Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Pisarz i jesienne niebo

Sándor Márai

Niebo i ziemia

Sandor Marai to twórca, który nie oszczędzał – ani siebie, ani swych czytelników. Pisał niestrudzenie, jak katorżnik, czego efektów polski czytelnik doświadcza z niejakim opóźnieniem, za to niezwykle intensywnie. Częstotliwość, z jaką wydawnictwo Czytelnik wydaje kolejne tomy jego prozy, jest zaiste niebagatelnym wyzwaniem dla wszystkich, którzy mieliby ochotę być z węgierskim pisarzem „na bieżąco”. Niebo i ziemia to jeden z trzech (obok wydanej już Księgi ziół i wciąż na to czekających Czterech pór roku) napisanych przez niego zbiorów miniatur, które sam Marai uznawał za dzieła o randze nie mniejszej niż rozliczne powieści, które wyszły spod jego pióra. Kto miał w ręku Księgę ziół, może czuć niejakie obawy, ale szczęśliwie Niebo i ziemia to zbiór bardziej uporządkowany i spójny niż to pierwsze dzieło. Strukturę książki wyznaczają tu trzy części: Niebo i ziemia, Ars poetica oraz Sól i pieprz, którym odpowiadają z grubsza trzy rodzaje refleksji – na temat natury świata, literatury oraz próby godzenia się z własnym przemijaniem.

Uroda języka autora Zbuntowanych, charakterystyczny dlań subtelny ton, cisza, która wkrada się pomiędzy poszczególne zdania, są dobrze znane z innych jego książek i nie zawiedzie się ten, kto będzie ich szukał także w tych drobiazgach. Styl Maraia, nieodmiennie, jest niezwykle urokliwy, pełen ciszy i delikatności, niespiesznego tempa. To przecież pisarz arcyzmysłowy, polujący na przemijanie, jakby słowa były powrozem, którym dałoby się skrępować czas, prawdziwy malarz języka. Niektóre zdania są jak pełne barw i światła miniatury: „Pomiędzy dwoma wrzaskliwymi, gorącymi dniami – mała jesień”; „Każdy dzień pod koniec września jest tak wzruszająco jasny i delikatny, jakby świat, ten kruchy twór, ukryto za szkłem”. W Niebie i ziemi jest impresjonistą poszukującym językowych ekwiwalentów, które pozwoliłyby zachować kształty świata w trakcie stawania się, zanim definitywnie zmieni się on w coś innego. „Teraz wieczory są już głębsze i bardziej cieniste. Mówią to, co każdy, gdy się starzeje. (…) Raptem wieczór robi się długi jak nos umarłego. Milczy, lecz jego milczenie jest wymagające”.

Marai jest autorem skorym do melancholii, tej ostatniej mamy tu więc pod dostatkiem i w bardzo różnych odcieniach – zwykle pod postacią namysłu nad tym, co nazywamy życiem, a co, zwłaszcza z perspektywy czasu, okazuje się często ciągiem niedomkniętych spraw i osieroconych przez nas projektów. Ale jest też coś w postawie Maraia, co zbliża go do innego piewcy minionego, Józefa Rotha, jakby obaj byli duchowymi pogrobowcami belle époque. Niektóre uwagi węgierskiego pisarza są wręcz jakby żywcem wyjęte z Marszu Radzetzky’ego, tego epitafium dla Austro-Węgier, najgłośniej chyba w dziejach opłakiwanej monarchii, którą ludzka pamięć zamieniła nieomal w baśniową krainę pełną słodyczy życia. „Wiedeń umarł. Pozostało wielkie miasto, które przywłaszczyło sobie jego imię. Lecz ja noszę żałobę po zmarłym. Zachowałem w pamięci rozliczne drobne przedmioty, karnawały, Hofmannstahla, barwę oczu i uśmiechy kobiet, jedna z promenad Lasu Wiedeńskiego jesienią (…) wszystko to, co kochałem, tutejszy akcent, wszystko, co było szlachetne i co umarło. Wraz ze śmiercią Wiednia coś także umarło w moim życiu. Żyć można na wiele sposobów i, naturalnie, można tez żyć bez Wiednia. Tylko nie bardzo warto”.

Gdyby się nad tym zastanowić, to trudno o pisarza bardziej „klasowego”, równie mocno oddanego warstwie społecznej, z której się wywodził, i czasowi, w którym wzrósł. Niebo i ziemia są więc między innymi zapiskami człowieka wytrąconego ze swego naturalnego łożyska, w którym wzrastał i które stanowi jego matecznik. W przypadku Maraia to mieszczański świat zmieciony nielitościwie przez Historię, która przetoczyła się po nim zgodnie ze swym niesympatycznym nawykiem niezważania na nikogo i na nic. Marai przy pomocy literatury prowadzi więc poniekąd egzekwia, zstępuje w te rejony pamięci, gdzie jeszcze istnieją domy wąsatych radców prawnych i panienek spacerujących po plaży z parasolkami.

Mimo całej urody jego stylu, ów pisarski impresjonizm zawarty w kilkuset miniaturach potrafi jednak nieco zmęczyć; jest trochę jak dokuczliwe migotanie światła, obrazy mienią się zbyt szybko, przypominają chmarę ptaków, która wystrzeliła w niebo – nie sposób śledzić wszystkich z równą uwaga. Na szczęście Niebo i ziemia nie ogranicza się do zapisków chwil, uchwyconych w przelocie myśli, nie jest li tylko rodzajem dziennika nastrojów i momentów. Najistotniejszą bowiem warstwą książki Maraiego jest temat, który – nas i autora – interesuje z pewnością bardziej niż odcień chmur nad Budapesztem w jakiś bezwstydnie piękny poranek – refleksja nad istotą twórczości artystycznej.

Marai hołduje przy tym postawie, która – nawet gdybyśmy nie mieli pojęcia, kiedy przyszło mu tworzyć – musiałaby go zdradzić; trzeba bowiem żyć w sprzyjającym dla literatury czasie, by z takim przekonaniem mówić o pisarstwie, o byciu pisarzem, o powinnościach tego zawodu. „Nie mam żadnej broni i mocy przeciwko światu i czasowi niż pisanie” – w ten sposób rozpoczyna drugą część książki pod wszystko zdradzającym tytułem Ars poetica. Gdy Marai mówi o pisaniu, uderza w tony spiżowe, przyjmuje postawę kogoś, kto nie zwykł żartować ze spraw poważnych: „literacki początek jest jakąś praczynnością, prawie niezależną od naszego rozumu i zamiaru. Człowiek słyszy jakiś głos, widzi jakieś światło i naraz zaczyna dźwięczeć mu fraza (…) Pisania nie można zacząć na siłę. Coś tu jest niezbędne, jak w każdym akcie stwarzania. Co?… Prawdopodobnie Duch Święty”. Pisanie jest dla niego „mową tajemną, znakiem, sygnałem”, to, jak twierdzi, „Jedyny mój dom na ziemi”. Niekiedy ta maniera przeradza się wszak we frazę tyleż podniosłą, co z lekka komiczną: „Dmuchaj na słowo jak na grudkę żaru! Roznieć je, ogrzej cała swą duszą! Wyjmij je z paleniska twojej pracy, weź w obie garście (…) dmuchaj i rozniecaj, aż się rozżarzy i buchnie płomieniem!”. Czy jakikolwiek pisarz współczesny pozwoliłby sobie na podobną inwokację? I to nie tylko z obawy przed popadnięciem w śmieszność, ale i dlatego, że dogmat ironii i dystansu opanował nas do tego stopnia, że nie sposób podobnego zdania w ogóle pomyśleć?

Tyle że, prawdopodobnie, trzeba patosu, by uwierzyć, że ludzie powinni nas słuchać – właśnie nas, a nie kogoś innego. Trzeba tego wewnętrznego przekonania, nieobcego węgierskiemu twórcy, że pisarzowi należy się posłuch. Marai głosi, że pisarz to KTOŚ – ktoś, kto jest trochę obok rzeczywistości innych ludzi, ale też trochę ponad nią. Może pozwolić sobie na poważne – śmiertelnie poważne – myślenie o pisaniu, bo z jego perspektywy to kwestia absolutnie priorytetowa, sprawa do rozstrzygnięcia między życiem a śmiercią. Jakby nic innego nie liczyło się na poważnie. „Kim i czym jesteś? Jesteś pisarzem, i to tego rodzaju pisarzem, który nie potrafi napisać niczego innego, prócz tego, na co sam ma ochotę”.

Marai to więc z naszej perspektywy autor wyjątkowy, bo wyjątkowo przekonany o doniosłości swojego zajęcia. Tego ostatniego, nawiasem mówiąc, muszą zazdrościć mu współcześni pisarze, przyzwyczajani do swej od dłuższego czasu marginalizującej się roli. A ta różnica dowodzi może nade wszystko przemiany, jaka zaszła nieomal na naszych oczach w kwestii postrzegania miejsca i powinności artysty – od kogoś, kto swymi wysiłkami próbował z istnieniem dyskutować, po hałaśliwą przekupkę wywrzaskującą swoje nazwisko na przepełnionym do granic możliwości rynku.

Co ciekawe, Marai od czasu do czasu drapuje się w szatki pisarza odrzuconego i lekceważonego: „siedzisz w kucki gdzieś na obrzeżach społeczeństwa, jak Cyganie, czasami odzywają się do ciebie ci porządni i potężni, którzy mają domy, tytuły i ordery, poklepują cię po plecach; jeśli ładnie zagrasz, owszem, rzucą ci drobny datek do talerzyka. Jesteś węgierskim pisarzem”. W tym akurat przypadku podobna postawa wydaje się jednak grubą przesadą, stanowi przede wszystkim dowód, że literaci (a szerzej – artyści) to sfora nigdy nieukontentowana w dowodach miłości ze strony świata, do tego stopnia w sobie rozkochana, że wszelkie wyrazy uznania wydają się jej niewspółmierne do własnych apetytów.

Niebo i ziemia, choćby ze względu na swój fragmentaryczny charakter, to pozycja z gatunku do poczytywania niż dłuższej lektury; i rzecz raczej na wyciszenie niż nabranie energii. Mimo wagi, jaką sam autor przykładał do swych „dzieł mądrościowych”, należy je chyba traktować jako dopiski na marginesie głównego nurtu twórczości węgierskiego pisarza, deser po obfitym posiłku, crème de la crème dla tych, którzy przestudiowali już go należycie i mają jeszcze miejsce na dokładkę. Marai bywa tu, jak wyżej wspomniano, urzekający, ale – prawdę rzekłszy – istnieje sporo książek jego autorstwa zdecydowanie bardziej godnych uwagi. Z całą pewnością nie jest to dzieło o randze Wyznań patrycjusza czy Dzienników, raczej rodzaj diariusza spisywanego w wolnych chwilach, spichlerza impresji zgromadzonych przy okazji obcowania ze zmienną postacią świata. Jako przypis do twórczości, jej uzupełnienie, ciekawe przede wszystkim ze względu na osobę autora i sposób, w jaki sam się przedstawia, spełnia swoją rolę, lecz trudno je jednak traktować jako dzieło autoteliczne i samodzielne. Niebo i ziemia to sympatyczna lektura, zwłaszcza na jesień, która szczególnie zajmowała wyobraźnię Maraia, ale nic w żadnym razie koniecznego – raczej do dawkowania sobie w ograniczonych ilościach, tak przy okazji, na sposób, w jaki te notatki były spisywane.

 

Tekst pojawił się najpierw w LITERATKACH, do których zapraszam.

2 comments on “Pisarz i jesienne niebo

  1. Aneta
    25/11/2011

    Nie wiem czy czytał Pan „Księgę niepokoju” autorstwa Maraiego. Piękna. Polecam i gratuluję bloga- styl Pańskiego pisania sprawia, że nie można się oderwać. Pozdrawiam:)

    • Doczytania
      26/11/2011

      Wydaje mi się, że „Księgę niepokoju” popełnił Fernando Pessoa, a nie Marai (Węgier napisał za to niezbyt udaną „Księgę ziół”).
      A w kwestii komplementów – oczywiście, jest mi bardzo miło czytać podobne uwagi, serdecznie dziękuję i zapraszam na przyszłość. Postaram się kontynuować tę linię.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 17/10/2011 by in biografia, lektury nadobowiązkowe and tagged .
%d bloggers like this: