Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Ta książka to jest zemsta…

Jarosław Marek RYMKIEWICZ

SAMUEL ZBOROWSKI

Jarosław Marek Rymkiewicz dokonał nie lada sztuki; na jesieni życia udało mu się wydobyć z getta literatury (bo co by wzniosłego na ten temat nie powiedzieć, jej oddziaływanie słabnie w zastraszającym tempie i powoli staje się ona niegroźnym hobby dla różnej maści postrzeleńców, a nie — jak bywało — kwestią życia i śmierci) i rozpalić emocje zrozumiałe dla szerszej publiczności. Od momentu pojawienia się Wieszania na języki wzięli go już nie spoceni z emocji poloniści, których olśnił jakiś wyjątkowo udatny koncept poety z Milanówka lub szczególnie kontrowersyjna teza na temat twórczości tego czy owego wieszcza, lecz poważni (a więc zajmujący się polityką) komentatorzy naszej rzeczywistości. Jego wojownicza postawa na pobojowisku bieżącej polityki sprawiła, że dla zwaśnionych stron stał się albo niepokalanym rycerzem, kruszącym kopie o polskość, albo ciemną siłą szturmującą wciąż relatywnie świeże przyczółki modernizacji. W Samuelu Zborowskim, czego można się było oczywiście spodziewać, Rymkiewicz nie odpuszcza (czym zapewne ucieszył zarówno swych zagorzałych zwolenników, jak i zaciekłych polemistów). „Ta książka to jest zemsta za tę krew niewinną” — wyznaje i choć zdanie odnosi się raczej do śmierci tytułowego bohatera ostatniego dzieła pisarza, to w kontekście katastrofy smoleńskiej wybrzmiewa przecież jakoś złowieszczo.

Sam należę do tych, którzy zachodzą w głowę, na co to Rymkiewiczowi było? Skąd ta wolta od literatury i radykalna pasja pisarza niepierwszej wszakże młodości, a więc twórcy, który — przynajmniej teoretycznie — powinien się impregnować na pokusy ideologii? Uważam jednak, nie podzielając bynajmniej poglądów Rymkiewicza na polską rzeczywistość, że pisarz, jak chciałaby podejrzewać znacząca część jego oponentów, intelektualnie bynajmniej nie stetryczał, tym bardziej zaś literacko się nie stoczył. Przeciwnie — jego ostatnie książki to rzeczy doskonałe właśnie i przede wszystkim pod względem literackim i choćby dlatego dla tych, którzy jeszcze cokolwiek poza fantasy i kryminałami czytają, to lektury więcej niż obowiązkowe.

Zawsze fragment

Rymkiewicz już na wstępie swego najnowszego dzieła przypomina towarzyszące mu prawdopodobnie od zawsze twórcze credo: „każde istnienie jest fragmentaryczne w każdym sensie […] jest zbiorem fragmentów, które są ze sobą luźno połączone i które nie układają się w domkniętą całość”. Samuel Zborowski to więc, jak łatwo wywnioskować z powyższego, rzecz nielinearna, złożona z odrębnych komórek, które niekoniecznie na siebie zachodzą, a jeśli zachodzą, to bynajmniej nie ściśle. Ta pozbawiona żelaznej konstrukcji opowieść wiedziona jest własną logiką, która nakazuje autorowi wystrzegać się całości zbyt zamkniętych, zbyt wykończonych, zbyt oczywiście prowadzonych od początku do końca.

Czas bowiem nie jest dla autora kategorią bezwzględną i nieprzekraczalną — że niby jeśli przeszłość to przeszłość, a jeśli teraźniejszość to teraźniejszość. Z czasem Rymkiewicz obchodzi się jak ze swoją opowieścią, a więc obcesowo, co nie znaczy bynajmniej — bez wyrafinowania. Porusza się nie tyle po tropie następstwa historycznych faktów, co raczej w continuum swojej myśli. A ta za nic ma przeszkodę w rodzaju kilkuset lat dzielących nas od opisywanych w Zborowskim wydarzeń. Rymkiewicz wyprawia się zatem do miejsc, których nie ma — a jeśli są, to właśnie i tylko dzięki niemu — i przywozi z nich dla nas relację, co zdołał dojrzeć tam, w unicestwiającym wirze.

„Trzeba, chcąc zbliżyć się do nieistniejącej całości — do tego czegoś. co kiedyś było całością (lub z pewnej odległości całością mogłoby się wydawać) — odszukać możliwie dużą ilość kawałków, z których składa się ta całość”. W tym silva rerum znajdziemy więc i opowieść o niedźwiadku Zborowskiego, i historię elekcji Stefana Batorego, i opis wyroku śmierci, wykonanego na franciszkańskim zakonniku, wyroku o tyle osobliwym, bo polegającym na utopieniu skazańca w nieczystościach. I to logika nie do końca okiełznanego przypadku — „nie ma w tym — jak w wielu rzeczach ziemskich — żadnego porządku” — skłania autora do ciągłych ekskursów, przypisów, dopisków, wycieczek na marginesach głównego wątku. Ostatecznie, przekonuje Rymkiewicz, właśnie do klajstrowania rozbitego lustra przeszłości musi uciekać się każdy, kto ośmiela się rzucić wyzwanie przemijaniu. „Czas, który zostawiamy za sobą, rozpada się natychmiast”. Pisanie to zatem dla pisarza praca podejmowana przeciw nieporządkowi, przeciw bełkotowi, w jaki świat zamienia się, jeśli nie wpisać w niego — na skończenie człowieczy sposób — jakiejś reguły i jakiegoś ładu. Wyznaje wszakże: „opisywanie (porządkowanie chaosu) to moja specjalność. Gdyby nie było chaosu — gdyby życie nie było dzikie i chaotyczne — pisanie przestałoby mnie interesować”.

„Kawałki, które pozostają po życiu (z całości życia), mają […] w sobie coś ze szczątków pozostałych z katastrofy […] i nie wiadomo, dlaczego coś się zachowało, a coś nie — nie da się tego wytłumaczyć, więcej, nie da się na ten temat powiedzieć nic sensownego”. Samego Zborowskiego jest więc w Zborowskim niezbyt wiele — zatraca się nam ta tajemnicza postać, zaciera przed oczyma, ginie tak, jak ginie (zginie) każdy, kto się wyprawił na ten świat złożony z trwalszych niż człowiek rzeczy. Ostatecznie, zauważa Rymkiewicz, „zawsze jest tak, że więcej znika, niż zostaje”.

Autor Wieszania nie jest zresztą biografem, lecz archeologiem; a nie jest biografem, bo nadrzędnym celem tego ostatniego jest stworzenie ułudy pełnej historii. Tymczasem Rymkiewicz poczyna sobie wręcz odwrotnie — uporczywie podkreśla, że całości odtworzyć się nie da, zwłaszcza jeśli ktoś ma ambicje (a Rymkiewicz je ma) powiedzieć coś faktycznie ważkiego o istocie naszego bytowania: „Chciałbym przedstawić całość życia Samuela, ale nie da się przedstawić czegoś, czego nie ma. Całość można by zmyślić, ale to mi nie odpowiada”.

Zmyślenie pisarzowi nie wystarcza, na całość (a więc i prawdę) liczyć nie sposób. Odpowiedzią Rymkiewicza na ów dylemat było wypracowanie oryginalnej formuły, ni to historycznej, ni literackiej, nadzwyczaj za to efektownej i pojemnej; mieszczą się w niej swobodnie zarówno krytyczne oględziny pisemnych świadectw przeszłości, rozważanie prawdopodobieństw, ale i domniemanie czy po prostu fantazja i autorskie samochciejstwo, które historycy zwykli zwać kontrfaktycznością.

Czemu jednak ta synkretyczna metoda, poza satysfakcją czytelniczą rzecz jasna, miałaby służyć? Odpowiedzi wprost trudno w książkach Rymkiewicza uświadczyć, ale szukając jej, dobrze jest sięgnąć po wcześniejsze prace pisarza. Łatwo wtedy spostrzec, że zabiegi stosowane w Zborowskim czy Wieszaniu są tożsame z patentami wynalezionymi przezeń już dawno temu. Najdoskonalszą, pod względem literackim i chyba również intelektualnym, realizacją tego sposobu pisania była trylogia poświęcona Mickiewiczowi; owo arcydzieło dekonstrukcji mitu wieszcza to przykład jak na spalonej ziemi po jednym micie można wznieść inny, pełniejszy, wiarygodniejszy i bardziej pod własne oczekiwania skrojony.

Ten sam mitotwórczy zapał w książkach popełnianych przezeń ostatnimi czasy rzuca się po prostu bardziej w oczy i to nie dlatego bynajmniej, że jest bardziej wyrazisty, ma lepiej zarysowane kontury, lecz z powodu jawnego zaangażowania pisarza w bieżącą politykę. Co innego bowiem wznosić mity w bezpiecznym dominium literatury, co innego zaś tworzyć polityczne koncepty, polemiczne wobec dominującego w Polsce od dwóch dziesięcioleci projektu modernizacji i pogoni za tak zwanym Zachodem.

W Zborowskim Rymkiewicz, z impetem uderzając w sielskie wyobrażenia szesnastowiecznej polskości, tworzy osobisty — spektakularny i anarchistyczny — mit Rzeczypospolitej szlacheckiej. Przy czym napisana przezeń wizja nie ma nic wspólnego z jakimś arkadyjskim obrazkiem charakterystycznym dla obrazów Złotego Wieku: „Opowieści o polskiej łagodności, renesansowej tolerancji Polaków, ich ówczesnym „humanizmie” oraz ich państwie bez stosów to są jakieś bajki […] zwykła łgarstwa […] Polska szlachta była dzika i okrutna […] dzikość, okrucieństwo i wściekłość były strażnikami szlacheckiej wolności”. Można nawet bez specjalnego ryzyka pomyłki założyć, że gdyby nie owa „dzikość, okrucieństwo i wściekłość”, Rymkiewicz nie miałby dla naszych przodków poważania. Współcześni Polacy właśnie dlatego mu nie smakują, bo te pikantne elementy naszego narodowego ustrojstwa podobno utracili — rodacy są dla autora Rozmów polskich… nadto miałcy i niebohaterscy, zbyt wiele w nich kunktatorstwa, a za mało wizji. W Zborowskim uświadczymy wiele pogardy dla czasu stanów średnich, braku żarliwości i braku ryzyka, które z żarliwości się bierze. „Dzielność w istnieniu, dzielność istnienia — to jest właśnie to, co by się nam tutaj przydało”. Nie staje rodakom Rymkiewicza, w każdym razie większości z nich, większości z nas, „śmiałości swobodnego istnienia”. Roi się więc pisarzowi jakaś „wolność niezbywalna, to jest taka wolność, której zbyć nie można, bo bez tej wolności nie jest się polskim rycerzem — lecz jakąś hołotą, którą ktoś może rządzić, jak mu się podoba”.

Polskość jako stan ducha najtreściwiej i najdosadniej, zdaniem Rymkiewicza, ujęta została w siedemnastym artykule henrycjańskim, dającym szlachcie prawo wypowiedzenia posłuszeństwa panującemu. „Jeśli nie dotrzyma słowa, mogę odebrać mu władzę — także używając siły”. Polskość to więc stan wolności, wolności anarchicznej, wyrywania się z ryz, stan nie-podległości. I każdy, kto tę wolność chce spętać, kto na nią rękę podniesie, powinien liczyć się z konsekwencjami. „To niech sobie panowie zapamiętają, panie prezydencie, panie premierze, panowie, którzy teraz nami rządzicie”. Pobrzmiewa w tych słowach pogróżka, a ponadto i echo tęsknoty, znacznie wyraźniejszej zresztą w Wieszaniu, za „założycielskim mordem”, aktem przemocy, który oczyszcza, który spaja naród w kryształ. Rymkiewiczowi tęskno za rzezią i raczej żałuje, że „od pewnego czasu głów się nie ucina”. Ale zarazem dodaje z niejaką nadzieją: „Ale może jeszcze wrócimy do tego obyczaju”. Znany z dwóch ostatnich książek pisarza projekt polityczny w Zborowskim więc z pewnością nie osłabł. Jego ostra klinga, skora do ferowania wyroków i szybkich egzekucji, błyszczy równie wyraźnie jak w Wieszaniu i Kinderszenen: „każde królobójstwo okazuje się wreszcie korzystne dla narodu królobójców”.

„Sposoby polskiego przemawiania”

Pisarz wiedzie swój żywot w języku, ale pisarz-historyk, obcujący z różnymi jego odmianami, wiedzie raczej żywoty równoległe czy wielokrotne, przemieszcza się między światami, które mało, albo w ogóle, do siebie nie przystają. Polszczyzna jest jednym z bohaterów Rymkiewicza, bohaterem równouprawnionym, a zdarza się, że i nadrzędnym w stosunku do postaci, którymi pisarz się zajmuje. Jego peregrynacje po czasie są bowiem jednocześnie podróżami po zmieniających się „sposobach polskiego przemawiania”. Autor Zborowskiego żyje w polszczyźnie, żyje polszczyzną, ba, on się w tym języku po prostu durzy. I jest to, trzeba podkreślić, miłość odwzajemniona.

A mimo to polszczyzna pozostaje dlań obca, tajemnicza i autonomiczna. Język bowiem nie jest jedynie mniej lub bardziej poręcznym narzędziem, za pomocą którego komunikujemy nas samych innym, lecz osobnym bytem, swoimi prawami się rządzącym, „stworą wypełzającą z naszej krtani […] siłą, o której intencjach niemal nic, może nawet w ogóle nic nie wiemy”. Nie przenikamy nigdy obiektu swej adoracji, choć właśnie tego najbardziej pragniemy — to ponury paradoks wszelkiego miłosnego zatracenia. „Język nie tylko wydobywa na jaw (coś odsłania), ale może też coś ukrywać w mroku, coś gdzieś głęboko chować, czyli nie odsłaniać, lecz zasłaniać […] Wiemy, że czegoś nie pojmujemy, ale nie wiemy, czym jest — a nawet, czym mogłoby być to niepojmowalne — i jest to właśnie granica językowa, wyznaczają ją zaś zmiany w języku”.

Jeśli Rymkiewicz te zmiany pieczołowicie rejestruje, robi to jednak nie tylko ze względu na językową namiętność, ale i po to, by znaleźć dowody na swą nadrzędną tezę — że świat psieje, że postęp, do którego nasza cywilizacja łasi się jak salonowy piesek do nóg swojej pani, w jakiś paradoksalny sposób zamienia się w regres. Cywilizacja to bowiem „rzecz językowa, zakorzeniona w języku, nieodłącznie związana z językiem. Jest w języku i bierze się z języka, od niego się zaczyna i w nim się kształtuje, ponieważ tylko w języku, nigdzie indziej, mogą zostać sformułowane różne cywilizacyjne pomysły. […] Jeśli zaś cywilizacyjne pomysły powstają w języku, tam są formułowane i stamtąd wydostają się na powierzchnię życia, to miarą cywilizacji, jej skomplikowania, jest, nawet musi być skomplikowanie języka”. Rymkiewicz świata, który go otacza, nie poważa zatem nie tylko z powodu nieszczęsnych wyborów politycznych swoich ziomków, ale może przede wszystkim ze względu na to, co współczesność zrobiła z polszczyzną. „Jeśli istnieje coś takiego jak ewolucja językowa, ewolucja fonetyki oraz składni, to z pewnością nie jest to ewolucja postępowa; raczej wsteczna […] szczebel językowej drabiny, na której stanął Kochanowski z Górnickim, jest dla nas nieosiągalny”.

„to, co ludzkie, nie ma żadnej wyraźnej i porządnej przyczyny”

Rymkiewicz to twórca wyjątkowo niedzisiejszy, po pierwsze — ze względu na stosunek do języka, po wtóre zaś z przyczyn, które można by chyba nazwać światopoglądowymi. Jego nieprzejednana wizja egzystencjalna nie przystaje bowiem do teraźniejszości, z jej krótką — coraz krótszą — niesięgającą poza obecną chwilę perspektywą. Autor Kinderszenen to postać z ducha przedoświeceniowa, impregnowana na optymistyczny dyskurs, który zasiali w łonie naszej cywilizacji francuscy encyklopedyści. Postawiłbym nawet ryzykowną tezę, że pisarz, zwłaszcza w swych ostatnich książkach, drażni i rozjątrza namiętności czytelników (a nade wszystko krytyków) nie tyle — a w każdym razie nie tylko — kontrowersyjnym pomysłem na polskość, co raczej bezwzględnością, z jaką rozprawia o świecie i ludzkim istnieniu.

Nie ma bowiem w prozie Rymkiewicza nawet śladowych ilości „mądrego optymizmu”, o który dopraszają się zwykle wszelkiej maści odbiorcy, jest natomiast mocny, złowróżbny obraz życia jako katastrofy. Życie to dlań ścieżka bez odwrotu, kończąca się przepaścią: „nie chcę was łudzić i siebie też nie chcę, bo chcę do końca patrzeć prawdzie w oczy […] wieczność nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek istnieniem, wieczność to jest czyste nieistnienie. Nawet mniej niż nieistnienie […) Wieczność to jest momentalne widowisko, które dodajemy (domyślamy) do naszego tutejszego istnienia; chcąc zaczarować jego okropności; jego potworność; jego nieprzeniknioną ciemność; jego śmiercionośną głębię”.

Pisarz wydaje się wierzyć tylko w jedno — w przypadek, w przewrotność świata, jego absolutnie nieprzewidywalną i paradoksalną naturę. „Los to jest taka nieubłagana siła, która […] wszystkie te indywidualne, konkretne istnienia ściska, zgniata, miażdży”. Świat jest zawsze przeciw człowiekowi, nawet jeśli niekiedy, przez chwilę, wydaje się, że komuś sprzyja. Los to coś, co krzepnie dopiero, gdy się już wypełni, lecz w trakcie swego stawania się jest po prostu wirującym szaleństwem możliwości. „Ale tak to właśnie bywa na świecie, może nawet zawsze tak to bywa: jesteś w jakimś miejscu, a twój los działa całkiem gdzie indziej i właśnie w tym miejscu, o którym nie wiesz […] podejmuje jakąś decyzję — taką decyzję, która zadecyduje, co się z tobą stanie; taką, od której nie będziesz mógł się odwołać”. Rymkiewicz to fatalista, który w całkowitej sprzeczności z duchem naszych czasów uparcie powtarza, że świat za nic ma nasze życzenia, że nasza wola zwykle musi roztrzaskać się o rzeczywistość, że to nie my sterujemy naszym istnieniem, lecz jesteśmy targani przez prądy, wobec których nasze chcenie nic nie waży. Świat nie jest nam przychylny, świat nas wręcz nie zauważa i robi z nami, co mu się spodoba, a zwykle — konstatuje pisarz — chce nas pogrążyć i wypatroszyć z nadziei. „Świat jest ślepy i głęboki. Jego głębia jest ślepa i niewidoczna. Jego mowa jest ślepa i niesłyszalna”. Żadnych złudzeń, szanowna publiczności — „umieranie nie ma żadnego celu […] Kto umiera, ten umiera, a cała reszta to są czary”.

Z ostatnich książek autora Baketu bije wprost egzystencjalna rozpacz. W Kinderszenen stworzył traktat o świecie nie tyle dla ludzi, co dla wilków, świecie pożerających się w malignie zabijania istot — czy to ludzi, czy zwierząt. W Zborowskim natomiast otwarcie przyznaje się do epistemologicznej porażki: „Cokolwiek jeszcze zrobię i cokolwiek napiszę […] tajemnica świata nie przybliży się do mnie i nie oddali ode mnie. Pozostanie w tym samym miejscu, w którym była zawsze — nieruchoma, nieprzenikalna, niedostępna. […] wszelkie próby odczytania jej […] kończą się na niczym”. Nie uświadczy się w literaturze polskiej — zwłaszcza współczesnej — myśli tak druzgocącej, w tak oczywisty sposób wyznaczającej wektor pustki. „Jeśli spojrzy się na tajemnicę świata od tej strony — jej niedostępności […) jej obojętnego milczenia — to nasze pojawienie się na świecie oraz nasze tutejsze życie […] można uznać za całkowicie niepotrzebne”.

Kto tak mówi, nie pielęgnuje w sobie złudzeń, a kto nie pielęgnuje złudzeń — ten bliski jest wątpienia. Jeśli świat się w ten sposób postrzega — a jest to perspektywa nie gorsza od innych, a pod wieloma względami nawet rozsądniejsza — to musi albo osunąć się w rozpacz, albo puścić się na poszukiwanie jakiejś transcendencji, wokół której można by się na nowo scalić.

 „Patos tej sytuacji polega na tym, że jesteśmy Polakami”

Wydaje się, że Rymkiewiczowi nade wszystko doskwiera brak metafizycznego fundamentu, brak charakterystycznego dla naszych szesnastowiecznych antenatów „głębokiego przekonania (raczej poczucia lub przeczucia) ludzi tamtej epoki, że Boskość jest gdzieś w pobliżu i że można się z nią skontaktować […] Ówcześni Polacy — dodaje pisarz — żyli tuż obok Jezusa, Najświętszej Panny, świętego Michała Archanioła oraz innych świętych”. Czy owa metafizyka polskości, której konstrukcję usiłuje Rymkiewicz wznosić przez ostatnie lata, nie jest zatem właśnie reakcją na lęk, na przekonanie, że „wszystko, co istnieje, będzie, nim całkowicie zniknie, rozłożone na kawałki”? Bo jeśli ktoś patrzy w wieczność (a Rymkiewicz patrzy — sam to wszem i wobec rozgłasza) i widzi tam tylko to, co widzi autor Wieszania, to znaczy NIC, rzadko wytrzymuje ten widok bez drżenia. Literatura to wszakże trochę za mało, literatura sensu nie zastąpi, za literaturę umrzeć się nie da (no chyba że z głodu) — do umierania potrzeba bytów większych, bardziej transcendentnych, bardziej zdatnych do wznoszenia modlitw. A nawet jeśli Rymkiewicz jest za stary (i za mądry, choć zapewne niemało jest tych, którzy zarzucają mu starczą demencję), by złapać się na ideologie pośledniejsze — nie będzie przecież gardłował za oszczędzaniem matki Ziemi ani tym bardziej prawami kogoś tam do czegoś tam — to jednak byt taki jak święta Rzeczypospolita jest w stanie go porwać.

Owa deifikacja polskości, czynienie z Rzeczypospolitej obiektu adoracji bardzo więc przypomina poszukiwanie solidnego fundamentu, na którym można by się zbudować przeciw życiu. Wszak Polska, do której Rymkiewicz się odwołuje, nie tylko już nie istnieje — ona wręcz nigdy nie istniała, a zaistniała jedynie wskutek rozpaczy Rymkiewicza. Jeśli można znieczulać się wódką czy ogłupiać futbolem, da się też przecież posłużyć patriotyzmem jako rodzajem plastra na otwartą ranę istnienia.

Rymkiewicz to pisarz resentymentu, jego książki są pisane przeciw — przeciw światu, przeciw politycznym przeciwnikom. Ale i resentyment może mieć różną miarę — może przybrać formę płaczliwego popiskiwania lub mocnego projektu, który wzbudza dezorientację, a co za tym idzie i wściekłość. Rymkiewicz ujada potężnie i dla wielu nieprzyjemnie, prowokuje świadomie i — zważywszy na reakcje — celnie. I z całą pewnością nie jest bezsilnym staruszkiem mamroczącym pod nosem zniewagi wobec czegoś, czego nie rozumie. Powtórzmy na koniec raz jeszcze: „Ta książka to jest zemsta […]”.

(artykuł opublikowany w marcowej „Odrze” 3/2011)

A gdyby komuś było mało czytania o Samuelu Zborowskim, nich zajrzy choćby tutaj.

3 comments on “Ta książka to jest zemsta…

  1. Pingback: Po co nam Rymkiewicz? | Doczytania. Blog Grzegorza Krzymianowskiego i Adama Kożuchowskiego

  2. tym
    17/03/2011

    A Odra marcowa jest w sprzedaży?
    I czy czytał pan ostatnio lub jeszcze dawniej jakąś książkę krytycznoliteracką godną polecenia? z jakimiś ciekawymi interpretacjami. Poza Zasłoną Kundery.

    • O ile mi wiadomo, jest w dystrybucji od jakiegoś tygodnia – o „Zborowskim” (albo na marginesie „Zborowskiego” o kłopotach z narodem) pisze tam jeszcze Piotr Nowak.

      Co do rzeczy krytycznoliterackich – od skończenia polonistyki cierpię na awersję do wszelkiej maści literaturoznawców i krytyków. Dlatego sięgam raczej po eseje pisarzy piszących o literaturze – świetne wykłady Nabokova (lekcja dokładnego czytania), Brodski („Mniej niż ktoś”), Eliot.
      Jeśli już coś z profesury to Markowski – giętki i efektowny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 10/03/2011 by in esej, lektury obowiązkowe and tagged .
%d bloggers like this: