Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Wojciech Bruszewski FOTOGRAF

Wojciech Bruszewski FOTOGRAF

Dawno nie miałem takich problemów z książką, jak to miało miejsce przy lekturze Fotografa. Dawno żadna pozycja do tego stopnia mnie nie rozdwoiła, z jednej strony straszliwie wręcz irytując swą popadającą w banał przemądrzałością, z drugiej dostarczając trudnej do zaprzeczenia przyjemności.

Nie lubię książek o PRL-u, zwłaszcza pisanych z perspektywy ludzi, którzy ustawili się od razu w jedynie słusznych pozycjach. Nie znoszę opowieści o trudach przekraczania granic, ubolach o spoconych dłoniach i świdrujących świńskich oczkach, o brakach zaopatrzeniowych i – o, matko! – saturatorach (czy kiedykolwiek powstanie książka o Polsce lat osiemdziesiątych XX wieku, gdzie nie pojawi się ten rekwizyt?). A i z artystyczną awangardą, opowieść o której stanowi drugą poważną warstwę Fotografa, mam raczej napięte, choć jednostronne stosunki – ja za nią nie przepadam, ona nie jest świadoma mojego istnienia.

Co zatem sprawiło, że te czterysta stron połknąłem w tempie rzadkim dla kogoś, kto preferuje lekturę powolną i rozciągniętą w czasie? Pożarłem bowiem Fotografa błyskawicznie, a nawet łapczywie – i nadal nie wiem, co o nim sądzić.

Fotograf swój status powieści zawdzięcza wyłącznie rewolucji postmodernistycznej, dzięki której przestały mieć znaczenie jakiekolwiek gatunkowe dystynkcje. Dla purystów i tradycjonalistów książka Bruszewskiego nie będzie bowiem miała wiele wspólnego z powieścią, lecz w najlepszym razie może zostać potraktowana jako kolaż mniej lub bardziej zabawnych anegdot i dykteryjek, przeplatanych ekskursjami dotyczącymi a to historii fotografii, a to pobytu Picassa we Wrocławiu. Autor składa tę opowieść z kawałków, z migawek – ostatecznie profesja tytułowego bohatera do czegoś zobowiązuje – jakby świat zbudowany był na podobieństwo fotografii i utrwalał się tylko tam, gdzie pamięć strzeli nieprześwietlone zdjęcie.

Świetnie się czyta tę anegdotyczną przypowiastkę o awangardowym artyście, który (jak na awangardowego artystę przystało) znajduje się w permanentnym zwarciu ze światem, dopóki tyczy się ona rzeczy, na których sam autor zna się, zdaje się, najlepiej – sztuki oraz picia alkoholi. Czuć tu rękę fachowca, zarówno gdy mowa o wiedeńskich akcjonistach, jak wtedy, gdy dochodzi do wykładu na temat techniki picia spirytusu. Rzecz dzieje się bowiem głównie „w kraju o dość pechowej lokalizacji”, w którym istnieją dwa rodzaje wódki czystej, z czerwoną i niebieską („na trzeźwo pic się nie daje”) etykietą. Alkohole – zasadniczo toporne, pozbawione wdzięku, acz dosadne – zajmują tu miejsce absolutnie poczesne. Pije się w Fotografie z rozmachem i fantazją godną zdobywców Somosierry (o których pijackich wyczynach również autor napomyka). Już choćby z tego powodu można poczuć się w tej historii swojsko i zapałać do niej sympatią.

Niestety, ni z tego, ni z owego, autor zasadza się na Dzieje i postanawia z nimi policzyć – funduje nam wtedy wcale rozległe wykłady historyczne, które rażą nadęciem i łopatologiczną wykładnią niczym skrypty dla mało rozgarniętych licealistów. Z tego powodu np. o PRL-u  dowiemy się z Fotografa tylko tego, co tak czy inaczej już wiemy – że był przaśny i szarawy. Bruszewski ma szczęśliwie wyczucie absurdu, dzięki czemu komunizm jest w jego książce nie tyle straszny, co purnonsensowy, paranoiczny, rozsadzany przez instytucjonalny kretynizm, ale i tak, czytając te fragmenty, nie raz ogarniało mnie wrażenie déjà vu.

Z jakiegoś powodu najbardziej – oprócz „Ruskich” (Rosjan tu bowiem nie uświadczymy) – zaszli Bruszewskiemu za skórę Francuzi, bo pastwi się nad ich niedostającej do polskiej normy walecznością okrutnie i kiedy o nich wspomina, to zawsze w konwencji serialu Allo, allo – żabojady to komiczni tchórze z wiecznymi pretensjami do wielkości. Za to bohaterscy Polacy, co to z Germanami bili się przez miesiąc, a później krwawili, gdzie się tylko dało, zostali ukrzywdzeni i cynicznie zdradzeni w imię politycznych interesów. Ja wiem, że tak właśnie było (podejrzewam, że Państwo również to wiecie) i w razie potrzeby jestem gotowy mieć o to pretensje do świata. Ale czy naprawdę ktoś jeszcze musi mi o tym po raz tysięczny przypominać?

Dlatego wolę, gdy autor używa swego nerwu komicznego w celach mniej spektakularnych, za to bardziej na miarę. Z miejsca robi się wtedy i pikantnie, i złośliwie, często bardzo złośliwie, jak wtedy, gdy opowiada o odczycie Zagajewskiego w Berlinie albo o poecie Wiktorze Woroszylskim: „Najpierw lizydup Reżimu i z tego tytułu sławny; teraz dysydent i z tego tytułu też sławny”. W ogóle emigrację solidarnościową i  korzystające ze stypendiów różnorakich zachodnich fundacji środowiska artystyczne Bruszewski obśmiewa bez umiarkowania, jakby zapatrzył się nieco w Gombrowicza, kpiąc z ich moralnego patosu i akcentowania narodowej klęski.

Moje rozdarcie w związku z Fotografem wynika więc przede wszystkim stąd, że i Bruszewski nie jest jednolity, że jego powieść sama sobie z tą dwoistością postawy (Niemcy mają na to ładny termin – Hassliebe) wobec Polski nie potrafi dać rady. W tym elemencie widzę zresztą największy walor tej książki – ona mówi mi wiele o moim, myślę, że nie tylko moim, stosunku do Polski i polskości (a kiedy ją czytałem, żałobne surmy 10 kwietnia jeszcze wciąż niosły się grzmiącym echem), o tej trudnej do ustalenia pozycji, równie dalekiej od Ziemkiewicza, co środowiska „Krytyki Politycznej”. Problem polskości nie został tu przepracowany – tylko zaakcentowany. Ale to już godna uwagi wartość. I jeden z powodów – nie jedyny zresztą – by po Fotografa sięgnąć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 29/04/2011 by in lektury nadobowiązkowe, powieść and tagged .
%d bloggers like this: