Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Chang Rae Lee KIEDY ULEGNĘ

Chang Rae Lee KIEDY ULEGNĘ

Na okładce wydanej przez Świat Książki powieści Chang Rae Lee straszy pretensjonalny slogan: „Miłość może zranić bardziej niż wojna”. Dowodzi on, jak sądzę, głównie tego, jak rozkochana we wszelkim urągającym intelektowi kretynizmie jest nasza cywilizacja; skoro spece od marketingu są przekonani (a zapewne swoje przekonania żyrują stosownymi badaniami konsumenckimi), że podobnym hasłem przyciągną czytelników (czy też raczej – ponieważ w tym kraju czytają już tylko niewiasty – czytelniczki marzące o słodkiej jak budyń miłości), nietrudno wyobrazić sobie, jak szacują poziom intelektualny potencjalnego odbiorcy. Ten idiotyczny i odstraszający frazes jest na szczęście nie tylko niedorzeczny, ale i całkowicie mylący. „Kiedy ulegnę” to bowiem przede wszystkim precyzyjnie rozpisana na kilka historii opowieść o tym, że nie można zapomnieć, nie sposób wywinąć się morderczemu uściskowi tego, co się stało, bo przeszłość skrada się za człowiekiem krok w krok jak głodny kundel i dopada go, niezależnie od kierunku i szybkości ucieczki.

Dwoje głównych bohaterów, Amerykanina Hectora oraz Koreankę June, połączyła wojna w ojczyźnie tej ostatniej, spłodzone przez przypadek dziecko oraz – przede wszystkim – postać Sylvie, żony pastora prowadzącego sierociniec, gdzie cała trójka spotyka się po zakończeniu konfliktu koreańskiego. A także trauma, która sprawia, że przez kilka dziesiątek lat unikają jakichkolwiek kontaktów, ba, nawet myślenia o sobie. Żyją w „swoim małym zapuszczonym świecie”, starając się nie ulec, czy też czekając, aż ulegną ich ciała, aż ciała same z siebie zatrzymają się pewnego dnia i uwolnią ich od wspomnień.

Powieść Chang Rae Lee opowiada o ludzkich wrakach, wypatroszonych przez wojenną traumę z sensu, rozdartych psychicznie jak ciało rozszarpane przez minę. Wszystkie bez mała postacie zespolone są skomplikowanymi więzami, w których trudno rozróżnić miłość od rozpaczy, a przywiązanie od nienawiści. Ich historie, z początku pozornie odległe, dziejące się obok siebie, powoli wiążą się jakby w supeł, coraz bardziej zaciskający się na szyjach bohaterów. To wiwisekcja resztek, które zostają z człowieka po doświadczeniu wojny, i relacja z tego, jak te resztki usiłują skupić się w jakąś całość i dalej wegetować. „W witrynie mijanego sklepu [Hector] pochwycił swoje odbicie i przystanął. Był to jedynie ciemny, niewyraźny zarys, jak gdyby (…) coś na poły ukształtowanego. Obraz ten świetnie pasował do tego, co sam o sobie myślał (…) nie miał bowiem ani pieniędzy, ani pozycji społecznej, ani perspektyw, co jemu samemu ani trochę nie przeszkadzało, nawet jeśli szanowani ludzie uważali go za szumowinę. (…) dobrze wiedział, że jego nędzne położenie stanowi zarazem świetną kryjówkę, sposób na uwolnienie się od odpowiedzialności i ucieczkę od niej we wszystkim, co w życiu niezbędne i choć trochę się liczy, a to w zasadzie oznaczało ucieczkę od teraźniejszości oraz dającej się przewidzieć przyszłości, jako ze od przeszłości uciec już nie mógł.” Mamy tu do czynienia z panoramą sparszywiałych egzystencji, zarobaczonych przez wojnę ludzi, którzy zrobiliby wiele, „byle tylko przez jakiś czas nie być sobą”. Bohaterowie wegetują, a te drobiny życia, które nie pozwalają im zgasnąć, pożytkują głównie na próbach zapomnienia o sobie.

Dlatego miłości jest tu jak na lekarstwo – zastępuje ją poczucie winy i własnej klęski. A jeśli między bohaterami już coś na kształt miłości się pojawia, jest ona dokładnie taka jak ich przeszłość – pełna ostrych krawędzi, bolesna, niepodobna do wyobrażenia pensjonarki spoconej myślą o romantycznych porywach serc i przechadzkach w sztafażu zachodzącego słońca. To, co wiąże ze sobą bohaterów powieści, jest bowiem równie kalekie jak oni sami.

Wojna żyje w nich nieustannie i jej wspomnienie nie ulega korozji. Chang Rae Lee przedstawia okrutne, potworne, przejmujące oblicze konfliktu zbrojnego; wojna jest tu odmalowana detalicznie, choć nie przez pryzmat tego, co dzieje się na polach bitewnych, ale z perspektywy tych, którzy są bezradnymi i pozbawionymi jakichkolwiek praw ofiarami. „Zwykły łut szczęścia mógł człowiekowi uratować życie, a jego brak przynieść śmierć.” Dzieci, by przeżyć, muszą stać się równie sprytne i bezwzględne jak dorośli. Jedenastoletnia June, wędrująca przez kolejne kręgi piekła, najpierw z rodzicami i rodzeństwem, następnie zaś – po stracie rodziców – z młodszymi siostrą i braciszkiem, ma w pewnym momencie do wyboru: albo pozostać przy umierającym bracie, któremu pociąg obciął nogi, i umrzeć razem z nim, albo pozostawić go koło nasypu, wskoczyć do wagonu i w ten sposób się uratować.

To ten format dylematów moralnych, absolutnie niemożliwych do ogarnięcia wyobraźnią w naszym bezpiecznym, stabilnym świecie, gdzie wojna wydaje się jedynie elementem widowiskowego telewizyjnego show, porusza w swej powieści Chang-Rae Lee. Portretuje on świat, w którym wykształcony japoński oficer bez zmrużenia okiem dokonuje egzekucji na przybyszach z Europy, z nieruchomą twarzą tłumacząc im wcześniej nienagannym angielskim, że sami nie ponoszą żadnej winy. To diaboliczne opisy piekła, które wszyscy bohaterowie noszą w sobie i promieniują nim na najbliższych, jak June na syna. „Później jeszcze bardzo długo, właściwie aż do śmierci, miały ją prześladować wydarzenia owego dnia, bardziej jak senny koszmar niż rzeczywiste wspomnienia, jak mroczny wytwór wyobraźni służący do zadręczania się, gdyż odtwarzany w myślach raz za razem stawał się formą homilii, obrazkowej modlitwy, w której potrafiła pogrążać się bez pamięci.”

Autor wprowadza nas w potworność niełagodzoną żadnymi sztuczkami stylistycznymi, które choćby na chwilę mogłyby odwrócić uwagę czytelnika. Proza Chang Rae Lee nie kusi fajerwerkami, nie próbuje uwodzić. Jest prosta i dosadna, „nienacechowana”, nieposiadająca wręcz  indywidualnego rysu. Amerykański pisarz używa „przezroczystej” frazy, której niemal się nie zauważa, jakby jego celem było zwrócenie uwagi na treść, a nie formę, w jakiej snuje tę opowieść. Język jest tu wehikułem historii, sam ma być jak arbiter na boisku piłkarskim – niezauważalny. A mimo to – albo dlatego – „Kiedy ulegnę” to lektura porażająca i bolesna. Powieść znakomita, daleka od banału i schematów, twarda i szorstka, bolesna i pozbawiona konsolacji.

Tekst pierwotnie ukazał się w Esensji.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 22/05/2011 by in lektury nadobowiązkowe, powieść and tagged .
%d bloggers like this: