Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

„Lepiej, żeby niektórych dni w ogóle nie było”

Bohaterowie opowiadań Jana Balabána to ludzie nieco bezradni wobec samych siebie, obserwujący codzienność z rozdziawionymi zdumieniem gębami, jakby unoszeni przez życie w przypadkowym i mało przewidywalnym kierunku.

Mariusz Szczygieł, zawołany czechofil, nazwał Jana Balabána „nieczeskim pisarzem czeskim”. Nie bez racji, trzeba powiedzieć. Jeśli bowiem założymy, że istnieje coś w rodzaju narodowego charakteru, który przejawia się (między innymi) w literaturze, a do tego uznamy, że czescy autorzy mają pewną skłonność do lekce sobie ważenia życiowych tragedii i traktowania ich jako zbioru mniej lub bardziej pociesznych anegdot, to z Balabánem trudno nam będzie dojść do ładu. Autor Możliwe, że odchodzimy ustosunkowuje się bowiem do życia poważniej niż — wedle polskich wyobrażeń, w dużej mierze opartych na produkcji kinematograficznej naszych sąsiadów oraz postaci wojaka Szwejka — przeciętny Czech. Zresztą mówił o tym autorowi Zróbmy sobie raj: „Ta cała pohoda jako dominująca część czeskiej kultury mnie denerwuje […] Nie wierzę w nią. Kiedy brakuje Boga, zaśmianie lęków jest bardzo przydatne. Tylko że to nie pozwala zbliżyć się do tego, co w nas przykre. Żarty, hece, ironia mają spowodować duchową homeostazę. Że tak naprawdę wszyscy jesteśmy fajni”. Dlatego w Wakacjach i Możliwe, że odchodzimy, dwóch wydanych wspólnie przez Wydawnictwo Afera zbiorach opowiadań, Balabán koncentruje się głównie na tym, czego jego współplemieńcy dostrzegać w swoich egzystencjach najwidoczniej nie lubią — małych, z wolna nabrzmiewających defektach.

Bohaterowie jego opowiadań, czy też raczej kilkustronicowych miniatur, to ludzie nieco bezradni wobec samych siebie, obserwujący codzienność z rozdziawionymi zdumieniem gębami, jakby unoszeni przez życie w przypadkowym i mało przewidywalnym kierunku. A forma, którą wybrał nieżyjący już prozaik, doskonale harmonizuje z wydźwiękiem tych utworów, przypomina, że życie nie jest ciągiem, lecz składa się z fragmentów nanizanych na naszą biografię jak koraliki — jakichś zdarzeń-niezdarzeń, zwyczajności, która traci kontury, gdy patrzy się na nią zbyt długo.

Balabán koncentruje się na pojedynczych losach, odosobnionych momentach, bynajmniej nie przełomowych, ale właśnie najzwyklejszych w świecie, na codzienności, która jest doskonałą glebą pod uczucie zawodu. Kreśli poszczególne epizody, sceny zagubienia, nagłego osunięcia w zdumienie sytuacją, kiedy człowiekowi nie przychodzi do głowy żadne wyjaśnienie, dlaczego jest właśnie tu, gdzie jest. To właśnie przydarza się parze z Po południu i wieczorem, gdzie na trzech stronach rozgrywa się małżeńskie Waterloo, i innej — z Urszuli: „leżeli obok siebie i czuli, jak ich życie zaczyna ogarniać zmęczenie”. Jego postacie szwendają się po swoich istnieniach, jakby łaziły po jakimś zapuszczonym strychu, gdzie wszystko pokryte jest grubą warstwą kurzu, który uniemożliwia wzięcie głębszego oddechu. Tak jest z bohaterem W niedzielę: „Chciałby coś powiedzieć, ale niestety, nikt jeszcze nie nauczył go mówić”. Albo innym, który wyznaje: „Jestem dokładnie pomiędzy jednym a drugim bezkresem, więc żaden mój ruch, nawet gdybym zamiast tej starej skody miał najszybszą furę, nie posunie mnie ani o milimetr do celu”. Jeśli zdarzają się tu jakieś odkrycia, to nie są to żadne epifanie, raczej puste i jałowe zdziwienie; Michała z Pyrrhula Pyrrhula, gdy patrzy na swoją dziewczynę, ogarnia niepokój, że „rzeczywiście przestaje pojmować, kim jest ta kobieta, która sześć lat temu ożyła w jego rękach”. Jest więc w tej prozie kawał życia w jego najpospolitszej odsłonie. Bardzo to realistyczne, bardzo wiarygodne i dosyć przygnębiające — doskonała lektura, by uprzytomnić sobie, że nie ma sensu mieć zbyt wiele nadziei. Chociaż nie jest przecież tak, że Balabán rejestruje wyłącznie obcość narastająca między ludźmi. Niekiedy zajmują go też uczucia bliskości, a nawet intymności, choć traktuje je jako pewien ewenement, którego największym wrogiem jest czas. Ludzie się spotykają, cud się dokonuje, należy tylko żałować, że cuda mają tyle wspólnego z naszym światem — trwają tak krótko…

Książki da się czytać na wiele sposobów — łapczywie, pedantycznie, analitycznie i jak się Państwu tylko podoba. Ale akurat opowiadań Balabána nie ma chyba sensu „konsumować” zbyt pospiesznie, przeglądać ów kalejdoskop przypadków za jednym zamachem; istnieje bowiem ryzyko, że poszczególne obrazy zleją się w mało kolorową maź. Lepiej więc robić sobie przerwy, nawracać do tego zbioru, dać szansę poszczególnym bohaterom na zachowanie indywidualności, a sobie na przyswojenie kilku gorzkich prawd. „Nie chcę mieć pod tym względem ani dla siebie ani dla nikogo litości, nie piszę dla głupców” — mawiał przecież Balabán.

Jan Balabán,Wakacje. Możliwe, że odchodzimy, przeł. Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2011.

Tekst miał swoją premierę na Literatkach.

2 comments on “„Lepiej, żeby niektórych dni w ogóle nie było”

  1. Pingback: Mężczyzna w czasach dziecięcej zarazy « Doczytania. Blog Grzegorza Krzymianowskiego

  2. readeatslip
    25/05/2012

    No i faktycznie, brzmi to bardzo jak Carver. Poszukam, przeczytam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 10/05/2012 by in lektury nadobowiązkowe, opowiadanie and tagged , .
%d bloggers like this: