Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Amoralne uciechy ciotki Augusty

Graham Greene

Podróże z moją ciotką

Pisarze w rodzaju Grahama Greene’a napełniają mnie cichą zgryzotą, bo uświadamiają mi, po jak wiele dobrych lub bardzo dobrych książek nigdy nie sięgnę tylko z tego powodu, że ich autorzy przestali zajmować naszą wyobraźnię, w przeszłości zaś nie wyznawali wystarczająco modnych teorii i idei lub nie dość ambitnie celowali w skandal. „Podróże mojej ciotki” przeczytałem z dwóch powodów; pierwszym, i ważniejszym, było to, że polecił mi je przyjaciel, drugim fakt, że od czasu do czasu opanowuje mnie potrzeba, by wypiąć się na dyktat nowości, to charakterystyczne dla współczesności żądanie, by koniecznie być na bieżąco i zajmować się wyłącznie tym, co aktualne. W każdym razie – powody wybitnie przypadkowe.

A przecież wystarczy kilka stron Greene’a, by przekonać się, że pisarz to nie lada i prawdopodobnie warty poświęconego mu czasu zapewne bardziej niż hałaśliwa czereda współczesnych autorów (z niejakim Krzymianowskim włącznie, choć kiedy już, Drodzy Państwo, przeczytacie Greene’a, na wszelki wypadek przekonajcie się o tym naocznie).

Dawno (być może od czasów „Lwiątka” Skvorecky’ego) nie czytałem powieści równie zabawnej, operującej tak soczystym, a jednocześnie subtelnym – bo w dużej mierze opartej na wyrafinowanym i powściągliwym stylu – poczuciem humoru. Wszystko tu trąci myszką, narracja wydaje się strasznie tradycyjna, z ducha Dickensowska. To proza urocza, nadzwyczaj sympatyczna i do cna angielska, co oznacza, rzecz jasna, wielką radość z czytania, o ile ma się choć trochę smaku do dowcipu nieco podbitego absurdem. A w ogóle jest to książka z lekka anarchistyczna, w duchu powieści łotrzykowskich, skłaniająca do niemiłych myśli o ciepełku codzienności i tego, co nie zwie się już wprawdzie „mieszczańskim konwenansem”, co jednak w dalszym ciągu praktykuje znaczna część ludzkości, i przemycająca mimochodem refleksję, że życie mogłoby być interesujące, gdyby trochę popuścić wodze fantazji.

O ile narrator, emerytowany dyrektor banku, to – jak to z pracownikami korporacji bywa – postać trochę męcząca i mocno bezbarwna, o tyle główna protagonistka utworu Greene’a to bohaterka pełną gębą, krwista, soczysta i, mimo swego zaawansowanego wieku, żywotnie zainteresowana mężczyznami. Ciotka Augusta to taka wariacja na temat Szeherezady, mającej ciągle w zanadrzu pikantne opowieści; „jest jak amerykański magazyn, w którym, żeby doczytać nowelkę do końca, trzeba przerzucić stronice (…) natrafiając po drodze na wszelkie tematy: przestępczość wśród dzieci, cocktaile i najnowszy sposób ich przyrządzania, życie miłosne słynnej gwiazdy filmowej, a nawet na jakąś nowelkę, zupełnie inną niż ta, rozpoczęta przedtem”.

Literatura stosunkowo rzadko oferuje interesujące postacie kobiece, niewpisujące się w jakieś schematy i konwencje myślenia o płci. Ale akurat Greene uniknął tej pułapki. Oczywiście, dałoby się odczytać bohaterkę „Podróży…” jako ekscentryczną, lecz zasadniczo sympatyczną ciotkę, ale jak na podobną rolę jest ona trochę zanadto tajemnicza i pozbawiona skrupułów wobec ograniczeń własnych i obyczajowych. Jej złote myśli mogą bowiem przyprawić o wstrząs każdego zdroworozsądkowo myślącego ciułacza: „Po pierwsze powinieneś ulegać lekkomyślnym zachciankom – radzi narratorowi książki. – Bieda może złapać niespodziewanie jak grypa i wtedy dobrze mieć w zapasie na chude lata garść wspomnień o swoich wybrykach”. Wyznaje też: „zawsze wolałam sporadyczną orgię niż conocny nawyk”, co mówi nam wiele o jej sposobie bycia w przeszłości i pozwala sobie ostrzyć zęby na jej kolejne opowieści. To bowiem kobieta, mimo pozornej nobliwości i dobrych manier, o podejrzanej koinditiurze, posiadająca wiedzę o różnych ciemnych sprawkach i równie mroczne skłonności. W końcu trzeba ekscentrycznego usposobienia, by przez całe życie kochać się w poszukiwanym przez Interpol, pozbawionym sumienia i poczucia przyzwoitości byłym współpracowniku gestapo. „Gdyby był godny zaufania (…) czyż ja bym go pokochała?” – pyta w pewnym momencie. „Nie chciałabym, aby dni moje wysychały (…) bez żadnych interesujących zdarzeń” – wyznaje także i właśnie dlatego jej przeszłość wypełniona jest mężczyznami oraz różnorodnymi awanturkami w rodzaju prowadzenia kościoła dla… psów, oferującego w asortymencie między innymi śluby.

Nie ma sensu spodziewać się po „Podróżach…” jakiejś spektakularnej fabuły, trzymającej w napięciu akcji, choć rozwiązanie jest raczej zaskakujące. Cały urok tej powieści tkwi w gawędzie, anegdocie, krotochwilnych historyjkach, którymi ciotka Augusta sypie jak z rękawa, a nade wszystko braku jakiejkolwiek tendencji do moralizowania, pouczania, dęcia w surmy moralności. W sumie utwór Greene’a to czysta rozrywka – ale rozrywka na wysokim poziomie, w sam raz na zapełnienie przerwy w rozprawianiu się z życiem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 23/09/2011 by in lektury nadobowiązkowe, powieść and tagged .
%d bloggers like this: