Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Meksykańskie Morze Martwe

Carlos Fuentes

Wola i fortuna

przeł. Barbara Jaroszuk, Świat Książki, Warszawa 2011

Ponieważ sami żyjemy w momencie, który nazywa się ładnie „postpolitycznym”, co w uczonych debatach oznacza zacieranie się różnic ideologicznych między partiami, a w praktyce ciągły jarmark socjotechnicznych błazeństw, na których wpływ jesteśmy narażeni, trudno nam często uwierzyć, że gdzieś na świecie polityka to rzecz poważna, niekiedy wręcz śmiertelnie. Fuentes w Woli i fortunie przypomina nam jednak, że historia jest systemem zębatych kół o różnych prędkościach — gdzieniegdzie leniwie się toczy, lecz w innym miejscu obłąkańczo wiruje, miażdżąc tych, którzy nie mieli szczęścia. Tak, jak w Meksyku.

Ostatnia powieść meksykańskiego autora to jednak nie rozprawa polityczna, a miszmasz gatunków literackich — trochę Bildungsroman, trochę opowieść o przyjaźni, bardzo męskiej, wspartej na intelekcie i wspólnym korzystaniu z burdelowych uroków, trochę historyjka krymianalnopodobna, dziejąca się na pograniczu polityki i szemranych interesów zwanych biznesem, a trochę esej na temat przeszłości i teraźniejszości Meksyku.

Bo, jak się wydaje, głównym tematem Woli i fortuny nie są bynajmniej zmierzwione losy dwóch szkolnych kumpli, którzy wbijają się w życie obciążeni pewną wspólną tajemnicą, lecz ów dwudziestomilionowy architektoniczny obłęd zwany Meksykiem, urbanistyczny potwór z rozcapierzającymi się na wszystkie strony mackami, metropolia, która przemieniła się w molocha rodem z obrazów Fritza Langa: „Miasto nizin rosło. Miasto przywilejów zamykało się jak perła w muszli (klozetowej) […] na górze jeden wielki penthouse i zabawy w ogrodzie; na dole gigantyczne podziemia zmechanizowanych robotników”. Fuentes nie traktuje megalopolis jako tła dla swej historii, on scenę działań swych bohaterów czyni bez mała równoprawnym uczestnikiem zdarzeń. Przy czym losy Meksyku, zarówno miasta, jak i państwa, w ujęciu meksykańskiego pisarza sprawiają wrażenie, jakby Tonatiuh, aztecki bóg słońca, którego karmiono ludzką krwią, nie opuścił tych ziem wraz z duchami swoich wyrżniętych przez konkwistadorów wyznawców, lecz mścił się na żyjących za hańbę będącą udziałem wszystkich strąconych z tronów idoli. „Wydaje nam się, ze mamy wszystko pod kontrolą, a wtedy w ciągu sekundy szaleństwo zajmuje miejsce zarezerwowane dla rozsądku” — czytamy.

Meksyk z Woli i fortuny to kraina nieczystości, gigantyczne trzewia, w których kotłuje się występek. To także gargantuiczna przesada, spiętrzenie chaosu, przeraźliwa inflacja wszystkiego, co ludzkie i nieludzkie. Coś z tego nadmiaru ma w sobie również sama powieść Fuentesa. Nadmiar to chyba bowiem największy problem Woli i fortuny; całość wydaje się nazbyt rozdęta, jak trup leżakujący zbyt długo na słońcu, pozarastana niczym dżungla przez monstrualne zdania-pnącza przypominające tropikalną roślinność. Niekiedy w tym gąszczu słów traci się oddech, czuje się potrzebę otwartej przestrzeni, gdzieś poza powieściowym światem.

Rzecz jasna, Fuentes to Fuentes, a więc pisarz z perfekcyjnie opanowanym warsztatem. Dlatego rzecz prowadzona jest wedle wszelkich reguł powieściowej sztuki — zgrabnie, płynnie i logicznie. Do tego autor Pogrzebanego zwierciadła ma obycie oraz urok światowca i doskonale, ku pożytkowi swej powieści i czytelnika, potrafi z tych osobistych zasobów czerpać, lawirując między wysokim a niskim, między wysoką frazą a rubasznością. „Nigdy nie potrzebowałem dezodorantów — wyznaje narrator powieści — Miałem szlachetne, czyste pachy. Moje siki, owszem, śmierdziały — opuszczona klitą, ciemną jaskinią. Co do moich kup — to zależało od okoliczności, zwłaszcza od diety. Kuchnia meksykańska niebezpiecznie sprzyja rozwolnieniom, amerykańska — kolkom, brytyjska — zaparciom. Jedynie śródziemnomorska zapewnia zdrową równowagę między tym, co wchodzi przez usta, a tym, co wychodzi tyłkiem”. A zaraz po takim dictum Fuentes potrafi zaserwować nam dyskusję na temat Nietzschego.

Materia, ze wszystkimi swymi przypadłościami, żarami, w całej swej przesadzie, pięknie i obrzydliwości zarazem, znajduje się w centrum iberoamerykańskiej wrażliwości. Ciało to w przeciwieństwie do tak zwanej duszy, tego wątpliwego naddatku, z którym są same kłopoty, fakt niepodważalny, namacalny, łatwy do weryfikacji. Fuentes nie traci owej sensualnej perspektywy ani na chwilę; smród potu wychodzi tu przed subtelne analizy, świat Woli i fortuny to najpierw świat zmysłów i namiętności, a dopiero później intelektu. Seksu, jak na prozę pochodzącą z tej mniej zhipokryciałej Ameryki przystało, w Woli i fortunie jest co niemiara, tak w funkcji anegdotycznej, gdy stanowi dopełnienie uczonych dyskusji o sporze Pelagiusza z Augustynem, jak i jako koło zamachowe całej akcji. „Każde spółkowanie to gra w śmierć i życie” — oświadcza pewna nierządnica, nie jedyna na kartach tej powieści. A narrator i główny bohater, po pierwszej miłosnej lekcji, udzielonej mu przez śniadą i niziutką pielęgniarkę (czego i sobie, i wam pewnie bym życzył, gdyby nie było za późno), snuje takie oto refleksje: „od owej chwili wiedziałem, że umiem zadowolić kobietę, i natychmiast doszedłem do wniosku, że na tym polega najwyższa życiowa mądrość i że bez względu na to, czego się jeszcze w przyszłości nauczę, najistotniejsza lekcja została mi już udzielona”.

A więc ciało, rzecz (bo jak nazwać adekwatnie ciało?) o pierwszorzędnym znaczeniu, dla nas i dla narratora: „Byłem ciałem. Miałem ciało. Będę ciałem?”. Gwoli wyjaśnienia trzeba dodać, że jego nieco przesadne zainteresowanie tą metafizyczną z gruntu kwestią ma dobre uzasadnienie, znajduje się on bowiem w położeniu nader nietypowym, a nawet godnym politowania. Nie tylko dlatego, że umiera; śmierć to ostatecznie pospolite wydarzenie — tak w literaturze, jak w życiu — i raczej powinniśmy okazać zdziwienie, że tak trudno się z jej istnieniem oswoić niż wciąż zdumiewać się jej wszechpotęgą. Narrator Woli i fortuny umiera jednak w sposób oryginalny — jako tysięczna zdekapitowana „w tym roku w Meksyku głowa, która porzuciła resztę cielesnej powłoki”.

Owa obcięta głowa w funkcji narratora to zresztą jedna z nielicznych ekstrawagancji, na którą Fuentes puścił się w Woli i fortunie. Jak na wielkiego formalnego eksperymentatora przystało, autora Śmierci Artemia Cruz, a nade wszystko tryptyku Terra Nostra, tej powieściowej perwersji rozpisanej na wiele głosów, ostatnia książka Meksykanina jest zaskakująco mało skomplikowana, ba, nieomal tradycyjna. Z rzadka pojawiają się tu elementy będące dalekim echem dawnych szaleństw meksykańskiego pisarza. Na przykład odautorskie wtręty w rodzaju: „Co się dzieje po śmierci? Wy, czytelnicy schwytani w sieć mojej powieściowej intrygi, dowiecie się tego dopiero na ostatniej stronie”. Lub biblijne imiona bohaterów — Jerycho, Jozue — które wskazywałyby na ambicje Fuentesa, by umieścić swą opowieść na planie nieco bardziej uniwersalnym niż teraźniejszość, z jej całym ograniczeniem do „tu i teraz”. Fuentes nakłada cały ten mitologiczny sztafaż, żeby przydać realizmowi swej opowieści dodatkowego wymiaru (tak, Drodzy Przemądzrzalscy, Bracia Poloniści, zdaję sobie sprawę, że podobny zabieg ma od kilku dziesięcioleci stosowną i nadużywaną do mdłości nazwę — realizm magiczny), co jednym może odpowiadać, a drugim mniej. Wydaje się jednak, że akurat w przypadku Woli i fortuny zabieg ten nie wypadł tak udanie, jak to drzewiej bywało, co więcej — gdyby Fuentes ograniczył się do realistycznej konwencji, jego książka tylko by na tym zyskała.

Mimo tych zastrzeżeń, warto powtórzyć — Fuentes to Fuentes. Nawet w czasach totalnej nadpodaży wszystkiego, a więc również i literackiego talentu, kolejna powieść Meksykanina stanowi fakt godny uwagi — i to nie tylko ze względu na objętość tego dzieła.

Premiera tekstu miała miejsce w Literatkach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 09/12/2011 by in lektury nadobowiązkowe, powieść and tagged .
%d bloggers like this: