Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Małe spiski powieściowe…

Alfred Andersch

Spisek w Winterspelcie

Nie sięgnąłbym po tę książkę, jestem tego pewien. Jeszcze dwa tygodnie temu nie słyszałem w ogóle o autorze (a założę się, że imię nas Legion) i pewnie bym nie usłyszał, gdyby nie cud internetu. Tak się bowiem składa, że notkę o tej powieści (notkę wielce zachęcającą) znalazłem na jednym z moich ulubionych blogów, a jako człowiek podatny na sugestie dałem sobie wmówić, że powinienem „Spisek w Winterspelcie” przeczytać.

Tutaj znajdziecie Państwo tekst, który pięknie wprowadzi Was w fabułę, co zwalnia mnie z tego męczącego obowiązku. Dzięki temu będę mógł zając się wyjaśnianiem, dlaczego powieść ta zrobiła na mnie spore wrażenie, mimo że zasadniczo książki o wojnie ignoruję; no, chyba że przy tej okazji – a tak się właśnie dzieje w rozległej powieści Alfreda Anderscha – usiłują powiedzieć coś nie tyle o samym zjawisku konfliktu zbrojnego, co o kwestiach nieco szerszych, np. – wybaczcie, że ważę się używać tego słowa – człowieczej kondycji.

Właściwie „Spisek…” najmniej interesujący jest w warstwie fabularnej, ponieważ „wydarzeniowość” stanowi tu jedynie pretekst do istotniejszych działań literackich. „Ta opowieść – uprzedza sam autor – wcale nie zamierza pokazać, czy i jak majorowi Dincklagemu uda się albo nie uda poddać Amerykanom niemiecki batalion o niemal pełnej sile bojowej. Jakkolwiek areną opowieści jest istotnie dziki w owym czasie Zachód, nie może się on jednak zdecydować, by przekształcić się w western”. Mamy tu do czynienia z sytuacją domniemaną, ponieważ „każdy wie, że poddanie batalionu przez swego dowódcę nigdy się nie zdarzyło podczas drugiej wojny światowej i prawdopodobnie we wszystkich wojnach”, wtłoczoną jednak w ramy historycznego konkretu. Ale choć „Spisek…” wsparty jest na solidnym fundamencie faktów, to w imię powieściowej prawdy niekiedy prawdę historyczną koryguje, zmieniając to ten, to ów szczegół. „W przeciwieństwie do historii opowieść (…) może sobie pozwolić na takie (…) retusze”.

Nie chodzi jednak w tym wypadku o popularne ostatnio, zwłaszcza wśród polskich autorów, historyjki przedstawiające na przykład, jak potoczyłyby się dzieje, gdyby Rydz-Śmigły poszedł z Niemcami na Moskwę, a rozprawiwszy się z „czerwoną zarazą”, wziąłby za łeb i Hitlera. Andersch nie bawi się bowiem w leczenie narodowych kompleksów, a wyobrażona i nigdy niebyła sytuacja jest dlań tylko punktem wyjścia do rozpoczęcia rozgrywki z samą strukturą powieści, przy okazji zaś również i z czytelnikiem, zwłaszcza przyzwyczajonym do uważania wydarzeń za koło zamachowe literatury.

To, co naprawdę interesujące w „Spisku…”, to sposób, w jaki autor swą powieść zbudował. Andersch bowiem wyraźnie snuje refleksję nad ontyczną istotą powieści jako takiej; zastanawia się, w jaki sposób istnieje to, co zostało sfabrykowane; jaki jest stosunek fikcji literackiej do rzeczywistości; albo nawet – jaki rodzaj rzeczywistości tworzy literatura? W końcu, zauważa nie bez słuszności, „ponieważ Dincklagego wymyślono, więc też istnieje”, a „opowiadać to wcale nie oznacza: zarzucać lasso swego zamiaru na jakiś obiekt”. Opowieść się opowiadającemu wyrywa – wie to każdy, kto kiedykolwiek próbował zmierzyć się z materią języka – chce dla siebie wolności i autonomii.„Spisek…” to zatem w znacznej mierze powieść rozważająca samą siebie, badająca swe motywy i uwarunkowania, sposoby działania i radzenia sobie z narzuconymi jej normami.

Jeśli czytając powyższe, dojdziecie Państwo do wniosku, że mamy do czynienia z jakiegoś rodzaju niemieckim odpowiednikiem Bartha, wcale się nie pomylicie. Andersch używa bowiem całego arsenału postmodernistycznych sztuczek (zreferowanych m.in. przez autora innego cenionego przeze mnie bloga), które wykończyły tradycyjną powieść, darowując jej wszakże w zamian drugie, burzliwe i jakże ciekawe, życie – bogato używa cytatów, przytacza wyimki z dokumentów, używa wielości perspektyw i nie jest od tego, by nie pośmiać się niekiedy z odbiorcy, przypominając mu, żeby nie liczył na całkowite zapomnienie się w fabule. Andersch to pisarz z gatunku tych, którzy pokładają zaufanie w inteligencji odbiorcy, dlatego pozwala sobie na niedopowiedzenia, puste miejsca, białe plamy tej historii, podsuwając możliwości, nie rozwiązania. „Niech Państwo wybiorą, jakie rozwiązanie wydaje się wam najprawdopodobniejsze w obliczu tylu zagadek i sprzeczności” – pisze, zamiast skorzystać z autorskiego przywileju wykładnia wszystkiego kawa na lawę.

Żeby jednak nie przerazić tych, którzy nie czują się komfortowo, obserwując, jak literaci zabawiają się z samymi sobą, należy jednak natychmiast dodać, że oprócz rozważania mechanizmu powieści mamy tu po prostu do czynienia z kawałem dobrej prozy, wspartej na doskonalej partii psychologicznej, rozgrywanej między bohaterami powieści. Bo drugim – być może nawet ważniejszym – powodem, dla którego „Spisek…” należałoby przeczytać, jest biegłość, z jaka Andersch buduje swoje postaci; oświetla je to z tej, to z innej strony, wykorzystuje różne punkty widzenia, co i rusz uzupełnia sylwetki o kolejne szczegóły, plącze je w pajęczynę wzajemnych powiązań.

Dlatego choć „Spisek…” to w dużej mierze powieść o powieści, jej głównym walorem pozostaje to, co stanowi istotę tego gatunku: napięcie między postaciami (znakomicie naszkicowany trójkąt, z dwoma mężczyznami, niemieckim majorem i niemieckim komunistą, jako podstawą i wierzchołkiem w postaci kobiety, Käthe, która mówi: „mój bagaż musi być lekki, gdy stąd odejdę. Nie chcę taszczyć ze sobą kamieni”), wielość wątków, szczegółowo zarysowane tło i – nade wszystko – ten rodzaj talentu, który sprawia, że wierzymy tej historii, wierzymy autorowi, wierzymy w jego bohaterów. To bowiem książka o namiętnościach (a tak!), choć narysowanych wstrzemięźliwa kreską. I to mimo wszelkich zastrzeżeń autora: „O miłości (…) będzie mowa o tyle, o ile chodzi o wpływ zdarzeń osobistych na wojenno-historyczne. Jako niezależne zjawisko miłość nas nie interesuje. Opisano ją w literaturze wystarczająco, do tych opisów nie da się dorzucić nic nowego. Jej mechanizm jest zawsze ten sam, coś w rodzaju taśmy montażowej, na której składa się produkt od pierwszych spojrzeń, poprzez stanowiska wzajemnego poznania się, aż do uścisków”. Nie ma tu zatem miejsca na krzyk; w „Spisku…” panuje atmosfera porosłych jodłami wzgórz, wśród których rozgrywa się akcja. Jeśli w tym, co powyżej, zaleźliście Państwo powody, by sięgnąć po „Spisek…”, dla dodatkowej zachęty dorzucę jeszcze jeden – Andersch potrafi zafundować nam bowiem jako bonus do i bez tego bardzo udanej powieści jakieś bardzo ładne zdanie, pobrzmiewające nieomal Rilkem: „są przecież dni jesienne, które ludzi, co nie mają nic więcej do roboty, otulają w błękit i złoto”.

„Spisek…” to doskonała lektura na czasy, w których powieść – jak pewnie nigdy (choć „nigdy” to słowo brzemienne ryzykiem) – potrzebuje dla siebie uzasadnienia; bo też nigdy wcześniej nie lekceważono jej tak ostentacyjnie, nie odmawiano racji bytu nie teoretycznie, ale w sposób jak najbardziej praktyczny (że przy tej okazji napomknę o poziomie czytelnictwa w Polsce). Dzieło Anderscha to bowiem poza wszystkim innym pochwała literatury, jej zagadkowej umiejętności budowania światów z drobiazgów, fragmentów, domniemań i fantazji. Nie posunę się może do stwierdzenie, ze rzecz jest konieczna (bo w tzw. życiu doprawdy niewiele jest takich rzeczy), ale do polecenia, zwłaszcza gdy gustuje się w niespodziewanych odkryciach – jak najbardziej. „Spisek…” jest wartych tych kilkunastu godzin skupienia, których wymaga od czytelnika. Serio, serio.

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 07/10/2011 by in lektury nadobowiązkowe, powieść and tagged .
%d bloggers like this: