoczucie. Nie różnimy się tak bardzo, jakbyśmy tego chcieli, od naszych przodków – twierdzi bohater Littella – nie jesteśmy od nich lepsi, mądrzejsi, bardziej przewidujący; mamy co najwyżej więcej szczęścia, szczęścia, którym jest fakt życia w lepszych czasach. Nigdy nie będziecie mogli powiedzieć: nie zabiję, to niemożliwe, jedyne, co możecie powiedzieć, to: mam nadzieję nie zabijać. Przekonanie, że TO nie mogłoby się zdarzyć w „naszym” świecie jest w gruncie rzeczy śmiertelnie groźnym złudzeniem. Ale przecież wojna skończona. Wyciągnęliśmy wnioski z tej lekcji, to się więcej nie powtórzy. Jesteście pewni, że wyciągnęliśmy wnioski? Jesteście pewni, że się nie powtórzy? I w ogóle, jesteście pewni, że wojna skończona? Mamy, powtarza z uporem Littell, niebywałe szczęście, że państwo – ów wymykający się kontroli i pojęciu twór naszych własnych rąk – pozostawia nas chwilowo w jakim takim spokoju. Żyjemy w okresie względnej hibernacji państwa i dlatego to raczej my wysuwamy roszczenia wobec niego, uznając za oczywiste, iż istnieje – czy raczej, powinno istnieć – po to, by nas chronić, a nie zużywać. Nie chcemy pamiętać, bądź po prostu zapomnieliśmy, że mitem założycielskim współczesnych państw jest Rewolucja Francuska, która nie była bynajmniej karnawałem wolności, lecz pierwszym aktem totalnej mobilizacji.
Interesuje mnie kwestia przemocy państwowej – wyznał Littell w jednym z wywiadów – przemocy na masową skalę, a nie indywidualnej przemocy kryminalnej. I tu dochodzimy do podstawowego zarzutu Littella: współczesne państwa, państwa narodowe, ów dziwny wynalazek nowoczesności, są – mniej lub bardziej otwarcie – państwami „totalnymi”, uzurpującymi sobie prawo do kontroli i dysponowania swymi obywatelami. Siedzimy na tykającej bombie, ba, jesteśmy jej niepozornymi elementami, składamy się na wewnętrzny mechanizm ładunku, który w (nie)sprzyjających okolicznościach może eksplodować, posyłając w diabły nasz bezpieczny i na pozór stabilny światek mieszczańskich uciech. Wewnętrzna struktura państwa opiera się bowiem na dwóch założeniach: po pierwsze – prowadzenia bieżącej ewidencji ludzkich zasobów, po wtóre – na zasadzie wymienności poszczególnych elementów. Holocaust czy obie wojny światowe mogły zdarzyć się jedynie w czasach owej nieuznającej wyjątków mobilizacji – bo tylko wtedy nie czyni się rozróżnienia między żołnierzem a cywilem, zawiesza się prawo obywatela nie tylko do życia, ale też, zauważa Littell, nade wszystko prawo do tego, by nie zabijać.
Littell przedstawia państwo jako byt transcendentny, nieprzejrzysty i samowolny. Kiedy dr Servatius, obrońca Eichmanna w Jerozolimie, w swej ostatniej mowie obrończej powoływał się na wykonywane przez klienta „akty państwowe” i sugerował, że to, co przydarzyło się jemu, może się w przyszłości przydarzyć każdemu, cały cywilizowany świat stanął w obliczu tego problemu, niezależnie od budzącej moralny opór ogólności powyższej konstatacji, dotknął sedna problemu, którym zajmuje się Littell w Łaskawych: zbrodniarz, który dla Hannah Arendt stał się wcieleniem „banalności zła” (spostrzeżenia tak trafnego, że wkrótce potem stało się nieznośnym sloganem), mógł być jedynie lojalnym „poddanym” państwa, któremu służył. Biurokracja, te – by przywołać określenie autorki Korzeni totalitaryzmu – „rządy Nikogo”, prowadzi bowiem do odpersonalizowania zarówno tych, którzy jej służą, jak i tych, przeciw komu się ona zwraca.
Oczywiście, można by na to rzec, iż forma państwowości, z jaką na co dzień obcujemy, jest całkowicie odmienna od tej, którą opisuje Littell; że wielopartyjny system, wszechobecna wścibskość mediów czy rozprzestrzeniający się kult indywidualizmu wreszcie wykluczają powtórkę z przeszłości. Przypatrzmy się jednak postaciom opisywanym przez Littella. Naziści w Łaskawych to kasta biurokratów myślących przede wszystkim o swej pozycji w strukturze organizacji, o awansach, za którymi uganiają się nawet wtedy, gdy świat wokół się rozpada; urzędnicy, dla których – jak dla wszystkich gryzipiórków na świecie – słowo kariera jest magicznym zaklęciem, a pokonywanie kolejnych szczebelków hierarchii celem samym w sobie.
Łaskawe wypełnione są kurzem ze skrzętnie gromadzonych akt i duchotą zapchanych archiwów. Nad całością góruje duch pragmatyzmu i statystyki – raporty mają przyczynić się do zmaksymalizowania efektów i zminimalizowania kosztów, jak w dobrze zarządzanej firmie. Aue, jak większość jego kolegów, jest tylko urzędnikiem, „idealnym urzędnikiem”, pracownikiem, o jakim w zaciszu swych gabinetów marzą zapewne specjaliści HR – zdyscyplinowanym, choć nie bezwolnym, samodzielnym, lecz nie samowolnym, dokładającym wszelkich starań, by możliwie najlepiej wykonać zadania na powierzonym mu odcinku. Z równym oddaniem pracuje nad sprawnym przeprowadzaniem egzekucji, jak i wytęża siły, by poprawić los więźniów, a tym samym uczynić ich bardziej produktywnymi. Aue jest ze wszech miar nowoczesnym technokratą, takim, od jakich roi się wokół nas, jakimi sami być może jesteśmy, bądź chcielibyśmy być: interesuje go wyłącznie racjonalizacja produkcji, własna wydajność, a jego jedyną ambicją wydaje się, używając miłościwie panującej nad nami nomenklatury, maksymalna profesjonalizacja własnych działań.
W jednym z wywiadów Littell zdobył się na odważną deklarację: Aue jest takim samym nazistą, jakim byłbym ja – bardzo uczciwym, bardzo zaangażowanym, pełnym poświęcenia i zainteresowanym kwestiami moralnymi. Oczywiście, problemem, który należałoby rozstrzygnąć przy tej okazji jest zagadnienie, do jakiego stopnia sądy wygłaszane przez bohatera powieści odpowiadają faktycznym przekonaniom autora? Ryzykowne i dalece niestosowne byłoby zapewne utożsamienie pisarza ze stworzoną przezeń „personą”. Jeśli jednak mam ochotę przyjąć, że niektóre refleksje Auego są wypowiedziami odautorskimi, to bynajmniej nie dlatego, żeby podejrzewać Littella o rozliczne patologie, a z powodu niewiary w ów abstrakcyjny wymysł literaturoznawstwa – w dzieło doskonale oddzielone od swego twórcy. Z dużym dystansem traktuję bowiem projekty całkowitej autonomii postaci literackiej, uważam podobną teorię za sztuczny konstrukt wysiedziany w przegrzanych inkubatorach akademickich katedr na potrzeby teorii literatury. Literatura jest zwykle w mniejszym lub większym stopniu „przezroczysta” – spomiędzy gąszczu akapitów i zdań, nawet tak gigantycznego jak w Łaskawych, w ten lub inny sposób przeziera sylwetka pisarza. Nie chcę przez to rzecz jasna powiedzieć, iż Max Aue to przebrany w mundur SS Littell. Nigdy nie dowiemy się, co powodowało pisarzem, gdy tworzył taką a nie inną postać. Nie sadzę, aby w odważnym wyznaniu autora, że przy konstruowaniu postaci użył pewnych aspektów własnej osobowości, kryła się perwersyjna przyjemność publicznego odkrycia tego, co na co dzień musi pozostać zagrzebane w lotnych piaskach mrocznych fantazji. A nawet jeśli miałaby to być jedna z motywacji Littella – nic nam do tego. Bo tak naprawdę istotą podobieństwa pomiędzy Littellem a Maksem Aue, a przy okazji pomiędzy Auem a nami, nie jest przecież zagadnienie, do jakiego stopnia autor jest „zboczeńcem”, a jego postać wyrazicielem tych skłonności, lecz zdanie rzucone przy okazji opisu „pracy” jednego ze swych kolegów z Sobiboru: i ja byłem taki jak on, i wy na jego miejscu też byście tak postępowali. W gruncie rzeczy Max Aue ma być bowiem everymanem, każdym z nas, tyle tylko, że mającym nieszczęście żyć w złych czasach. I właśnie ten zamiar, a nie niektóre właściwości bohatera Łaskawych, tak nam nie pasuje.
Najczęściej podnoszonym zarzutem wobec Littella jest jego decyzja o oddaniu głosu oprawcom, a odebraniu go ofiarom. Niewielki ma to związek z merytoryczną oceną jego pisarskiego warsztatu, dużo natomiast wspólnego z konsekwentnie wyrażanym przez autora Łaskawych poglądem odmawiającym uznania niepowtarzalnego charakteru holocaustu. W swoich komentarzach do książki twierdzi nawet, że narodowo-socjalistyczna polityka eksterminacji [ była ] tylko jednym z wielu przypadków ludobójstwa na dużą skalę, które zdarzyły się w dziejach ludzkości. Polityka francuska w Algierii, o której wspomina Aue w Łaskawych, czy też współczesne wojny, o których pisarz mówi w wywiadach, nie różnią się jego zdaniem zasadniczo od tego, co miało miejsce ponad pół wieku temu.
Littell wykorzystuje postać Auego, by zadać serię prowokacyjnych pytań, pytań co prawda nienowych, lecz takich, które zwykle zbywa się wzruszeniem ramion, pytań, które stawiają pod znakiem zapytania moralną wyższość aliantów nad ich nazistowskimi wrogami. Czy odwetowe naloty na niemieckie miasta, zwłaszcza u schyłku wojny, były konieczne? Czy przyspieszyły koniec wojny? Skróciły cierpienia kogokolwiek? Czy nie była to forma odpowiedzialności zbiorowej, od której przecież dystansuje się europejskie prawodawstwo, a na którym opierał się właśnie nazistowski system zagłady?
Więc kto jest winny? Wszyscy czy nikt? – można by spytać za Maksem Aue. Czy jednak tworząc taki dylemat, niezbyt oryginalny jeśli idzie o ścisłość, Littell faktycznie umniejsza winę konkretnych sprawców zbrodni? Czy za pomocą przewrotnej, diabelskiej wręcz argumentacji stara się nas przekonać, że – posługując się zwrotem cytowanego już Roberta Servatiusa – za czyny, które popełnili naziści otrzymuje się odznaczenia w przypadku zwycięstwa lub idzie się na szubienicę w wypadku przegranej? Czy Łaskawe faktycznie relatywizują historię i podważają nasz osąd o niej?
Po cóż w takim razie, posługując się mitem o Edypie, pisarz miałby odwoływać się do, tak nam z ducha obcej, greckiej koncepcji winy? Wszak jesteśmy przyzwyczajeni myśleć, że zło uczynione nieświadomie zasługuje na pewien rodzaj pobłażania. Tymczasem Littell przeciwstawia się podobnemu osądowi – zbrodnia jest zbrodnią, niezależnie od tego, jakie intencje towarzyszyły uczynkowi. Uczynione zło jest złem, jak w greckiej tragedii. – mówi o zakresie winy swego bohatera. – Nie ma na to żadnego usprawiedliwienia.
Littell popełnił więc wykroczenie – choć nie takie, o jakie się go oskarża – atakując mity zwycięzców, zdobywając się na roztrząsanie problemów, które rozbawiony ponad miarę świat Zachodu najchętniej zbyłby milczeniem, naruszył nasze dobre samopoczucie. Littell, opisując zbrodnię, nie usprawiedliwia jej bowiem, a jedynie „poszerza” zasięg odpowiedzialności, mnoży winnych i winę, rozpościera ją możliwie najdalej, zaraża nią cały świat.
Tak jak Łaskawe rozpoczynają się od strzału w oczy, tak też kończą się wbiciem klina między splątane i sprzeczne wrażenia, które wywołują. Ta nabierająca rozpędu kula śnieżna szaleństwa finiszuje z nagła, bez zapowiedzi i nadzwyczaj niejasno. Łaskawe wpadły na mój trop, oświadcza narrator, urywając opowieść po scenie zabójstwa swego przyjaciela. To najbardziej tajemnicze, najtrudniejsze do rozszyfrowania zdanie całej książki. Jednocześnie zdanie absolutnie kluczowe dla jej zrozumienia.
Littell nie ułatwia odbiorcy sprawy: druga część Łaskawych to literacki Armagedon, świat wokół Auego wali się, a wraz z nim rozpada się świadomość narratora. To maligna, w której czytelnik pogrąża się wraz z bohaterem. Rana, którą Aue odnosi pod Stalingradem, jest momentem przełomowym tak dla sturmbahnfuhrera, jak i struktury całej powieści. Od tej chwili skorupa rzeczywistości, realności, czy tylko może prawdopodobieństwa, pęka coraz częściej, a spod niej co rusz przeziera obłęd, wyładowujący się w pochodzie różnorodnych wizji – majaki opanowują stopniowo umysł Auego niczym stado rozszalałych zjaw. Równolegle z degeneracją umysłową narratora rozpada się też świat wokół niego – są to procesy dokonujące się jednocześnie. Coraz trudniej zorientować się, co jest rzeczywistością, a co rojeniem chwiejącego się umysłu. Następuje całkowite splątanie, pochód niewiarygodnych postaci i zdarzeń, rodzaj literackiej kakofonii, w której niemal nie sposób się rozeznać. Czy bowiem banda półdzikich, opętanych żądzą zabijania i bezkarnością dzieci faktycznie pomaga przedostać się Auemu przez linię frontu? Czy Aue faktycznie gryzie Hitlera w nos? I czy wariacki pościg dwóch fanatycznie tropiących go policjantów faktycznie ma miejsce, czy raczej rozgrywa się tylko w rozgorączkowanej wyobraźni narratora?
Nie sposób odpowiedzieć na te pytania jednoznacznie, podobnie jak nie uda się prawdopodobnie dojść do porozumienia w kwestii sensu kończącego powieść zdania. Stefan Chwin w swym przenikliwym eseju uznaje, iż Aue odkrywa, że żadne Erynie sprawiedliwie prześladujące sumienie zbrodniarzy nie istnieją, a jeśli nawet istnieją, to są łaskawe. Dlaczego jednak narrator we wstępie do swej opowieści nazywa ją baśnią z morałem, na dodatek baśnią straszną lecz budującą? Oczywiście, da się zbyć to pytanie stwierdzeniem, iż jest to jedynie westchnienie ulgi podstarzałego zbrodniarza, który wymknął się ludzkiej karze, by uszczęśliwiać gospodynie domowe produkcją koronek. Ale można też potraktować to zapewnienie jako odprysk autorskiej intencji, czy też po prostu odautorską wskazówkę Littella, jak należałoby rozumieć jego książkę.
Zdaniem Auego człowiek potrzebuje do życia tylko powietrza, jedzenia, picia i wydalania, no i poszukiwania prawdy. Snuje wspomnienia, które, jak zapewnia, do końca będą wolne od wszelkiej skruchy (i trzeba mu przyznać, że jak zapowiada, tak czyni), by zrobić porządek dla siebie samego. Littell nie zainscenizował na szczęście monodramu starucha, który zreflektował się, że za drzwiami czekają na niego archanielskie trąby. Potrzeba spowiedzi Auego nie wynika ze strachu; to raczej rodzaj wewnętrznego przymusu, niezależny, albo przeciwnie – na wskroś związany z całkowitą niewiedzą co do sensu ludzkiej egzystencji. W końcu nie jesteśmy tutaj dla zabawy. No to w takim razie po co? Nic nie przychodzi mi do głowy – przyznaje narrator powieści. Być może zatem w jego monologu chodzi jedynie o poukładanie faktów i ich zrozumienie. Ale bardziej prawdopodobne, że idzie raczej o ułożenie swego istnienia w sobie, uporządkowanie siebie, zrozumienie i  – mimo wszystko – rodzaj sądu, lecz nie tylko nad cywilizacją, o czym wspomniałem powyżej, ale też nad samym sobą.
Wojna poczyniła we mnie wielkie spustoszenia – mówi Max Aue – już tylko gorycz i długotrwały wstyd zgrzytały we mnie jak piasek między zębami. Łaskawe, żądne krwi erynie, zaczynają węszyć i ujadać w momencie, gdy Aue zamierza porzucić swą przeszłość, uciec od siebie i swojego nazwiska, wymknąć się ludzkiej sprawiedliwości, co mu się zresztą nadspodziewanie łatwo udaje. Skoro sprawiedliwość ludzi okazuje się tak wybiórcza, że posądzanie jej o ślepotę jest wyrazem zdrowego rozsądku, czy jedyną sprawiedliwością nie jest głos indywidualnego sumienia?
Jeśli tak potraktować wymowę Łaskawych to Classens i Wesen, dwaj policjanci badający sprawę zabójstwa dokonanego przez Auego, stają się nagle kluczowymi figurami powieści. Ich nagła i niespodziewana obecność w różnych miejscach, w opuszczonym domu siostry narratora lub wśród ruin Berlina, każe się wręcz zastanowić nad statusem ontycznym tych dwóch „rycerzy sprawiedliwości”. Czy to przypadkiem nie oni są tytułowymi łaskawymi – boginiami zemsty, które chcą dopaść Maksa Aue?
Narrator stwierdza w pewnym momencie: przemoc, alkoholizm, depresje, samobójstwa, mój własny smutek, wszystko było dowodem na to, że inny dla nas istnieje, istnieje jako osoba, jako istota śmiertelna, i że niczyja wola, niczyja ideologia, żadna ilość głupoty i alkoholu nie może zniszczyć tych więzów, cienkich, lecz nierozerwalnych. Pogwałcenie tych więzów pociąga za sobą karę – choć nie jest to kara, o ile w ogóle to słowo jest tu na miejscu, jakiej byśmy sobie zapewne życzyli. Bo Łaskawe nie opowiadają o tryumfie jakiejś metafizycznej sprawiedliwości czy zasady moralnej wrośniętej w człowieka. Jednak za powyższymi słowami kryje się przewrotny, jak cała książka, morał, przy tym morał okrutny i trudny do przyjęcia: jedyną sprawiedliwością, jaka dosięgnąć może Auego i jemu podobnych, jest ta, którą sam sobie wymierzy.
Łaskawe to powieść konsekwentnie bezwzględna, jej odwaga usprawiedliwia nawet jej oczywiste braki i równie ewidentny nadmiar. Nie ma tu miejsca na choćby najlżejszy optymizm, ten totem, wokół którego tańczy współczesność. Lecz przy całym ładunku okrucieństwa nie jest to książka amoralna. Przeciwnie, to oskarżenie, które zamienia się w memento wystosowane do świata współczesnego. Jeśli zrozumiesz Niemców sprzed 60 lat – twierdzi Jonathan Littell – to może uświadomisz sobie, że nie różnisz się od nich aż tak bardzo jako Amerykanin czy Izraelczyk. Może uda nam się użyć naszych mechanizmów społecznych, żeby zapobiec całkowitemu zejściu naszych społeczeństw na złą drogę. Łaskawe jako moralitet? Baśń z przeklętego świata? Was też ona dotyczy; sami zobaczycie.

Premiera tekstu miała miejsce w „Dekadzie literackiej” nr 3/2009.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 19/12/2010 by in lektury obowiązkowe, powieść and tagged , .
%d bloggers like this: