Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Esterházy KSIĘGA HRABALA

Peter Esterházy

KSIĘGA HRABALA

piję, żeby pomóc sobie w myśleniu, żeby móc dotrzeć do sedna tekstu, bo ja nie czytam dla rozrywki, dla zabicia czasu, czy dlatego, żeby łatwiej zasnąć […] piję po to, żeby przez czytanie już nigdy nie móc zasnąć, żeby od czytania dostać dreszczy.

Twórczość Petera Esterházy’ego, nadwornego węgierskiego postmodernisty, darzę chyba bardziej podziwem niż sympatią. Powodowany jednak nie zawsze jasnym dla mnie odruchem co jakiś czas sięgam po jedną z jego książek, by kończyć ją w poczuciu obcowania z arcydziełem, które pozostawia mnie letnim. Jest od tej reguły mały wyjątek w postaci Niesztuki, która akurat arcydziełem nie jest, ale darzę ją sentymentem, choć powody tego są raczej wstydliwe.

Księga Hrabala to może nie postmodernizm w swej najbardziej radykalnej odmianie, ale z pewnością też nie w wersji light — już samo zorientowanie się, kto w danym momencie niesie brzemię narratora — i czy akurat wypowiada się głośno, czy jedynie stęka sobie w cichości ducha — to pewne wyzwanie. Wielopiętrowość narracyjna tej powieści może wprowadzić co mniej odpornych na formalne eksperymenty czytelników w niejakie pomieszanie — autor umyślił bowiem sobie, że swoim bohaterem uczyni pisarza, który z kolei będzie pracował nad książką o innym pisarzu (jego nazwisko pozostawię Państwa domyślności, podpowiadając tylko, że dobrą wskazówką jest tu tytuł), a żeby rzecz nie wydała się zbyt oczywista, w każdym z trzech rozdziałów głos wiodący należy do innej postaci. Do tego dochodzi niezwykła erudycja autora — cytaty z pism wczesnochrześcijańskich sąsiadują tu często gęsto z odniesieniami  do teorii Heisenberga, a wszystko podane jest językiem giętkim jak trzcina, który sprawia, że i w ten pozorny chaos jakimś cudem wkrada się porządek.

W pierwszej części, szalonej i erudycyjnej, głos należy do pisarza (o którym nawet jego żona mówi: „taki sobie Amorozo, mężczyzna, któremu można się oprzeć”) oddającego się twórczym boleściom. A jak wiadomo, niewiele istot na tej Ziemi (na wszelki wypadek wyłączmy z tego konkursu naszą nację en bloc) cierpi donośniej niż pisarze, zwłaszcza tacy, którym zblokowało się pióro. Artyści w ogóle są doskonali w wynajdywaniu sobie wymówek, dlaczego nie idzie im tak, jak iść powinno, stąd nie dziwi specjalnie fakt, że i ten konkretny pisarz, którego dopadło twórcze zaparcie, jest człowiekiem swarliwym i nieprzyjemnym, wedle wszelkich standardów ludzi nieszczęśliwych i mających skłonność do oskarżania o ten stan rzeczy bliźnich.

Drugi rozdział, pod znaczącym tytułem Rozdział niewierności, to wewnętrzny monolog Anny, życiowej towarzyszki powieściowego pisarza (która ma oczywiście wiele sposobności, by poznać nieprzyjemne strony tego zawodu — „wszyscy wykorzystują moją siłę, jedynym wyjątkiem jest mój mąż, on wykorzystuje również moją słabość”), skierowany wszakże do innego pisarza, którego wybrała sobie na powiernika swych tajemnic. Jej wyznanie, gonitwa myśli, wyprzedzających się i nakładających na siebie, to lament  — lament kobiecości nad sobą samą, nad światem, nad nadmiarem i brakiem. „Ten mężczyzna jest człowiekiem mojego życia, i nie chcę na niego patrzeć. Skąd ta podłość? Może stąd, ze wszystko jest takie konkretne? Czuję coś, na co nawet miłość nie pomoże. Nie można dotknąć i nie można odejść. […] Co mam zmienić, kiedy wszystko jest w porządku […] Co teraz będzie? Straszna chwila niezaspokojonego braku pragnień”.

Dopiero wszakże ostatnia część Księgi Hrabala jest koroną tej powieści, stanowi o sensie sięgania po nią. W Rozdziale trzecim Esterházy puszcza się bowiem na rozwiązanie zachwycające — głos zabiera tu jedna z emanacji Boga w Trójcy Jedynego, Jezusa, który jakoś niezwykle przypomina nie pierwszej młodości mężczyznę z całą gamą problemów charakterystycznych dla wieku średniego („Jak każda żywa istota, on także miał ambicje prześcignięcia samego siebie, ale ponieważ to on był najlepszym z najlepszych, zaspokojenie tych tęsknot wymagało nie lada przebiegłości i żywotności. W każdym razie pociągało go to, czego nie potrafił.”). Bóg to bowiem na miarę naszych skorych do psucia się czasów — zmęczony i jakby rozczarowany, prowadzący żywot do złudzenia przypominający ziemski, ze swarliwą i toksyczną matką oraz beznadziejną i cichą miłością do owej Anny z drugiego rozdziału: „Uważał tę kobietę […] za piękną, wręcz budzącą pożądanie; gdybym się o nią starał, myślał niepoważnie, robiłbym to Pieśnią nad Pieśniami, skłamałbym, że to ja napisałem”.

Jeśli jednak z tego, co dotychczas zostało napisane, wywnioskowaliście Państwo, że mamy do czynienia z rzeczą z kategorii zabaw literackich, czas wyprowadzić Was z błędu. Bo trzeba o Esterházym powiedzieć jedno — jak mało który twórca potrafi być jednocześnie zabawny i śmiertelnie serio, posiada zdolność kluczenia między tragicznym i komicznym, wysokim i niskim. Głównym tematem Esterházy’ego, potomka wielkiej familii, właściwie zdeklasowanego księcia (a przy okazji – chwalmy procesy demokratyczne – brata węgierskiego piłkarza Mártona Esterházyego), jest w końcu to, co komunizm zrobił z jego rodziną i jego krajem (w tej właśnie kolejności). O tym wszakże traktuje jego opus magnum, Harmonia Caelestis, a także rozległy dopisek do tej ostatniej, Wydanie poprawione. Dlatego i w Księdze Hrabala komunistyczna represja jest cały czas obecna, jakby wtopiona w tło. „Wschodnioeuropejska paranoja polega na tym, że ktoś ma manię prześladowczą, bo rzeczywiście go prześladują”. Przy czym mowa tu nie o tym wyszczerbionym mocno systemie, który znamy z polskich powieści, ale o prawdziwej i krwawej dyktaturze.  Esterházy pisze o torturach i trupach, przy okazji przypominając nam, Polakom, że nie mamy wyłączności na martyrologię: „na próżno cały kraj otacza milczenie, nogi umarłych po prostu wystają z ziemi”. Co i rusz w tej niby-gawędzie coś się załamuje, coś wychodzi na wierzch — „sikanie w usta, przebijanie gwoździami, zrywanie paznokci” — i nagle już wiemy, że nie jesteśmy w bajce, ale w horrorze, i to horrorze kafkowskim: „powstają sytuacje, w których nie ma jak się bronić, bo o nic cię nie oskarżają, nie ma wewnętrznej wolności i niezależności, tylko zdanie na ich łaskę i bezradność, bo nie ma gdzie się schować, goły, zniszczony krajobraz, kraj ze szkła, możliwe, że cię śledzą, możliwe, że nie, nie ma odpowiedzi, bo pytanie jest niemożliwe”.

Księga Hrabala to rzecz nielekka, niespójna, a ze względu na to, jakimi ścieżkami wiedzie nas autor, powodująca też zawroty głowy. Trzeba bowiem stabilnego literackiego błędnika, by nie pogubić się w tym labiryncie skojarzeń i synestezji, by zasmakować w skrzyżowaniach Postrzyżyn Hrabala z tzw. paradoksem Russella, by związać ze sobą zakatowanych ludzi i poczucie humoru Pana („lubił perlonowe pończochy, znajdował w nich radość zarówno jednostkowo, jak i ogólnie. Uważał, że czynią one subtelniejszym po części proces tworzenia, po części zaś kobiece łydki — z których również się cieszył, nic, co boskie, nie było mu obce”). Cudowna jest ta lekkość pomieszana z ciężarem, uczoność idąca ręka w rękę z gawędą, moc opowiadania skonfrontowana ze słabością ludzi. Ale to właśnie wielkość Esterházy’ego — w jego prozie wszystkie te sprzeczne elementy spajają się w wyższej syntezie. Trudno o lepszą pochwałę literatury.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 09/11/2011 by in lektury nadobowiązkowe, powieść and tagged , , .
%d bloggers like this: