Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Romansidło egzystencjalne

Leopold Tyrmand

Siedem dalekich rejsów

Istnieją zupełnie dobre powody, by sądzić, że Leopold Tyrmand nie istniał, że był co najwyżej personą stworzoną przez kogoś, kto za Leopolda Tyrmanda się przebierał. Nie jest to jakaś wybitnie oryginalna cecha, pisarze dość często nie istnieją naprawdę — o ile porwać się na użycie tak niepewnej kategorii jak prawda — a są jedynie bytami cząstkowymi, wyzierającymi ze swych książek równie lękliwie, jak współczesne widma z zaświatów. Ale Tyrmand to przypadek szczególny nawet jak na profesję, której istotą wydaje się pozór. Tyrmand się stworzył, Tyrmand, niczym najwierniejszy z wiernych uczniów barona Műnchhausena, wyciągnął samego siebie z nicości, wyhodował swą legendę i pielęgnował ją tak długo, aż zmieniła się w osobę.

Te zabiegi stały się pewnie nawet skuteczniejsze, niż by sobie tego życzył. Jego legenda oddzieliła się niemal od jego pisarstwa, zaczęła kroczyć przed jego literackimi dokonaniami. Bardziej pamięta się Tyrmandowi bikiniarskie skarpety (sprowadzane zresztą z Moskwy!) niż powieści, przyznaje mu się raczej znajomość jazzu i mody aniżeli kunszt słowa. Jeśli już w ogóle przywołuje się jakieś jego literackie osiągnięcia, zwykle po prostu wypomina mu się Złego. A Zły, jak wiadomo, jest jak zbyt tłuste babsko, z którego jedynie bardzo zaawansowany koneser kobiecego piękna jest w stanie doświadczonym spojrzeniem wydestylować potencjalne powaby. Tyrmandowi pamięta się jeszcze Dziennik 1954, ale też głównie jako pięknie i po czasie spreparowany paszkwil na „warszawkę”. Przecież to właśnie z powodu tegoż „dokumentu” Zygmunt Kałużynski nazywał Tyrmanda grafomanem, pisarzem drugiej kategorii i snobem, a zapewne podzielał opinię Andrzeja Kijowskiego, że Tyrmand to Balzac dla gówniarzy. I choć zdanie obsmarowanego niemożliwie na kartach Dziennika Kałużynskiego trudno traktować jako przykład wyważonego i obiektywnego sądu, to ta uwłaczająca pretensjom Tyrmanda do geniuszu opinia przylgnęła do autora Filipa na stałe. A jak wiadomo — opinia to rzecz straszna. Jak raz się człowieka uczepi, to trzeba nie lada akrobatycznego kunsztu, by się jej pozbyć.

W powszechnym zatem mniemaniu Tyrmand to pisarz drugiego sortu, wtórnej świeżości, czy też, wedle nieco złagodzonego efektownym oksymoronem określenia — „pierwszorzędny pisarz drugorzędny”. Warto zapytać, czy ów wątpliwy komplement nie jest przypadkiem krzywdzący? Czy aby na pewno jest słuszny? Otóż tak — słuszny jest jak najbardziej. Dowodzi tego wydana po wielu latach nieobecności na rynku, wskrzeszona zatem z piekła literatury przez Wydawnictwo MG, powieść Siedem dalekich rejsów.

Książka ta, rozpoczęta w 1952 roku, zarzucona na kilka lat i wykończona w 1957, to zasadniczo rzecz romansowa i wedle romansowej zasady się rozwijająca. Bohaterowie — dzielna, a przy tym zupełnie nie po muzealnemu ponętna pani Ewa, kustosz z Warszawy, która przyjeżdża do Darłowa w poszukiwaniu skarbów książąt pomorskich, oraz nie mniej odważny, a równie zabójczo przystojny Ronald Nowak, typ spod ciemnej gwiazdy, acz romantyk, słowem prawdziwa gratka dla kobiet wybrednych — od razu rozpoznają w sobie bliski i wzajemnie pociągający typ człowieka. Rozpoznają się może szóstym zmysłem, trzecim okiem, romantycznym przeczuciem? A gdzież by tam! Rozpoznają się po kroju garderoby, która zdradza im jednocześnie, że dusze ich, o ile je w ogóle posiadają, również skrojone są na tę samą miarę; po jakości materiału świadczącej też o jakości inteligencji; po rasowych kontrach na prowokacyjno-zaczepne pytania, jakich sobie nie szczędzą od pierwszej minuty znajomości. Bo już na pierwszy rzut oka widać, że wszystko ich ze sobą łączy (a dopiero później dowiedzą się, że również wszystko dzieli). Dlatego Ewa już na drugiej stronie powieści zadaje Nowakowi brzemienne w skutki pytanie: „A więc jesteśmy jednej krwi?”. Nie tylko z czytelniczej grzeczności należy to przypuszczenie potwierdzić — od początku jest to przecież rzecz niepodlegająca żadnym wątpliwościom. Można by jedynie dodać, że ta para jest „jednej krwi” nie tylko ze sobą nawzajem, ale i z tabunem spokrewnionych z nimi postaci literackich.

Tyrmand bowiem wystylizował swych bohaterów na arcyegzystencjalną modłę, zakutał ich w umysłowe fatałaszki rodem z pierwszego tomu Sartre’owskich Dróg wolności. Dwójka głównych protagonistów wydaje się z jednej strony nadmiernie jak na swój wiek przejrzała, zapaskudzona cynizmem, spustoszona psychicznie przez niedociągnięcia bytu, a jednocześnie, przy całej tej dość zabawnej pozie, nadzwyczajnie wręcz szczylowata, gówniarsko rozhisteryzowana, dokładnie w stylu dwudziestolatków, którzy pochlebiają sobie znajomością tak zwanego życia. Owa znajomość życia polega przede wszystkim na przekonaniu, że nie warto ufać ani innym, ani tym bardziej sobie, a drugi człowiek to potencjalne zagrożenie dla własnej integralności. Wszyscy tu cynikują się na potęgę, przeczą swoim wyższym uczuciom i taplają się z upodobaniem w swej moralnej nędzy. Wszyscy też wydają się pomni na fakt, że człowiek to byt rzucony w przepaść świata, że życie samo to spirala, jeśli nie nieszczęścia, to całkowitego przypadku, co najczęściej zresztą na jedno wychodzi. Dlatego podejrzliwość to pierwszy nakaz zdrowego rozsądku. Podejrzliwość i sarkazm. „Kobiety kupuje się za drobną monetę kwiatów, słów lub gwałtowności. I to każdą bez wyjątku […] Są takie […] z którymi człowiek nie ma nic do mówienia. Od razu się je rozbiera. A są inne, od których człowiek chce się dowiedzieć, co myślą w czasie, przed tym i po tym. To, zdaje się, jest miłość”. Takie kwestie mogłyby wypływać z ust jednej z postaci granych przez Bogarta, gdyby rzecz jasna którykolwiek z nich zechciała poświęcić swojemu stosunkowi do płci przeciwnej aż trzyzdaniową wypowiedź.

Omawiane romansidło to doskonała zabawa dla tych, których w dalszym ciągu nie nudzi konwencja noir. I tak jak ów gatunek filmowy Siedem dalekich rejsów staje się przy okazji dokumentem obyczajowej przemiany, czy może rewolucji, która w ciągu zaledwie kilku dziesiątek lat postawiła dawny męski świat na głowie (albo nawet tę głowę obcięła). „I chyba raczej dziwka — snuje swe refleksje, rozmyślający o kochance bohater. — Z jaką łatwością powiedziała wczoraj: »Sama się rozbiorę…«, jak jej to gładko przyszło”. Czytając podobne dywagacje, można domniemywać, że Tyrmand zamierzał między innymi popełnić paszkwil. I zamierzenie mu się powiodło, choć raczej na odwrót. Zamierzał bowiem stworzyć paszkwil na kobiecość, a wyszedł mu, nieoczekiwanie i zapewne nie bez kreciej roboty czasu, paszkwil na własną płeć. Ta powieść dla mężczyzn, skrojona pod męskie gusta i uprzedzenia, po czterdziestu latach od momentu jej napisania jest bowiem pięknym katalogiem męskich szowinizmów oraz mitów, gotowym argumentem dla dzielnych aktywistek spod wojowniczego proporca gender studies. Męski punkt widzenia wyłożony jest tu precyzyjnie, acz dosyć płasko — kobiecie wystarczy mieć przy sobie prezerwatywę, by zasłużyć na efektowne, jak to z zwykle z rusycyzmami bywa, miano „bladzi”. A mimo to trudno mi jednocześnie uwolnić się od myśli, że gdyby kobiety częściej czytały Leopolda Tyrmanda niż Janusza Wiśniewskiego, być może weekendowe kursy w rodzaju „Zrozumieć świat mężczyzn” nie cieszyłyby się podobną popularnością. Bo wystarczy przeczytać opis łóżkowego Waterloo, które staje się udziałem Nowaka — tego, jak by nie było, supersamca Alfa – by jednak coś więcej o całym męskim szczepie wiedzieć…

Książka ma jeszcze jeden absolutnie niezaprzeczalny walor: kończy się źle, a w każdym razie nie kończy się dobrze, co w dobie nadprodukcji optymizmu może pełnić przeczyszczającą rolę dla mózgu czytelnika. Wszystko zmierza tu do zapowiedzianego wcześniej miłosnego tąpnięcia, tak jak w hollywoodzkiej produkcji do szczęśliwego rozwiązania. Dwójka głównych zainteresowanych tak długo i usilnie przekonuje siebie nawzajem, ze szczęście nie jest im pisane, że niespełnienie czeka na nich na progu kolejnego dnia, że wreszcie udaje im się dopiąć swego — dławią swą miłosną egzaltację (czy może raczej pokrywają egzaltację miłości egzaltacją nieszczęścia) — a wraz z nią duszą też wzajemne uczucie, bo w końcu bez egzaltacji trudno sobie przecież wyobrazić naprawdę pierwszorzędną miłość.

Jednym z wątpliwych kryteriów, którymi zwolennicy przywracania hierarchii starają się oddzielić wysokie od niskiego jest przekonanie, że literatura drugorzędna zamontowana jest wyłącznie w swoim w czasie. Nie znaczy to, rzecz jasna, że arcydzieła tego zabiegu nie stosują; różnica polega raczej na tym, że ta pierwsza ze swego czasu nie wystaje, jest w nim pogrążona i bez niego traci swój sens i treść, podczas gdy druga, zwana wielką i nieprzypadkowo ponadczasową, swą teraźniejszość traktuje co najwyżej jako użyteczny, realistyczny sztafaż. Czy warto wobec tego w ogóle zajmować się literaturą drugorzędną, czyli taką, która o istocie człowieczeństwa nic nam nowego nie powie, nie zrekompensuje nam poświęconego jej czasu oślepiającym bryzgiem światła prawdy, a jedynie zamuli oczywistościami, których i tak przechowujemy w sobie nazbyt wiele? Dobrej, czyli jednoznacznej odpowiedzi na ten problem nie ma, nie tylko dlatego, że pozostając wiernymi kryterium oryginalności, skazalibyśmy się na stosunkowo wąski krąg lektur. Ostateczna odpowiedź na ów dylemat jest więc następująca: niekiedy warto zajmować się literaturą drugorzędną, a niekiedy wręcz przeciwnie. Bardziej warto, jak sądzę, zajmować się literaturą drugorzędną, która powstała onegdaj, niż tą tworzoną za naszego świadomego życia. Bo nawet jeśli nie dokształcimy się metafizycznie, nie wstrząsną nami egzystencjalne lęki lub, przeciwnie, nie przeskoczymy w ten sposób nad prywatnym horrore vacui, to podobna przygoda ma chociażby znaczenie poznawcze. A co może nam powiedzieć drugorzędne dzieło współczesne poza tym, co już sami jakoś tam, lepiej albo gorzej, wyraźniej bądź mniej wyraźnie, wiemy? Otóż nic, szanowni Państwo, zupełnie nic.

Ale Tyrmand należy w całości do przeszłości i dlatego Tyrmanda w dalszym ciągu czytać warto. Tyrmand jest świadkiem swego czasu, sejsmografem myśli, które angażowały jego współczesnych. Ta cecha jego pisania dochodzi do głosu w każdej popełnionych przezeń książek; to w swej esencji niemal literatura historyczna, o ile przyjmiemy mało już chyba kontrowersyjną tezę, że uprawianie historii to również tylko składanie do kupy historyjek, by stworzyć z nich coś nieco bardziej przyswajalnego dla naszych mózgów niż chaos niepowiązanych ze sobą zdarzeń. Tyrmanda bez jego czasu wyobrazić sobie niepodobna: bez fascynacji kobiecością podmalowaną pomadką, która pozostawia ślady na kołnierzykach koszuli, bez doskonale, na modłę paryską skrojonych wdzianek, bez zadymionych właśnie tymi, a nie innymi gatunkami papierosów lokalów ta literatura nie istnieje. Z powodu nadmiernego przywiązania do własnej epoki pisarstwo Tyrmanda trąci być może myszką, ale ma w sobie nie tyle stęchliznę dawno niewietrzonych pomieszczeń, co urok lekko zaśniedziałych pater, które nie stają się przez to mniej wartościowe.

Lektura Siedmiu dalekich rejsów daje doskonale pole do konstatacji, że nasz świat, napędzany ideą postępu, nie ustaje w zmianach. Słowo „postęp” jest tu zresztą nie zawsze na miejscu, bo niekiedy ta rzucająca się w oczy różnica równie dobrze świadczy o psieniu naszego świata, a zwłaszcza, by ująć rzecz precyzyjniej, o degradacji naszego języka. Degradacji, nawiasem mówiąc, poświadczanej nie tylko stenogramami z podsłuchów rozmów polityków ( w końcu — czego spodziewać się po politykach?), ale rejestrowanej, a niekiedy wręcz nobilitowanej przez literaturę. Bo bohaterowie powieści Tyrmanda są w komplecie absolutnie niegdysiejsi również w sferze językowej. Mają w sobie wykwintną manierę, która nawet z takiego bydlaka, jakim jest pracujący dla komunistów kapitan Stołyp — bo przecież, jak powszechnie wiadomo, a zwłaszcza wiadomo w naszych czasach, choćby dzięki Scenie Faktu w Teatrze Telewizji, ubeckie sługusy na miano istot ludzkich bynajmniej nie zasługują – czyni nieomal człowieka. Ale to właśnie kwestia stylu, w jakim karze się Tyrmand swoim bohaterom podlić. Bo zdecydowanie lepiej podlić się w wyrafinowanej, z lekka już archaicznej polszczyźnie; a i wykwintne prawienie sobie obelg jest nie byle jaką sztuką – i do takich wniosków można dojść, czytając Siedem dalekich rejsów.

Skłonność do samoupadlania, jaką rozjątrzał w tworzonych przez siebie postaciach autor Złego, nie była oczywiście jego oryginalnym wynalazkiem nawet na gruncie literatury polskiej. Pod tym względem Tyrmandowi najbliżej chyba do Dygata, jego literackiego brata bliźniaka. Obaj z lekka sfrancuziali, może właśnie z tej przyczyny należeli do tej samej formacji umysłowo-estetycznej, posługiwali się w swoim pisaniu podobnym kodem i instrumentarium stylistycznym. Obaj też w podobny sposób rozprawiali się w swojej twórczości z rzeczami najpoważniejszymi — a nie ma przecież problemów istotniejszych, nie było ich w każdym razie kilkadziesiąt lat wstecz, niż ojczyzna i miłość, z naciskiem raczej i mimo wszystko na to drugie zjawisko. Tyrmand z ojczyzny próbował się wykpić, i zrobił to metodą bardzo przyjemną, w Filipie i niektórych opowiadaniach, na przykład w Niedzieli w Stavanger. Z miłością rozprawiał się w Życiu towarzyskim i uczuciowym, a przede wszystkim w Siedmiu dalekich rejsach. Robił to udatnie i jak trzeba, bez ceregieli i z fantazją, przy okazji gwarantując czytelnikowi wiele dobrej zabawy. Nie ma jednak w jego dorobku powieści takiej jak Jezioro bodeńskie i to czyni go pisarzem pośledniejszym nie tylko od Dygata. Nie zmierzył się z romantycznym mitem Polaków, a kto się z nim nie zmierzy — wiadomo to między innymi od Gombrowicza i Miłosza — na zawsze pozostanie w przedsionku do salonu, w którym przyjmuje się prawdziwe wielkości. I tak już z nim pewnie będzie: schowany nieco w cieniu, zaglądający przez dziurkę od klucza na bal geniuszów, obracany na wolnym i niezbyt palącym ogniu w czyśćcu krytyków i polonistów, którzy po wieki wieków nie przebaczą mu, że przy tak niebagatelnym talencie pozostał niefrasobliwym reporterem swoich czasów. O czym, bez dwóch zdań, przekonuje również Siedem dalekich rejsów.

Tekst dawno temu został wydrukowany przez „Twórczość” (nr 3/2010).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 24/11/2011 by in lektury nadobowiązkowe, powieść and tagged , .
%d bloggers like this: