Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Budowanie przeszłości

Friedrich Dűrrenmatt

Labirynt. Budowanie wieży

przeł. Małgorzata Łukasiewicz i Krzysztof Jachimczak, PIW 2011.

„Nieustannie ktoś usiłuje opisać swoje życie. Przedsięwzięcie to uważam za niemożliwe, aczkolwiek zrozumiałe. Im człowiek starszy, tym silniejsze pragnienie dokonania bilansu. Śmierć coraz bliższa, życie ulatuje. I podczas gdy ono ulatuje, chcemy nadać mu kształt; nadając mu kształt, fałszujemy je: tak powstają fałszywe bilanse, które nazywamy autobiografiami”.

Prawdopodobnie spisywanie życia zaczyna mieć sens dopiero w wieku więcej niż dojrzałym. Dzieje się tak nie dlatego, że po kilku dziesięcioleciach człowiek ma zwykle za sobą więcej niż w swych latach szczenięco-młodzieńczych (bo może być i tak, że w okolicach trzydziestki ma za sobą wszystko, co istotne), lecz z tego powodu, że dopiero wówczas to, co składa się na życie, układa się w jakichś sensownych proporcjach, hierarchizuje się, zyskuje odpowiednią miarę i wagę albo – jeśli sobie na to zasłużyło – rozpływa w niepamięci. Mimo że w Labiryncie. Budowaniu wieży Friedrich Dűrrenmatt prowadzi nas od swego głębokiego dzieciństwa po dojrzałość i dość szczegółowo o sobie rozprawia, szwajcarski pisarz i dramaturg nie pomyślał jednak swej książki jako autobiografii, w każdym razie nie w sensie, w jakim zwykle o niej myślimy. Jak każdy pisarz, który postanowił zająć się samym sobą, w Labiryncie… snuje on bowiem przede wszystkim historię swojej przemiany i tropi towarzyszące mu przez lata wątki. Dlatego owo rozległe dzieło to nie tyle okazja, by zapoznać się z biografią autora Kraksy, co opowieść o dorastaniu świadomości do literatury i wyrastaniu z zastanego świata.
Dűrrenmatt, wychowany na szwajcarskiej wsi syn pastora, urodził się w świecie przednowoczesnym. „Dobro i zło były jasno określone – pisze – człowiek nieustannie zdawał egzamin, każdego dnia, by tak rzec, otrzymywał stopnie, i dlatego szkoła miała tak gorzki smak: była kontynuacją systemu niebiańskiego na ziemi, a dorośli byli dla dzieci półbogami. […] Trzeba było się z tym światem pogodzić. Człowiek był na tę wiarę zdany, bezbronny i nagi”. Świat jego dzieciństwa był skonstruowany wertykalnie, ułożony i spójny, dopiero wyjście z niego oznaczało dla Dűrrenmatta konfrontację ze współczesnością. Labirynt… to w dużej mierze opowieść właśnie o tym procesie – jak chłopak z podalpejskiej wioski oddala się od siebie samego, jak zachodzi w nim zmiana, która zrodziła w końcu pisarza. Dűrrenmatt traktuje swoje życie właśnie jak labirynt tematów, wśród których się porusza, nic więc dziwnego, że za klucz do jego zrozumienia – klucz, który sam dla siebie musi dorobić – a zarazem metaforę życia jako takiego, uważa znany mit; „nieświadomie identyfikowałem się z Minotaurem, mieszkańcem labiryntu, dokonywałem aktu praprotestu, protestowałem przeciwko swoim narodzinom; świat bowiem, na jaki mnie wydano, był moim labiryntem, wyrazem zagadkowego mitycznego świata, którego nie rozumiałem, który niewinnych uznaje za winnych i którego prawo nie jest znane”. W Labiryncie… usłyszymy sporo takich kafkowskich pogłosów, zarówno w partiach wspomnieniowych, jak i w szkicach i opowiadaniach, które współtworzą tę książkę. Ostatecznie jednak nie ma się czemu dziwić – chyba żaden inny pisarz nie rozpisał w swoim dziele z równą drobiazgowością bezradności człowieka wobec mechanizmów świata, w którym funkcjonuje, jak to uczynił właśnie Kafka, i żaden twórca nie wpłynął równie mocno na sposób, w jaki współczesna literatura postrzega jednostkę skonfrontowaną ze strukturami zbyt potężnymi – jak chociażby państwo – by mogła liczyć na coś więcej niż prawo łaski.
Trzeba powiedzieć, że nie mamy do czynienia z dziełem łatwym do gatunkowej klasyfikacji – ani to w końcu autobiografia, ani Bildungsroman, ani memuary. Wszystkie te elementy wchodzą ze sobą w Labiryncie… w specyficzne relacje, czego wynikiem jest dzieło otwarte zarówno na przeszłość, jak i na fikcję literacką. Literatura mająca ambicję wydostać się ze swoich własnych ograniczeń nie ma zresztą pewnie innego wyjścia i jeśli nie chce uniknąć geriatrycznego losu, musi zarzucać gatunkową czystość, wyzbywać się granic, eksperymentować ze sobą, nawet jeśli istnieje ryzyko, że efektem tych poszukiwań może być powstanie jakiegoś literackiego odpowiednika mister Frankensteina. W przypadku szwajcarskiego prozaika, poza eksperymentem formalnym, zasadniczym celem tego zabiegu wydaje się „próba myślowego uporania się z tym światem”, to znaczy walka z dala od ludzi, „którą prowadzi się z samym sobą: ja jestem twoim wrogiem, ty jesteś swoim”.
Pisaniu, sensowi pisania, wreszcie zadaniom pisarza Dűrrenmatt poświęca sporo miejsca. Nadrzędnym celem literatury jest dlań „wymyślić świat, którego nie było mi dane przeżywać, przeciwstawić temu światu światy, odnaleźć tematy, które mnie nie znajdowały”, innymi słowy, kontrpropozycja wobec tak zwanego obiektywnego świata. Pewnie dlatego tyle uwagi autor poświęca swej duchowej rebelii, traktując ją zresztą tak, jak powinno się traktować wszelkie młodzieńcze bunty: z dystansem i niekiedy ironią, ale też świadomością, jak wiele jej zawdzięcza. W końcu to one – nasze akty kontestacji – nawet jeśli wypieramy się ich później, decydują o tym, kim jesteśmy w naszych kolejnych życiowych wcieleniach. „Z góry założyłem, że nie potrafią mnie zrozumieć. Niesłusznie. Ale rebeliant potrzebuje tego założenia, żeby wszcząć rebelię. […] Należało protestować przeciwko światu jako takiemu, atakować Boga jako takiego. Moja fantazja była zbyt radykalna, nie znajdywałem w języku nic, co by jej odpowiadało, żeby mogło powstać dłuższe opowiadanie. Wisiałem w próżni, pisarz bez zdolności pisania”.

Szwajcaria, ta idylla, której udało się wymknąć historii, obiekt westchnień narodów, które miały mniej szczęścia lub rozsądku, by trzymać się na uboczu dziejów, dla swych synów intelektualistów musi stanowić nie lada problem – i jak każdy mieszczański raj, doskonalą odskocznię do buntu – skoro Dűrrenmatt raz po raz powraca w swym dziele do zagadnienia, co znaczy być Szwajcarem. Własna ojczyzna jest dla niego dylematem do przepracowania, co nie jest zresztą niczym nadzwyczajnym, bo dla intelektualisty każda ojczyzna – a także jej brak – jest dylematem. W ogóle wydaje się, że intelektualiści to gatunek istot, które szczególnie upodobały sobie duchowe cierpienia, najlepiej za miliony nieprzejawiające żadnej ambicji poza wygodnym życiem. Inna rzecz, że jako Szwajcar Dűrrenmatt miał wprost idealne warunki, by zostać sumieniem swoich rodaków – nie dość, że ci ostatni tak sprytnie lawirowali między politycznymi rafami, że na przykład druga wojna światowa docierała w ich doliny jedynie jako głuchy i daleki pogłos, to jeszcze całkiem udanie pod względem ekonomicznym zdyskontowali swoją neutralność. Ale – warto chyba o tym wspomnieć – to właśnie dzięki zachowawczym i nie dość bohaterskim rodakom urodzony w 1921 roku pisarz (a ta data ma tu swoje znaczenie) mógł snuć rozważania o grotesce „bycia oszczędzonym – która w konsekwencji miała przynieść naszemu krajowi więcej szkód, niż wtedy jeszcze można było przypuszczać”, zamiast, jak choćby jego liczni rówieśnicy znad Wisły, wchodzić w buty bohatera martyrologicznego mitu. Autor Wizyty starszej pani wyraźnie zdradza syndrom niedoszłej ofiary, kierowanej poczuciem winy, że została oszczędzona. Stąd też Szwajcaria i Szwajcarzy pojawiają się w Labiryncie… jako temat raz po raz; „Mnie druga wojna odesłała z powrotem do samego siebie: wtrąciła do więzienia, w którym jestem. W poczucie, że jestem ogrodzony od świata. […] Szwajcaria wydawała mi się absurdalna. […] Mogę sobie to doskonale wyobrazić. Szwajcaria, która po prostu rozpuszcza się w Europie. Nie na skutek wojny, ale gospodarczo, bo nie jest już opłacalna. Bo bycie Szwajcarem pociąga za sobą za duże straty. Ale osobiście nie cierpię z tego powodu, że jestem Szwajcarem” – taką oto refleksją wieńczy Dűrrenmatt swe zmagania, jakże w gruncie rzeczy podobne do tych, które prowadził ze swym krajem jego rodak Max Frisch.
Dűrrenmatt wpisuje zatem swoją twórczość w biografię – a nie odwrotnie, co wydaje się zabiegiem stosowanym przez pisarzy znacznie częściej – to jest buduje dzieło, w którym na równych prawach funkcjonuje wspomnienie i fikcja, jak gdyby zrównując ich, przepraszam za wyrażenie, status ontologiczny. Pamięć w nas nie ustaje, wciąż pracuje, uwydatniając jedno i zacierając inne, przeszłość człowieka to w dużej części list zapisany atramentem sympatycznym, blaknie aż do całkowitego zniknięcia, a jej chwytanie w pułapkę słów to w gruncie rzeczy praca bardzo podobna do tworzenia dzieła literackiego; „nie otacza nas przeszłość, lecz wiele przeszłości, świat nakładających się i przeplatających »obrazów wspomnieniowych«”, które komponuje się na podobieństwo powieści. Dűrrenmatt w Labiryncie… zdaje się wierzyć, „że dzięki bardzo konkretnemu pisarskiemu podstępowi może zanalizować, a tym samym wyrazić i przedstawić swoje otoczenie i siebie samego – po to naturalnie, by stosując ten chytry podstęp, siebie samego przechytrzyć”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 18/01/2012 by in biografia, lektury nadobowiązkowe, opowiadanie and tagged , .
%d bloggers like this: