Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Kraina martwego języka

Jaan Hatzfeld NAGOŚĆ ŻYCIA

Istnieją tematy, z którymi zmierzyć się właściwie nie sposób, zjawiska, wobec których słowa zamieniają się w ciąg wielokropków. W „Nagości życia”, reportażowej relacji z Rwandy, Hatzfeld mierzy się z jednym z nich – „polowaniem na ludzi w prowincji Bugesera”, gdzie w ciągu miesiąca, „chałupniczymi” metodami, za pomocą maczet i oszczepów, Hutu zamordowali pięćdziesiąt z sześćdziesięciu tysięcy tamtejszych Tutsi.

(…)

Na wzgórzach powiatu Nyamata, który jest głównym obszarem zainteresowania autora, sprawcy działali skrupulatnie i z konsekwencją – przez ponad miesiąc, od 11 kwietnia do 14 maja 2004 roku, wyruszali zabijać o 9.30 i odkładali maczety o 16.00. Jedna z rozmówczyń Hatzfelda mówi nawet o „dniu pracy”, do której sprawcy przychodzili ze śpiewem na ustach. „Zabójcy pracowali na bagnach od godziny dziewiątej do szesnastej lub szesnastej trzydzieści, ze względu na słońce. Czasem, kiedy mocno padało, przychodzili później. Szli w szeregu, zapowiadali swoje przybycie śpiewem i gwizdami. Walili w bębny, wydawali się bardzo uradowani, że idą na cały dzień zabijać (…) Po południu już nie śpiewali, gdyż byli zmęczeni, i gawędząc, wracali do swoich domów. Pokrzepiali się trunkami i jedli krowy, bo zabijali je tak samo jak ludzi”. Wyobraźcie to sobie, byle dobrze – czy w pracy polegającej na zabijaniu jest przerwa na lunch?

(…)

Przy lekturze „Nagości życia” ogarnia człowieka groza, bo nie ma nic bardziej przerażającego nad to, jak łatwo codzienność przełamuje się w horror. „Kiedyś wiedziałam, że człowiek może zabić człowieka, ponieważ zawsze to robił – wyznaje jedna z rozmówczyń Hatzfelda. – Teraz wiem, że nawet ktoś, z kim jadłeś z jednej miski czy spałeś, może bez trudu cię zabić”.

Niedoszłe ofiary wegetują w grubym cieniu przeszłości, jakby cały czas czekały, że ta w końcu połknie teraźniejszość, że powróci bez zapowiedzi któregoś ranka. Świadkowie mówią o tym bez przerwy – życie od nich odbiegło, a świat stał się domeną samotności. „Dostrzegam też, że powstaje przepaść między tymi, którzy przeżyli ludobójstwo, i resztą. Ktoś z zewnątrz (…) nawet jeśli jest Tutsi i stracił w rzeziach rodzinę, nie może do końca zrozumieć ludobójstwa. Nawet jeśli widział wszystkie te trupy (…) nie może dzielić naszego sposobu widzenia”. Czas się dla nich zatrzymał i zboczył ze swych torów, życie zwinęło się w znak zapytania. Ich mowa jest sucha, wyzbyta emocji. Opowiadają o śmierci, która ich podeszła, lecz zapomniała zagarnąć, z jakąś dziwną obojętnością. „Odtąd patrzę na gorzki czas, który przede mną płynie, jak na wroga. Boli mnie, że jestem związana z tym życiem, które nie było mi pisane”. Bo ci, którzy po miesiącu wyszli z bagien, nie wrócili do swoich żyć, jak wraca się do opuszczonego domu. „Wyzwoliciele mówili nam, że groźba masakr na zawsze odeszła z naszego życia, że wygraliśmy. Ale my mówiliśmy sobie cicho, że nie wiemy, co takiego mogliśmy wygrać, bo straciliśmy najważniejsze”.

W gruncie rzeczy te relacje są wręcz nieznośne, nieznośne w swej powtarzalności, nawrotach, wciąż powielanych obrazach. W relacjach przytaczanych przez Hatzfelda panuje monotonia, echo monotonii zbrodni. Kolejni rozmówcy francuskiego dziennikarza mówią właściwie to samo i tak samo, jakby byli jedną zbiorową pamięcią. Powtarzają się szczegóły, powtarzają się emocje, ba, niemalże słowo w słowo powtarzają się konkretne frazy – jakby język był zbyt wąski, jakby nie sprostał swemu zadaniu.

„Nagość życia” każdą stroną dowodzi, jak niewiele może słowo, jak bezradny jest ludzki język w konfrontacji z grozą; „bo nawet jeśli można rozmawiać o eksterminacji, nie da się jej wyjaśnić w żaden możliwy do przyjęcia sposób, nawet w rozmowach tych, którzy przeżyli”. W gruncie rzeczy nie mamy narzędzi – albo mamy narzędzia zbyt zawodne – aby zmierzyć się z podobną problematyką; język zawodzi tam, gdzie dochodzi do skraju ludzkiego doświadczenia, i ratuje się wypracowanymi kliszami. Brak nam sposobu komunikacji do przekazania takich zdarzeń jak ludobójstwo, język przegrywa w konfrontacji z rzeczywistością wykraczającą poza ramy codzienności. Bo – posługując się określeniem jednej z rozmówczyń Hatzfelda – kiedy o nim myślimy, myśli zaczynają zderzać się w naszych głowach.

Uderzające, jaka zbieżność zachodzi między notowanymi przezeń relacjami z Rwandy a świadectwami ocalałych z Zagłady. Niedoszłe ofiary posługują się tym samym językiem – językiem bezradności, jak gdyby istniała jakaś wspólnota istot zapędzonych w sam narożnik człowieczeństwa. Można jednak, a nawet należy, zadać pytanie, ile jest w tym – tylko jak to powiedzieć, stąpamy teraz po kruchym lodzie – autentyczności, a ile wkładu własnego Hatzfelda, co i rusz szukającego paraleli między „ostatecznym rozwiązaniem” a ludobójstwem w Rwandzie? „Nagość życia” to w końcu książka, rzecz skomponowana, poddana obróbce, ułożona wedle zasad dziennikarskiego warsztatu. Jej forma i struktura obnażają, prawdopodobnie przypadkowo, nasze myślenie schematami – odwołujemy się do tego, co znane, by oswoić problemy, które nas przerastają. Hatzfeld nie zdołał bowiem znaleźć – może po prostu znaleźć nie sposób? – osobnego języka na to, co usiłuje opowiedzieć.

(…)

Pamiętacie Littella? Wspominam o „Łaskawych”, ponieważ Hatzfeld, tak jak amerykański pisarz, również zajmuje się życiem obnażonym do kości. Obaj mówią nam coś o cywilizacji i ludziach, niezależnie od rasy i koloru skóry. A nade wszystko mówią o nieskończonej potrzebie przyswajania uspokajającego kłamstwa. „Ale przecież wojna skończona. Wyciągnęliśmy wnioski z tej lekcji, to się więcej nie powtórzy. Jesteście pewni, że wyciągnęliśmy wnioski? Jesteście pewni, że się nie powtórzy? I w ogóle, jesteście pewni, że wojna skończona?” – mówi Aue, bohater „Łaskawych”, ten niewinny potwór. Dlatego nie dajmy posłuchu optymistom, bo optymizm to tylko jeden ze środków, którymi się nas ogłusza. Słuchajmy raczej głosu tych, którzy przeżyli, bo – trudno pozbyć się takiego wrażenia – to głos przyszłości, mniej lub bardziej odległej: „Ludobójstwo to coś więcej niż wojna, ponieważ zamiar zawsze pozostanie, nawet jeśli tym razem to się nie powiodło”.

 

Całość do przeczytania w najnowszym artPapierze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 01/08/2011 by in lektury obowiązkowe, literatura faktu and tagged .
%d bloggers like this: