Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Tyrania miłości

Raul Perez Torres

Ostatnie dzieci bolera

przeł. Anna Stąpór, Ambasada Republiki Ekwadoru, Warszawa 2011.

Doświadczenie uczy, że wobec książek, które już na okładkach epatują miłością, należy zachować daleko posuniętą ostrożność. Z miejsca można powziąć podejrzenie, że ktoś — autor lub wydawca — zamierza manipulować w naszym duchowym ustrojstwie i pożerować nieco na tych resztkach romantycznych instynktów, które jeszcze się w nas uchowały, lub — co gorsza — zdąża wprost ku przyduszonym sercom pań domu, kompensującym sobie prozaiczną teraźniejszość wycieczkami w świat fantazji. W przypadku twórcy równie w Polsce anonimowego, jak Raul Perez Torres, którego Ostatnie dzieci bolera noszą podtytuł Opowiadania o miłości, zabieg ten wydaje się tyleż marketingowo zrozumiały, co ryzykowny. Zrozumiały, bo miłość wciąż ma dobrą prasę, ryzykowny, gdyż łatwo już na wstępie dać się zagnać do narożnika, który niełatwo później opuścić, gdzie tłoczą się twórcy schlebiający tanim gustom szerokiej publiczności.

Pisarze zajmujący się uczuciami są jednak trochę jak kochankowie, którym wydaje się, że odkrywają miłość na nowo, że uda im się powiedzieć coś, czego w ciągu tysiąca lat istnienia tego ze wszech miar podejrzanego zjawiska jakimś cudownym sposobem nie zauważono. Tyle tylko, że to, co sprawdza się w przypadku kochanków, nie może być specjalnie skuteczne, gdy idzie o literaturę — pisarz nie ma prawa zapominać, że poprzedzały go tabuny twórców o prawdopodobnie większym talencie, którzy we własnym zakresie rozprawili się już z konsekwencjami istnienia miłości i uczuć pokrewnych. W ten sposób dochodzimy do pytania podstawowego — o oryginalność ekwadorskiego pisarza, który w tak zwanym szerokim świecie zgromadził już pokaźną ilość przekładów i nagród, u nas wszakże debiutuje w formie charakterystycznej raczej dla nieśmiałego pretendenta niż dojrzałego twórcy. Na podstawie niewielkiego zbiorku opowiadań nie sposób oczywiście orzekać o oryginalności lub wtórności Torresa, ale nawet na tych kilkudziesięciu stronach zarysowują się jakieś tendencje, które pozwalają umieścić tę prozę w znajomym kontekście.

Powiedzieć, że Torres to pisarz iberoamerykański – nie tylko w sensie geograficznym, lecz nade wszystko duchowym – to może zbyt mało i zbyt banalnie, ale kiedy ma się pecha tworzyć w języku używanym przez Cortazara, Llosę i Marqueza, trzeba się liczyć z tym, że leniwi odbiorcy (i recenzenci) postawią na te wyświechtane analogie. Zwłaszcza że nie są one bezpodstawne — proza Torresa ma w sobie mnóstwo cech charakterystycznych dla dzieł pisarzy południowoamerykańskich. Jest sensualna i pełna erotyki, niekiedy dosadnej, niekiedy przytłumionej nieomal poetycką frazą, skupiona przede wszystkim na doznaniu cielesnym, które — ewentualnie — przywołuje dopiero jakieś sensy dodatkowe i ponadzmysłowe. Dodatkową cechą, dzięki której twórczość Torresa nieodłącznie kojarzy się z dokonaniami iberoamerykańskiej prozy, jest ścisły splot polityki z seksem, bardzo w guście choćby Książki dla Manuela. Trzeba też dopowiedzieć, że to proza wprost maczystowska — męskość jest tu pożądliwa, namiętna, gwałtowna, zamknięta w tonie, do którego wyemancypowane kobiety naszych czasów nie ważą się głośno nawet wzdychać (bo co innego po cichu, nieprawdaż, Drogie Panie?). „Świat miał tylko jeden sens i tym sensem były kobiety” — wyznaje jeden z bohaterów Torresa, i jest trochę tak, jakby zabierał głos w imieniu wszystkich męskich postaci występujących w tych opowiadaniach. Jest to zatem świat pisany męską ręką, i to nie tą dzisiejszą, delikatną i drżącą, lecz owłosioną łapą wiecznego zdobywcy, ale przenicowany na wskroś kobiecym pierwiastkiem.

Również na poziomie formy poszczególne utwory składające się na Ostatnie dzieci bolera przypominają jakoś dokonania wymienionych powyżej literackich wielkoludów. Styl Torresa tworzą bowiem długie, a niekiedy nieskończenie długie zdania, z mnóstwem wtrąceń, zmian kierunków i gonitwą myśli, oraz plastyczny, często poetycki język. Nie jest to sposób pisania zbyt obecnie modny — w świecie zdominowanym przez anglosaską skłonność do przejrzystości i zwięzłości Torres wydaje się, jak jego bohaterowie, trochę z innego, zaprzeszłego czasu. Te opowiadania mają w sobie urok starych filmów — bywają nieco egzaltowane, nastrojone zbyt wysoko, pozbawione nawiasów, które dawałyby do zrozumienia, że się tylko bawimy. Tacy są też bohaterowie ekwadorskiego pisarza, wyprani z ironii, bez której nie potrafią się chyba obejść nasze miłości, szczególnie gdy o nich głośno mówimy. Jest to metoda sprzyjająca rejestracji nieco bardziej subtelnych porywów naszych dusz (czy tego, co te dusze imituje) niż te, którymi zajmuje się w swoim dziele choćby taki Houellebecq. Jak w tym przeuroczym fragmencie opowiadania Pani jest winna: „Pani czerwieniła się z opóźnieniem, jakby znaczenie własnych słów dotarło do Pani niczym mocno spóźnione echo. Natychmiast, oczywiście, się Pani do niego zbliżyła i otoczyła swoimi ramionami, pocałowała w policzek i mówiła mu czułe słówka, tak jakby prosząc o wybaczenie tego, co tak spontanicznie powiedziała, czyli pokazując mi, że posiada Pani cały zestaw cech kobiet wiernych jedynemu mężowi, które są jeszcze gorsze niż wady jedynaków”.

Ostatecznie jednak nie spodziewajcie się Państwo, że na tych kilkudziesięciu zaledwie stronach zostaną Wam objawione wstrząsające prawdy (no, chyba że za takową uznacie informację o tym, jak przenikliwym i życiowym językiem jest hiszpański, skoro używa jednego słowa na określenie żony i kajdanek). Tak się jednak dobrze składa – dobrze dla Torresa i innych współczesnych pisarzy — że w literaturze, jak w miłości, nie istnieje tylko jeden kierunek, że nie trzeba iść tylko naprzód, ale można i w bok, by tam szukać dla siebie miejsca, że nie trzeba wciąż wytyczać nowych szlaków, lecz wystarczy mieć świadomość, że cała rzecz polega na umiejętnym lawirowaniu między ścieżkami już wydeptanymi. Być może zresztą (wybaczcie, Drodzy Państwo, tę nieco dekadencką myśl na koniec) właśnie taki już los współczesnego pisarza — wciąż na nowo musi udowadniać, tyleż czytelnikowi, co sobie, że nie powtarza tylko tego, co powiedziane zostało już po tysiąc razy.

 

Tekst miał premierę w Literatkach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 30/11/2011 by in lektury nadobowiązkowe, opowiadanie and tagged .
%d bloggers like this: