Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Rozwałka

Thomas Bernhard

Wycinka

przeł. Monika Muskała, Czytelnik, Warszawa 2011

Jednym z głównych wyznaczników literackiego powodzenia – co rzadko zresztą idzie w parze z sukcesem komercyjnym – jest osiągnięcie przez pisarza takiej wyrazistości, że zamienia się ona w rozpoznawalny styl. Trudno zaś o autora, którego pisarska maniera byłaby bardziej charakterystyczna niż fraza Thomasa Bernharda. Dlatego nawet wśród niemałej sfory pisarzy z ambicjami wykraczającymi poza używanie literatury do celów zarobkowych austriacki twórca wydaje się postacią zupełnie wyjątkową.

Gdyby zaś porwać się na sporządzenie klasyfikacji literackich mizantropów, z pewnością reprezentacja indywiduów powołanych do życia przez Austriaka uplasowałaby się w górnych jej rejestrach, a można bez wielkiego ryzyka domniemywać, że pretendowałaby w tej konkurencji do najbardziej eksponowanych miejsc. Również narrator Wycinki należy do długiego szeregu Bernhardowskich samotników, wyrzutków z własnej woli, odszczepieńców, którzy z głębi swojej awersji do bliźnich intonują szaleńcze monologi i którzy, usadawiając się w jakimś wygodnym punkcie obserwacyjnym, komentują bezlitośnie otoczenie, zanosząc się pogardą niczym uporczywym kaszlem.

Bernhard podniósł resentyment do rangi dzieła sztuki, doprowadził do swoistego apogeum zdolność czerpania inspiracji z pretensji do świata. Monologi jego bohaterów prowadzone są na pograniczu osobliwej manii, pobrzmiewają ledwie skrywaną histerią, a jednocześnie wydają się nadzwyczaj precyzyjne i klarowne. Austriak uwielbia pastwić się nad ludzkimi słabościami, intelektualno-artystowskimi snobizmami, w Wycince zaś popuszcza tej swej skłonności nawet bardziej niż przy jakiejkolwiek innej okazji. Dostaje się tu przede wszelkiej maści artystom, co bynajmniej nie jest u Bernharda nowością, ze szczególnym uwzględnieniem wiedeńskiego światka teatralnego i literackiego; na celowniku znajdują się „ludzie sztuki będący artystycznymi atrapami”, „perfidni towarzyscy onaniści”, „drobnomieszczańskie kukły, które nie mają najmniejszego pojęcia o sztuce”. Czytać Bernharda to dawać więc posłuch komuś, kto tak zwaną ludzkość ma za zbiór podejrzanych indywiduów, nędznych kreatur, moralnych bankrutów lub po prostu idiotów pozbawionych elementarnego gustu i inteligencji. „Wszyscy ci ludzie  byli kiedyś naprawdę artystami albo przynajmniej artystycznymi talentami […] teraz są już tylko artystyczną hołotą, która ze sztuką i z tym co artystyczne, nie ma nic wspólnego […] Wszyscy ci ludzie, którzy kiedyś byli naprawdę artystami, albo przynajmniej mieli skłonności artystyczne […] to teraz larwy i puste łupiny po tych, którymi byli kiedyś” – konstatuje narrator referujący swe wrażenia z pewnej proszonej kolacji, która staje się pretekstem dla rozpoczęcia tych rozpisanych na bez mała dwieście stron wynurzeń.

Jednak głównym tematem Wycinki, a prawdopodobnie i całego dzieła Bernharda, jest klęska; jakby jego zdaniem wszystkie ludzkie zamierzenia i działania ostatecznie skupiały się w jednym punkcie, jakby ogniskowały się w moment egzystencjalnej porażki, jakby życie – każde życie – było nieodwołalnie na plajtę skazane. „W każdym razie to deprymujące – oświadcza narrator powieści, obserwując wiedeńską socjetę – co ci ludzie w ciągu trzydziestu lat z siebie zrobili, co ja zrobiłem z siebie, z wszystkich tych szczęśliwych kiedyś stanów i okoliczności ludzie ci zrobili stany deprymujące i deprymujące okoliczności […] z wszystkiego zrobili coś zgoła deprymującego, z całego swego szczęścia jedną wielką depresję […] ja też ze swojego szczęścia zrobiłem jedną wielką depresję”.

W prozie Bernharda, co wiadomo nie od dziś, nie ma śladu wdzięczenia się do kogokolwiek czy mrugania w stronę odbiorcy, nie ma żadnych gierek z popkulturą, którymi literaci maskują zwykle swe pragnienie przypodobania się czytelnikowi. Bernhard niczego temu ostatniemu nie ułatwia, a co się da – to z upodobaniem utrudnia. I stylistyką, i wydźwiękiem swoich utworów, i absolutnie niepodatną na mody frazą. Nawet wśród ekstremalnych pod względem formy dziełach Austriaka Wycinka wyróżnia się zwartą budową – nie uświadczymy tu ani jednej przerwy, nie będziemy mieli żadnej okazji, by zahaczyć wzrokiem o choćby jeden akapit; strony powieści to jednolite bloki pełne gęsto padających słów.

Wycinkę można by zatem nazwać klasycznym utworem Bernharda, gdyby nie fakt, że w jego dorobku innych tekstów literackich, nie licząc dramatów, po prostu nie ma – wszystkie, co do jednego, realizują formułę wypracowaną przez Austriaka już w najwcześniejszych pismach. W całej historii literatury trudno byłoby wręcz znaleźć podobny przykład – autora równie przywiązanego do swych estetycznych założeń. Z tego też, między innymi, powodu Bernhard jest pisarzem wybitnym i całkowicie samoistnym, ale też zbyt specyficznym, by bić rekordy popularności. Bo czytanie Wycinki, podobnie zresztą jak i czytanie innych utworów tego pisarza, to czynność na dłuższą metę dająca się we znaki, a nawet wyczerpująca. Łatwo dostać tu zawrotu głowy czy wręcz nabawić się odruchów womitalnych, bo proza ta krąży wokół kilku tematów jak sęp nad jakimś upatrzonym ścierwem.

Właściwie można by się nawet zastanowić, czy warto w ogóle sięgać po kolejnego Bernharda, jeśli oczywiście nie należymy do wąskiego grona jego zaprzysięgłych wyznawców. W Wycince powracają znane dobrze obsesje Austriaka, raz po raz pojawiają się w niej nawiązania do tematów już przez Austriaka w przeszłości podjętych, środki stylistyczne również pozostają niezmienne. Twórczość Bernharda sprawia wrażenie, jakby już na bardzo wczesnym etapie skamieniała, ostatecznie się ustaliła, jakby żadna modyfikacja nie wchodziła w jej wypadku w grę; mamy po prostu do czynienia z wielotomowym dziełem podzielonym na marmurowe bloki poszczególnych książek, emanujących identycznym chłodnym blaskiem.

Warto też chyba wystosować dodatkowe ostrzeżenie dla osób, które z Bernhardem nie miały jeszcze (nie)przyjemności: wystawianie się na hipnotyczny wpływ tej prozy niesie za sobą ryzyko związane z oddziaływaniem wszelkiej literatury naprawdę dużego kalibru, a mianowicie, że i sami zaabsorbujemy jakąś jej cząstkę, że zostaniemy przez nią napromieniowani. W tym konkretnym wypadku znaczy to narazić się na napromieniowanie zasadniczą nieufnością wobec – podniośle rzecz nazywając – istnienia. W naszym świecie, gdzie nawet ubiegając się o stanowisko nocnego stróża trzeba zadeklarować optymistyczne nastawienie i chęć podnoszenia kwalifikacji, okoliczność ta może stanowić pewną przeszkodę w osiąganiu życiowych przewag, zważcie więc, Szanowni Państwo, czy to się Wam na pewno opłaci. No, chyba że po świętach potrzebujecie odtrutki, która powróci Was do prawdziwego życia…

Tekst pojawił się też w Literatkach, dokąd bardzo zapraszam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 27/12/2011 by in lektury obowiązkowe, powieść and tagged .
%d bloggers like this: