Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Mężczyźni, którzy nienawidzą mężczyzn

Ian McEwan

Solar


Mężczyźni – jak wiemy, między innymi dzięki światopoglądowej ofensywie, z wolna acz nieubłaganie zmieniającej nasz świat w eden emancypacji i równych szans – to żałosne, godne pogardy lub współczucia indywidua, zatruwające świat swymi obsesjami, zaborczością, chorobliwymi ambicjami i niekompetencją. Co jednak ciekawsze, pod wpływem ruchu uznającego kobiety za najliczniejszą – i najbardziej uciśnioną – mniejszość świata niektóre samce, zwłaszcza co mniej odporne na sugestie, za to bardziej niż inne wrażliwe, zwróciły się przeciw sobie i zaczęły postrzegać własną płeć jako siedlisko wszelkiej zarazy, źródło większości plag nawiedzających ludzkość. Ostatecznie, czy znają Państwo stworzenia plwające na siebie z większym samozaparciem niż pełni dobrych intencji mężczyźni, którzy przekonani o wielowiekowych przewinach swoich ziomków wobec kobiet robią wszystko, by odkupić je za pomocą masochistycznych kajań?

Pisarze, zasadniczo predysponowani do przydawania sobie cierpień na własną rękę, są do podobnej roli wprost stworzeni; czytając zaś Solar, nie sposób opędzić się od wrażenia, że i autor Pokuty lekcję dręczenia męskiego ducha odrobił naprawdę pierwszorzędnie.

Bohater najnowszej powieści Iana McEwana, niejaki Michael Beard, to bowiem karykatura męskości – pozornie zdobywca i tryumfator, noblista w dziedzinie fizyki, w rzeczywistości żałosne indywiduum, toczone przez „mentalną apatię, poczucie pustki, pełne niepokoju znudzenie”. Żadna tam ostoja, raczej zestaw samczych słabości, typ ze wszech miar żałosny, miotany niepewnością i poczuciem bezsensu swoich wysiłków, klasyczny przykład chorobliwego symulanta – udaje swoje życie, udaje uczucia, udaje przekonania. Dlatego prawdopodobnie ma skłonność do postanowień charakterystycznych dla ludzi permanentnie reperujących swoją egzystencję; „uzmysławiał sobie, że jego życie jest puste i że musi zacząć od nowa, wziąć się w garść, schudnąć, wrócić do formy, a w przyszłości żyć prościej, w sposób bardziej zorganizowany”. Jego stosunki z kobietami to, jak sam mówi, bajzel; pięć małżeństw wydaje się niebagatelnym dowodem, że trudno mu się z nimi ułożyć, zwłaszcza na dłuższym dystansie. Dodatkowo Beard, mimo trzech podbródków i kaczego chodu, wciąż nie może doczekać się dojrzałości. „Zawsze przypuszczał, że w okresie dorosłości przyjdzie taki moment, coś w rodzaju plateau, gdy wreszcie nauczy się sztuki radzenia sobie czy też po prostu funkcjonowania. […] W ciągu tych wszystkich lat taka chwila nie nadeszła, nie było żadnego plateau, a mimo to Beard wierzył […] że to już niedaleko, na następnej prostej, że jeszcze odrobina wysiłku i przekroczy metę, a wtedy jego życie stanie się łatwe, umysł zaś wolny, i wreszcie zacznie się prawdziwe dorosłe życie”.

Kto zatem darzy sympatią defetystów, których istnienie zamienia się w grę z życiem i ciąg sztucznych gestów, powinien być tą postacią zachwycony; ale u osób myślących o życiu naprawdę poważnie, zwłaszcza – nie potrafię się wyzbyć tego wrażenia – czytelniczek, bohater Solara musi wywołać pogardliwe wydęcie warg. Jedno wszak wydaje się pewne – niezależnie od tego, w jaki sposób reaguje się na podobne istoty, ułożone z życiem tylko pozornie, w gruncie rzeczy natomiast wciąż robiące uniki, czytając ostatnią powieść McEwana, łatwo wyzbyć się kompleksów. Autor, ewidentnie nadużywając swej uprzywilejowanej wobec własnego bohatera pozycji, pastwi się nad nim w iście chaplinowskim stylu, jakby bawiła go rola złośliwego demiurga – plagi, które spadają na Bearda, przypominają bowiem zemstę jakichś wściekłych azteckich bogów.

Cenną właściwością Solara jest fakt, że jej autor powziął najwidoczniej zamierzenie zagrania na nosie szerokiemu spektrum odbiorców; tym, którzy mają ambicje wprowadzania dyktatury lewicowej politycznej poprawności, wszelkiej maści naukowcom, traktującym swe profesje z parareligijną powagą, i nadętym humanistom.

Obranie sobie za bohatera fizyka, który podejrzewa „humanistykę o jeden wielki bluff”, to dobry pretekst, by poużywać sobie na tej podejrzanej – zwłaszcza ze współczesnego punktu widzenia – gałęzi wiedzy. Beard drwi sobie z humanistów bez umiaru, uważając dziedziny, którymi się zajmują, za tanie oszustwo, rodzaj hochsztaplerki, mającej przydać znaczenia intelektom nie dość rozwiniętym, by zajmować się czymś poważnym. „Beard i jego koledzy siedzieli na wykładach i brali udział w ćwiczeniach laboratoryjnych codziennie od dziewiątej rano do piątej po południu, mierząc się z najtrudniejszymi koncepcjami, jakie kiedykolwiek stworzył umysł. Tamci, humaniści, zwlekali się z łóżek w południe, żeby pójść na któreś z dwóch seminariów w tygodniu. Podejrzewał, że nie rozmawiali o niczym, czego ktokolwiek z połową mózgu nie mógłby zrozumieć. […] Mimo to te leniuchy odnosiły się do niego z wyższością”. To ciekawa, choć niezbyt oryginalna refleksja – czy my, tzw. humaniści, nie czujemy gdzieś w głębi ducha, że paramy się blagą, że jesteśmy niezbyt wprawnymi sztukmistrzami, cynicznie i w imię wyimaginowanego znaczenia podkreślającymi wagę przedmiotu naszych zainteresowań?

Nade wszystko jednak celem satyry McEwana jest „postmodernistyczna widownia wyczulona na wszelkie odchylenia od słusznej linii”, śmiertelnie poważna i gotowa do sekowania tych, którzy ośmieliliby się kwestionować światopoglądowe fundamenty lewicującej inteligencji, odmawiającej zamiast porannego paciorka mantrę o globalnym ociepleniu i kulturowych źródłach różnic międzypłciowych, przy okazji zaś biegłą w zamienianiu swych poglądów w dotacje i granty dla różnego rodzaju fundacji promujących owe szczytne idee.

Nie zawsze poczucie humoru jest tu subtelne, niekiedy bywa wręcz dosadne, czego dowodzą choćby perypetie Bearda z odmrożonym przyrodzeniem, które przymarza mu do rozporka. Żeby dowiedzieć się, że penis odgrywa pewną rolę w życiu mężczyzny, a perspektywa jego utraty może wywoływać gwałtowne reakcje u tego, kto podobną okolicznością jest zagrożony, nie trzeba sięgać rzecz jasna do literatury. Ale fakt, że w obliczu podobnego nieszczęścia Beard „po raz pierwszy w swoim życiu zaczął się zastanawiać, czy ludzkie życie ma sens i czy kierują nim jakieś wyższe istoty”, wydaje się dowodzić, że warto to niekiedy zrobić.

Ian McEwan jest w Solarze naprawdę w niezłej formie. Nie jest to może najbardziej odkrywcza rzecz, jaka wyszła spod pióra angielskiego twórcy, nie ma zatem sensu oczekiwać od niej, że zrewiduje jakieś estetyczne przyzwyczajenia czy przyniesie literackie epifanie; zresztą, czy kiedykolwiek autor Na plaży Chesil zdradzał się z podobnymi ambicjami? Jego ostatnia książka jest jednak – jak zwykle, chciałoby się rzec – powieścią bardzo solidną, mocno osadzoną w anglosaskiej tradycji realistycznej, dbającej o wiarygodność bohaterów i psychologiczne prawdopodobieństwo. To rzecz dobrze odmierzona, precyzyjnie poprowadzona, mocna konstrukcyjnie i rzetelna.

Dobrze jest od czasu do czasu zanurzyć się w stary, dobry i sprawdzony po wielokroć realizm, historię pozbawioną elementów fantastycznych, choćby po to, by przypomnieć sobie, że literatura to niekoniecznie domena erupcji wyzwolonej autorskiej fantazji i że realizm nie zawsze musi być magiczny, aby nie powodował ostrych objawów narkolepsji. A że Solar nie funduje nowatorskich rozwiązań? Nie ma co liczyć, że wciąż będziemy zaskakiwani – literatura to nie posezonowe wyprzedaże. Oryginalność, tak w prozie, jak i w tzw. prawdziwym życiu, jest towarem deficytowym, a wbrew temu, co myślimy o własnej niepowtarzalności, istnieje tylko ograniczona liczba wariantów ludzkiego losu. Należymy do gatunku patologicznych naśladowców – powtarzamy siebie i powtarzamy innych, zwykle odkrywamy na nowo, dla siebie samych, wyłącznie to, co z dawien dawna zgrane.

Wobec tej niezbyt budującej perspektywy literatura nie musi jednak pozostawać całkowicie bezradna – wprawdzie nie ma sensu oczekiwać, że będzie otwierała nam nieustannie nowe przejścia, ukazywała niezauważone wcześniej widoki, ale zawsze można od niej oczekiwać drobnego przesunięcia akcentów, dobrego rzemiosła i – po prostu albo aż – przyjemności płynącej z możliwości zagłębienia się w światy nieobarczone ryzykiem osobistych niepowodzeń.

Tekst pierwotnie opublikowany w Literatkach, dokąd zapraszam.

A tutaj interesująca recenzja, która omawia książkę od trochę innej, nieco poważniejszej strony.

2 comments on “Mężczyźni, którzy nienawidzą mężczyzn

  1. Doczytania
    14/09/2011

    Słuszność jest po Twojej stronie, rzecz jasna, choć imię pisarzy, którzy w sposób świadomy lub nie (np.tworząc antypatyczne czy żałosne postacie) postponowali swą płeć, jest legion.

    Ciekawie byłoby zastanowić się, z czego wynika ta masochistyczna postawa – z faktycznego przekonania, że mężczyzna jest stworzeniem ułomnym, czy raczej długotrwałego czarnego PR, który od dłuższego czasu sugeruje nam, że do niczego się nie nadajemy?

  2. readeatslip
    12/09/2011

    Tak na marginesie „Solara”: czytając Twoje uwagi o męskiej niechęci do innych samców pomyślałem o Houellebecqu, który bardzo dobitnie tę nienawiść (o podłożu seksualnym) w swoich powieściach artykułuje, a do tego bohaterowie ich powieści są niemal identyczni – sfrustrowani, niewyżyci i żałośni.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 12/09/2011 by in lektury nadobowiązkowe, powieść and tagged .
%d bloggers like this: