Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

KONIEC ŚWIATA MĘŻCZYZN

Pisarz nie powinien się zanadto mienić, dzielić się przez zbytnią mnogość tematów. W gruncie rzeczy najbardziej przecież cenimy sobie autorów, którzy przez całe literackie życie krążą wokół tych samych motywów, podchodzą swe obsesje to z tej, to z innej strony. Eustachy Rylski należy właśnie do tej kategorii twórców. Książki, które dotąd popełnił mają wspólne epicentrum, organizuje je kilka wątków, wokół których wciąż się obracają. Podobnie rzecz ma się z jego bohaterami. Autor dyptyku Stankiewicz / Powrót, arcydzieła współczesnej literatury polskiej, konsekwentnie, co nie znaczy, że na pewno świadomie, powołuje do życia bohaterów podobnych do siebie jak źdźbła trawy, napędzanych zasadą, o której pisał w jednym ze szkiców literackich zebranych w Po śniadaniu: „żyć można albo niebezpiecznie, albo w ogóle, bo inaczej nie można”.

A właśnie w Po śniadaniu pisarz uchylił nieco drzwi swojej literackiej kuchni. W tej niepozornej książeczce wprowadza nas w świat własnych lektur, przede wszystkim jednak zdradza mechanizmy, które napędzają jego prozę. Bo fascynacje literackie to dla pisarza ukryta sprężyna, dzięki której sam nadaje sobie kierunek. W przypadku Rylskiego dwa wektory wydają się niepodważalne; pierwszy to klasyczna proza rosyjska, drugi zaś –Hemingway.

Twórczość tego ostatniego wisi nad twórczością Rylskiego jak gwiazda betlejemska. Sam Rylski wytłumaczył się z tej fascynacji w sposób przekonujący: „pisarz od Hemingwaya to nie był jajogłowy intelektualista w rogowych okularach na pół twarzy, uniwersytecki gawędziarz czy, nie daj Bóg, romantyczny gruźlik, tylko mężczyzna na sześć stóp z okładem, z ramionami gladiatora, z kwadratową, jankeską szczęką, nieobywający się bez alkoholi i kobiet, który raz w tygodniu musiał komuś dołożyć, a jednocześnie zdolny był do najwrażliwszych uczuć, najdelikatniejszej przyjaźni, najczulszych względów” (Przed śniadaniem). Młodzieńcza fascynacja amerykańskim autorem, nawet jeśli przezwyciężona w dojrzałych latach z powodów estetycznych, pozostaje centralnym odniesieniem dla konstrukcji bohaterów Rylskiego. Bo ci są wybitnie Hemingwayowscy: zwaliste chłopy o duszach trzepoczących się niespokojnie w sześcianach twardych, żylastych ciał. Te dusze zaś są na wskroś rosyjskie, dokładnie takie, jakie w świat wyeksportował Dostojewski. Wystarczy sięgnąć po dowolną książkę Rylskiego, by się o tym przekonać.

Świat męskiego mitu

Świat Rylskiego to świat męskiego mitu. Nie uświadczy się w nim ułomków, inteligentów przestępujących z nogi na nogę przed każdą decyzją. Jego mężczyźni nie mają mięśni, a stal, w najgorszym razie ciało związane jakby w węzeł. Ich podbródki są kwadratowe, wyciosane, oczy stalowe, zimne i patrzące pewnie, prosto przed siebie, potężne łydy zawstydziłyby niejednego lekkoatletę, zmarszczki zaś nasuwają myśl o wszechstronnym doświadczeniu. To herosi, choć herosi regularnie trapieni zastanawiająco powtarzalną gorączką, która rozbiera ich popołudniami, jakby nie była jedynie fizyczną dolegliwością, ale wyrazem czegoś, co domaga się ujścia z tych dobrze wykutych ciał.

Cielesna kompleksja bohaterów Rylskiego stoi bowiem w całkowitej opozycji do psychicznej czkawki, która co i rusz ich dopada. Im bardziej niezłomna wydaje się ich fizyczność, tym bardziej rzucają się w oczy skazy charakteru, jakiś niedostatek woli, niedomiar sił życiowych.

Stankiewicz, Rogoyski, Rański czy Rangułt są dziećmi Saturna, smutnego boga pozbawionego potencji, są wytrzebionymi z sensu istotami, które rzucają się po świecie w poszukiwaniu jakiegoś usprawiedliwienia dla samych siebie. Wszyscy pospołu odczuwają zastanawiającą pustkę, odkrywają w sobie białe plamy, jakiś brak czy stratę, której nie potrafią nazwać. Tych wypełnionych po brzegi własną męskością bohaterów drąży robak bezsensu. Tracą grunt pod nogami i chwieją się moralnie, a mimo to, czy raczej – właśnie dlatego, nie opuszcza ich potrzeba fundamentu, czegoś, na czym można by polegać. Ostatecznie człowiek, żeby żyć potrzebuje na czymś się wesprzeć, a wspieranie się na pustce nie wchodzi, jak wiadomo, w rachubę. Stąd prawdopodobnie taka popularność wśród mężczyzn najbardziej zwariowanych hobby: im bardziej natarczywe hobby, można by powiedzieć, tym czyhająca za nim przepaść większa. Mężczyźni Rylskiego nie mają jednak zbyt bezpiecznych zainteresowań; nie chodzi im bowiem o wypełnianie czasu, ale wydarcie skrawków sensu z chaosu, w jakim żyją.

Nie mają światu do zaoferowania więcej niż świat im. Nie są umocowani w żadnej tradycji, w żadnej idei. Nie przynależą donikąd, wydają się jacyś niedoczłowieczy, uśpieni, rozłażący się w codzienności. Szukają sobie zastępczych osi, wokół których mogliby uporządkować świat, a nade wszystko siebie. Potrzebują zwarcia, napięcia, sytuacji jak rzut monetą. Dlatego brną w awantury z rozpaczą rozbitków zalewanych falami chaosu, prowokują własny upadek, nurzają się w nim z determinacją mającą zastąpić im cel. Przy czym nie wyładowują się w pojedynczych ekscesach, lecz wpadają w prawdziwie potępieńcze ciągi – ciągi alkoholowe i ciągi okrucieństwa.

Taki na przykład bohater Powrotu Rogoyski to wprost uosobienie szerokiej duszy rosyjskiej, bezbrzeżnej tyleż w okrucieństwie, co w samozatracie, toczącej się gładko między skrajnościami, mieszczącej w sobie gwałt i rozpasanie obok wysokiej intelektualnej kultury. Rogoyski eksperymentuje na sobie dokładnie w taki sam sposób jak ci dziewiętnastowieczni rosyjscy doktorzy-organicznicy, umierający na cholerę, którą sami się zainfekowali. Jakby celem kapitana była katabaza w głąb czerni, którą jest dla samego siebie; jakby wierzył, że człowiek ukonstytuowany jest na podobieństwo cebuli, warstwa po warstwie, i dopiero ich zerwanie gwarantuje dotarcie do jakiegoś prywatnego „jądra ciemności”. Zabija beznamiętnie, jak to mężczyznom w jego typie przystoi, nie poświęcając tej niewyszukanej czynności więcej uwagi niż to faktycznie konieczne, by wysłać kogoś na tamten świat. W Powrocie znajdziemy znamienną scenę potyczki białogwardzistów z machnowcami; to podczas niej zdarza się Rogoyskiemu coś, czego wcześniej, mimo burzliwego życia, nie doświadczył – wojenny orgazm na widok urządzonej przeciwnikowi masakry. W apogeum nieludzkości Rogoyski zrywa się z kagańca etyki, odrzuca pokost kultury, praw i cywilizacji. W ten sposób dopina swego – doświadcza wolności. W ten sposób również odkrywa siebie jakby na nowo, wytrąca się ze stanu obojętności, w którym był pogrążony. Jest tą przemianą zdezorientowany, chyba trochę przestraszony, ale przede wszystkim zafascynowany.

Stankiewicz nie bije się bardziej z czerwonoarmiejcami aniżeli ze sobą. Jeśli dotrzymuje im kroku w nieprzejednaniu, to na pewno nie w nienawiści. Nie walczy dla idei, lecz by utrzymać w ryzach rozpadającą się osobowość. Idee są bowiem losowe i wymienne; jeśli postacie stworzone przez Rylskiego opowiadają się za jakąś, robią to, ulęgając ciężarowi przypadku i życiowego bezwładu. Kieruje nimi fatalizm i poczucie przypadkowości. Traktują istnienie jak grę losową. Dlatego rośnie w nich pragnienie zwady, bezpośredniego zwarcia, gwałtowności eskalującej niekiedy w zbrodnię. To odpowiedź na bełkot życia, idiotyzm Historii, indywidualną pustkę.

Prozę tę wypełniają outsiderzy, odmieńcy, istoty wyalienowane i samotne. Mężczyźni u Rylskiego chętnie zajmują pozycje na uboczu, skąd bez nadmiernej ciekawości rozglądają się po świecie, jakby nie do końca mogli pojąć, że inni cos faktycznie robią, angażują się, gdzieś zmierzają, do czegoś dążą. Sami rzadko podejmują decyzje – zwykle zdają się na bieg wydarzeń, pozwalają, by świat poniósł ich niczym wzburzona rzeka. Jeśli już o czymś decydują, robią to jakby mimochodem.

To nie jest świat dla (młodych) kobiet

Świat Rylskiego to świat przenicowany przez męskość, choć bywa to męskość mocno kulejąca. Nawet jednak najbardziej męski ze światów, to rzecz wiadoma, nie może się obyć bez kobiet. W twórczości autora Wyspy są one jednak zwykle tylko ornamentem, pełnią rolę dodatkowych elementów scenografii, przydatnych, acz głównie do tego, by bohaterowie mieli odpowiednio zaaranżowaną scenę. Kobiety Rylski traktuje w swej prozie nad wyraz obcesowo – jako istoty użyteczne, choć użyteczne w bardzo określony i tradycyjny sposób, którym nie warto zajmować się zbyt dokładnie, żeby nie narazić się na zarzut seksizmu.

Bohaterki pisarza są zazwyczaj duchowo wyszczerbione bądź po prostu puste; jak niezrównana kuzynka Elżunia, którą podczas podróży do Polski Stankiewicz odwiedza w dworku zagrzebanym w błotach pod Łowiczem. Ta klasycznie zaściankowa matrona z wianuszkiem dzieci, ustami nadętymi frazesem, nieodłączną otyłością i zapaszkiem potu rozsiewanym bez skrępowania to niemal parodia kobiety. To matka-Polka z najgorszych koszmarów: opasłe, ospałe babsko wygdakujące na okrągło patriotyczne androny, wyżywające się w macierzyństwie, tudzież naszej tradycyjnej narodowej rozrywce – martyrologii.

W Powrocie zaś pod postacią żony Rogoyskiego odnajdujemy kolejną inkarnację Penelopy, równie wiernej i nużącej jak bohaterka homeryckiego eposu. Jest upichcona w wywarze prozy Rylskiego tak, że właściwie nie sposób potępić Rogoyskiego, iż mimo pięciu lat nieobecności w domu już po kilku dniach miałby ochotę czmychnąć zeń na ukraińskie stepy. Oto małżonek powraca nie wiadomo skąd i bóg wie po jakich przejściach, a żona niemalże od progu zaczyna mu głowę zawracać a to odcieniem farby używanej do swej koafiury, a to problemami z zarządcą, a to narzekaniem, jak ciężko jej było znieść tak długą rozłąkę. Nie ma się co dziwić, że zamiast ulegać domowemu błogostanowi, Rogoyski, wypoczywając „po miłosnym wysiłku”, jak odwieczną metodę kontaktów damsko-męskich z dyskretną i niewspółczesną elegancją nazywa Rylski, oddaje się raczej smutnym wspomnieniom o licznych Nastiach, Joannach, Gilinach, które zupełnie udatnie zastępowały mu żonę w czasie wojennych awantur.

Wyjątki od powyższej reguły są dwa: pierwszy to stare kobiety, noszące w sobie ciężar lat i doświadczenia. Można by nawet powiedzieć, że dopiero wylądowawszy na bezpłciowym brzegu podeszłego wieku kobiety stają się dla pisarza równe mężczyznom, że dopiero spełniwszy ów warunek okazują się godne szacunku. Taka jest blisko stuletnia Lubow Kiriłowna z Człowieka z cienia. Taka jest też daleka ciotka Stankiewicza spod Łodzi, dystyngowana dama o mądrej i smutnej twarzy. Impregnowana na patriotyczne kolchidy, bezceremonialnie poczyna sobie z ziemiańsko-szlacheckim światkiem, zbyt zapatrzonym w siebie, by dostrzec własny schyłek.

Drugim odstępstwem od zasady postponowania rodu niewieściego jest bohaterka Refrenu, wczesnego opowiadania opublikowanego w tomie Tylko chłód, jedyna kobieta, której Rylski powierzył pierwszoplanową rolę. Ale nawet ona, zgrana i lekko już przejrzała aktorka, która przeżywa swój powolny zawodowy zmierzch, wydaje się płaska i jednowymiarowa, gdy ustawić ją w jednym rzędzie z męskimi tworami Rylskiego. Jeśli tych ostatnich pisarz zaopatruje w cały zestaw problemów egzystencjalnych, to dramatem Anny Kowalik wydaje się przede wszystkim upływ czasu i coraz bardziej w związku z tym widoczne ubytki kolagenu. Lęk przed przemijaniem wydaje się jej konstytutywną własnością – mając dwadzieścia lat już porównuje się do młodszych i świeższych dziewczyn. W przeciwieństwie do wyrafinowanych, kulturalnych, choć skorych do okrucieństwa mężczyzn, Anna jest trochę nieokrzesana, święty Piotr myli się jej z celnikiem Szymonem. Posiada jednak cechę, która w optyce Rylskiego jest dobrym powodem, by traktować ja z niejaką estymą – Anna ma w sobie coś z człowieka, który w pokerze z życiem zgrał się do cna.

Zasadniczo jednak kobieta stanowi dla Rylskiego poręczne akcesorium, w najlepszym razie narzędzie, dzięki któremu można posunąć akcję naprzód. Bo Rylski to pisarz, co tu ukrywać, reakcyjny. Więcej – wydaje się wręcz, że on się w swej reakcyjności pławi. Nie należy bowiem do pokolenia mężczyzn hiperpoprawnych w swym płciowym indyferentyzmie, sterroryzowanych przez absolwentki gender studies. Nie kryje się z nostalgią za wykrojonym specjalnie dla samców kawałkiem świata, gdzie obowiązują cnoty niezbyt przystające do naszych wydelikaconych czasów. Cnoty, dodajmy, do których obecnie pozwalają sobie głośno wzdychać jedynie kobiety znajdujące się w swej drugiej albo i trzeciej młodości. A pozostałe? Pozostałe także prawdopodobnie niekiedy wzdychają, tyle że po cichu, bo nieco wstyd się do tego przyznawać. Dowody? Posiadamy jedynie dowody pośrednie – popularność Rylskiego. Ostatecznie jest w Polsce czytany, a być czytanym w Polsce znaczy być czytanym przez kobiety, bo, jak wiadomo, męski czytelnik wymarł niczym mamuty. Mężczyźni w swojej masie zanadto zajęli się ogłupianiem samych siebie, by mieli jeszcze czas na powieści.

Coś przecież musi przyciągać te rzesze czytelniczek wypełniających podczas spotkań z autorem Warunku biblioteki i domy kultury. I nie jest to zapewne mało przecież zawoalowany mizoginizm pisarza. A zatem co? Wspaniała fraza Rylskiego? Oczywiście. Jego niegdysiejszy ziemiański urok? I owszem. Ale może i – trochę strach dopowiadać – może i jakaś tęsknota? Marzenie – choć pamiętajmy, że marzenia pozostają najsłodsze, gdy nie zastygają w rzeczywistość – o męskim świecie, gdzie na równi liczy się siła argumentu, co pięści, a jeśli te dwa porządki wchodzą ze sobą w spór, rozstrzyga go na swą korzyść dobrze wyprowadzony sierpowy? Bo może mężczyzna metroseksualny, wypudrowany i wypucowany do błysku, ze starannie przyciętą grzywką nad nieskazitelnym czołem to jednak nie do końca to?

Lepiej porzućmy te ryzykowne rozważania…

 

Tekst ukazał się w „TWÓRCZOŚCI” (12/2010) pod tytułem „Epitafium dla mężczyzny”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 27/12/2010 by in esej and tagged .
%d bloggers like this: