Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

KŁOPOTY Z RUDNICKIM

Janusz Rudnicki

       Mój Wehrmacht                                                    Chodźcie, idziemy

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
                                                                                    

Nie potrafię dojść z Rudnickim do ładu. Właściwie nie ma powodów, żebym lubił tę prozę, żebym — tak jak to zrobiłem — czytał dwie książki jego autorstwa, poświęcając tej czynności owe nędzne ochłapy czasu, które pozostają mi z tak zwanego dorosłego życia. Nie jestem przecież entuzjastą podobnej frazy, degradującej się z własnej woli, skarlałej, minimalistycznej, trochę podobnej do szczekania. Bo język Rudnickiego to jest taka polszczyzna rozbita na kawałki, potłuczona jak lustro, uszkodzona, kulawa. Zadziwiające, jak wiele udaje mu się powiedzieć za pomocą podobnych środków.

Rudnicki niezależnie od podejmowanego tematu pisze przede wszystkim Rudnickim, mówi przez samego siebie. Przy czym używa „ja” zbyt ostentacyjnie — co w literaturze bywa doskonałą autorską przesłoną — by traktować tę tożsamość narratora i autora poważnie. Zwłaszcza że Rudnicki-pisarz strasznie Rudnickim-bohaterem poniewiera, używając do tego zupełnie slapstickowych chwytów. Wyraźnie sprawia mu frajdę możliwość pomiatania swoim literackim ekwiwalentem, zsyłania nań różnych plag. A to go gdzieś zatrzaśnie — na balkonie czy pod drzwiami mieszkania, a to skonfrontuje z grupą czarnych wyposażonych w tam-tamy.

Idą prosto na mnie, i siadają! I siedzimy. Ja na samym brzegu. Jak cztery kozy siedzimy, jedna biała.
Jakby nie byli czarni, tobym odszedł, ale jak odejść, jak nie biali? […]
Siedzę i udaję, że piszę, a oni zaczynają walić w bębny! […]
Walą tak, że zeszyt mi się trzęsie. I włosy.Zostałem na ławce, żeby ich nie obrazić, nie dotknąć, to siedzę teraz, bombardowany jak Drezno.Los dobrze wychowanego humanisty XXI wieku.
(Listopad na Sternschanze)

Jest w bohaterze Rudnickiego jakaś paralela z Adasiem Miauczyńskim, ten sam inteligencki zaciek wściekłości sprzedawanej w podobny sposób — za pomocą drwiny. Bohaterem Rudnickiego jest bowiem typ rodem filmów Koterskiego — zakompleksiony i resentymentalny inteligent, psychicznie skędzierzawiony, ba, w cholerę potargany, który sam ze sobą nie potrafi dojść do ładu, bo jego codzienna kondycja i świadomość wchodzą ze sobą w permanentny konflikt. Głównym tematem Rudnickiego, podobnie jak twórcy Życia wewnętrznego, wydają się inteligenckie sprzeczności (zwane też, zwłaszcza przez inteligentów, aporiami), które inteligencja sama na swoją zgubę wyhodowała. Bo inteligent — taki jego parszywy los — musi użerać się ze swoją inteligencką świadomością, że właśnie jako inteligentowi czegoś mu nie wolno, że stoi przecież po stronie jakichśtam wartości, że powinien opowiadać się za prawami uciśnionych ludów, kobiet albo chociaż zwierząt. „Wstać i iść — źle. Zostać i siedzieć — źle. Za zimno i za gorąco, za ciasno i za luźno, w tym samym czasie. Życie moje” (Listopad na Sternschanze). Rudnicki podobny stan umysłu permanentnie obśmiewa, jednocześnie pozostając jego ofiarą. Potrafi być przy tym maksymalnie niebanalny i niepoprawny. Ktoś jeszcze bowiem, poza ewidentnymi straceńcami tudzież kretynami, ma odwagę mówić publicznie o kobiecie per „lalka z dziurką” (Mój Wehrmacht), choćby chodziło jedynie o jakąś nazistowską zdzirę?Los inteligenta to oczywiście nie jedyny temat prozaika z Hamburga.

Chodźcie, idziemy jesteśmy przede wszystkim — choć to akurat cytat z Mojego Wehrmachtu — „na samym froncie polsko-niemieckiego pojednania”. Ta somnambuliczna historia o peregrynacji, a właściwie najeździe grupki naszych rodaków na Niemcy, to przede wszystkim rozprawa Rudnickiego z Polakiem w sobie, o tyle wiarygodna, że prowadzona przez kogoś, kto dzięki emigracji ma możliwość patrzenia na nasze narodowe przywary z niejakiego oddalenia.

Ma do tego autor Męki kartoflanej wcale nieprozaiczny talent do obserwowania zupełnie prozaicznych symptomów naszych egzystencji, tak pospolitych, powtarzalnych i nudnych, że zwykle uchodzących zarówno naszej uwadze, jak i uwadze literatury. Tymczasem życie składa się właśnie i przede wszystkim z tych pauz w wydarzaniu się, z banałów i nawrotów, mikrogestów i mikroproblemów, Rudnicki zaś świetnie je dla literatury zagospodarowuje: „Zamiatam. On stoi z tym sztucznym kwiatkiem, ja zamiatam. Na kupkę i na szufelkę, ale zawsze mi coś z tej kupki zostaje, jak to w życiu. Z lewej ją biorę, z prawej, zostaje” (Chodźcie, idziemy).

Choć zatem sposób pisania Rudnickiego raczej mnie irytuje, niż zachwyca, to najwidoczniej wcale nie jest mi z nim tak nie po drodze, jak mi się wydaje. Może dzieje się tak dlatego, że w autorze tych tekstów, niezależnie o czym by akurat traktowały, na odległość znać prawdziwego pisarza, to jest — wedle bardzo zamierzchłych standardów — kogoś, kto w literaturze widzi nie jedną z szerokiego spektrum rozrywek oferowanych nam przez świat, lecz sposób, aby z tym światem się policzyć, jak na to zasługuje. A może powrócę do Rudnickiego z jeszcze innych powodów — choćby ze względu na rozpoznawalny styl i umiejętność tworzenia przezeń godnych zapamiętania (a przez to i zazdrości) zdań?

2 comments on “KŁOPOTY Z RUDNICKIM

  1. readeatslip
    03/01/2012

    Na dłuższą metę faktycznie jest Rudnicki irytujący, ale to chyba ogólna przypadłość pisarzy „drwiących”, bo mam tak samo z Pilchem czy Witkowskim. Małe porcje od czasu do czasu – świetna zabawa, kilka książek pod rząd – mordęga.

    • Doczytania
      04/01/2012

      Nie nazwałbym akurat Rudnickiego autorem „irytującym”. Mam raczej wrażenie, że każdy pisarz, który odnajdzie indywidualny i charakterystyczny styl, na dłuższą metę wydaje się nużący. Miałem tak ostatnio z Bernhardem, pisarzem bardzo dla mnie istotnym, którego Wycinkę czytałem ze wzbierającym wrażeniem, że nie sposób tu liczyć na jakiekolwiek zaskoczenie. Zresztą dlatego unikam czytania książek jednego autora jedna po drugiej (pisaliśmy kiedyś o tym przy okazji dyskusji o Drodze McCarthy’ego, pamiętasz?). wniosek płynie z tego następujący: z literaturą jak z rolnictwem – najlepsze rezultaty przynosi płodozmian.🙂
      Ale Rudnicki to naprawdę pisarz, a nie żadna podróba, czuć to po kilku zaledwie stronach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 03/01/2012 by in lektury nadobowiązkowe, powieść and tagged , .
%d bloggers like this: