Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

„Bo przecież nie od razu jesteśmy śmiertelni”

Nasz świat, twierdzi Stasiuk, tylko z pozoru staje się bardziej wielowymiarowy. W rzeczywistości go ubywa — wraz z sekowaniem z niego tego rodzaju postrzegania świata, który można by sprowadzić do obecności mitu w codzienności.

Jedną z najgłupszych cech młodości, do której tak często wzdychają ludzie aż nadto obyci z czasem, jest wiara we własną nieśmiertelność. Dlatego młodość ma w sobie tupet nieograniczany świadomością swoich  granic i perspektywą nieuniknionej przemiany. Stąd też bierze się jej poczucie wyższości, niczym wprawdzie nieuzasadnione, ale też uzasadnienia niepotrzebujące. Uzasadnień potrzebujemy my, ci wszyscy, którzy już — mniej lub bardziej wyraźnie — czujemy, że zasiano w nas przemijanie, że pleni się ono jak chwast i tak czy inaczej nas przemoże. W końcu nawet w tych na poły komicznych, na poły przerażających czasach, pełnych dorosłych rozpaczliwie wypierających się swojego wieku, każdy  znajdzie się w takim momencie, gdy będzie już właściwie tylko przeszłość, a cała przyszłość  stanie się małym i ciemnym punktem, kropką pod wielkim znakiem zapytania. „Przed trzydziestu laty […] wydawało nam się, że jesteśmy bohaterami opowieści, która nigdy się nie skończy, ze to jest jak płyta, jak kolejne piosenki, które można puszczać w nieskończoność. A gdy się znudzi, wystarczy sięgnąć po następny kawałek” — zauważa Andrzej Stasiuk w jednym z czterech opowiadań Grochowa, zwracając się do swego zmarłego przyjaciela. „Bo przecież nie od razu jesteśmy śmiertelni. Wtedy nie byliśmy. I jeszcze przez wiele lat” — dodaje w innym miejscu.

Autor Dukli w swej najnowszej książce konfrontuje się z ludzką zależnością od czasu, z tym niewolniczym stosunkiem, który skazuje nas na zakład z własnym losem; musimy bowiem wierzyć, że nasza przyszłość nie skończy się lada chwila, a potrzebujemy tej wiary, aby się zanadto i zbyt szybko nie poddać. Pisarstwo Stasiuka jest zresztą zwykle skierowane na zachowanie świata i ocalenie trwającego. Niezależnie od tego, czy jest to zabieg świadomy, czy też pisarz ulega po prostu nakazowi logiki własnej twórczości, nad którą artysta nie zawsze przecież musi panować, nadaje on aktowi pisania rangę wykraczającą poza kompilowanie kolejnych barwnych historyjek i anegdot. A czy może być większe wyzwanie dla literatury niż próba ocalenia tego,  co żadną miarą w rzeczywistości nie może zakorzenić się na stałe?

Ale w Grochowie Stasiuk odkrywa, dla siebie i dla nas, że ocalenie przez literaturę jest li tylko lingwistycznym wybiegiem,  sztuczką zatrwożonych umysłów, najbardziej zaś — wyrazem bezradności. Pisarz wyrusza tu po raz kolejny na wyprawę — tym razem jednak nie w głąb oznaczonej na mapach krainy, lecz na rozpoznanie niewiadomego, naprzeciw przeczuciu, że coś się przed nami kryje. Grochów jest jak zwiad na obce terytorium, wypad w nieznane, spojrzenie za „rozdarcie tkaniny egzystencji” i za tę zasłonę racjonalności, którą rozciągamy między sobą a tym, co nas przeraża. Obcy — ulubiona figura Stasiuka — ma tu przesłonięte oblicze. Jest cieniem bez kształtu, jest utratą i nieobecnością. Dlatego odpowiedź na pytanie, kim lub czym jest, pozostaje nieczytelna. Nie da się bowiem poszpiegować w zaświatach i wrócić stamtąd z miną przemądrzałego proroka. Wie się o śmierci tyle, ile da się zobaczyć z zewnątrz, czyli niewiele. W śmierci innych można się co najwyżej przeglądać, a i to z wątpliwym rezultatem, bo  jest ona jak lustro nocą — połyskuje tajemniczo i niewyraźnie.

Stasiuk w Grochowie ukazuje, jak śmiertelność wślizguje się w nas jeszcze za życia, dyskretnie, ale nieodwołalnie, jak noc do pokoju. Bo zachodzi gdzieś z tyłu i nagle jest, patrzy ślepiami bez wyrazu. „Przechodziło ci w ogóle przez myśl, że umrzesz? Albo że ja umrę? Że kiedyś będziemy patrzeć, jak nas zakopują albo wkładają do pieca? Że tylko to będziemy mogli dla siebie zrobić? Tylko patrzeć?”. Tym ciągiem retorycznych pytań pisarz otwiera się na bezradność, na przemijanie, na śmiertelność, która dotąd dotyczyła innych, a więc była nierzeczywista. Śmierć manifestuje  swoją obecność, a kiedy cofa się do swoich leży, pozostaje po niej puste miejsce — pieczęć, którą odciska na rzeczywistości.

Lektura Grochowa często pobrzmiewa echem słynnej myśli Wittgensteina: „Śmierć nie jest epizodem życia. Śmierci się nie doświadcza” (Der Tod ist kein Ereignis des Lebens. Den Tod erlebt man nich). „Trudno powiedzieć, kiedy do nas dociera, że to się stanie. Może nie dociera, dopóki nie nadejdzie. Może nawet teraz, gdy już wiem, że to jest, że przyjdzie do każdego, to i tak na razie oglądam się na innych. Odganiam, opędzam się, umykam?” — pisze z kolei Stasiuk. Częścią tego opędzania się, wyślizgiwania z suchych ramion kostuchy jest stylistyczna strategia pisarza; rzadko pojawia się tutaj imię głównej bohaterki tej książki, słowo „śmierć” co i rusz zastępowane jest jakimiś mniej wyraźnymi ekwiwalentami, zaimkami, podobno wskazującymi, w rzeczywistości zaś sprytnie wymijającymi.

Grochów to literacka kontemplacja, zbiór pauz między myślami. Zebrane tu opowieści są niczym oddzielone  od siebie moduły, cząstki, w których tętni osobne życie, lecz ta sama śmierć. Ich samoistność podkreśla dodatkowo graficzna strona książki — za każdym akapitem otwiera się duża biała plama, interior, gdzie wybrzmiewa to, co zostało właśnie powiedziane. W mówieniu i myśleniu, przy najwyższym wysiłku, można bowiem co najwyżej liczyć na to, że uda się wedrzeć w granice niewysłowionego na kilka kroków, nie więcej.

Można zatem odnieść wrażenie, że Stasiuk w służbę stylistyki zaprzągł  nawet ciszę, że milczenie stało się w Grochowie jednym z jego najważniejszych  środków wyrazu. Cisza jest bowiem granicą naszego języka i naszego doświadczenia. Ale my, współcześni, nie akceptujemy żadnych ograniczeń. Dlatego nasz świat nie lubuje się w ciszy. Ba, on się tej ciszy — i związanych z nią chwil zastoju — po prostu boi. W ciszy lęgną się nasze demony, więc zagłuszamy — i je, i siebie. Jesteśmy jak ci marynarze z zatopionego w lipcu 1945 roku na Pacyfiku krążownika USS „Indianapolis” — rekiny pływają wokół, a my, widząc ich grzbiety, wrzeszczymy bez umiaru, wierzgamy potępieńczo, byleby tylko nie dotarły do nas krzyki tych, których bestie wciągają w głębiny. Tymczasem Stasiuk wchodzi w pęknięcia, które pojawiają się między naszą niespożytą, z lekka histeryczną aktywnością — po to, by poddać w wątpliwość skuteczność tej hałaśliwej taktyki. „Dziwna jest ta nasza cywilizacja” — zauważa. „Ratuje, chroni, przedłuża nam życie. A jednocześnie czyni nas bezbronnymi wobec śmierci. Nie potrafimy się wobec niej zachować”.

Grochów niepostrzeżenie zamienia się w medytację nad naszym losem — losem zbioru materii podlegającej rozpadowi i losem gatunku owładniętego pychą rzekomej wszechmocy,  który rozpędził na cztery wiatry tabuny mniej lub bardziej poważnych bóstw i usadowił się na ich opuszczonych tronach. „I nic nas nie zatrzyma. Będziemy się pozbywać bezużytecznego życia. Skoro nauczyliśmy się je wydłużać, damy sobie prawo do jego skracania, ponieważ od jakiegoś czasu wydaje się nam, że wszystko jest w naszych rękach”. Nasz świat, twierdzi Stasiuk, tylko z pozoru staje się bardziej wielowymiarowy; w rzeczywistości go ubywa — wraz z sekowaniem z niego tego rodzaju postrzegania świata, który można by sprowadzić do obecności mitu w codzienności. „Niebawem umrą ostatnie babki, które na własne oczy oglądały  świat duchów. Oglądały z wiarą i spokojem, oczywiście z lękiem też. Żywa, istniejąca nadprzyrodzona rzeczywistość odejdzie wraz z nimi. Wyjąwszy rzadkie mistyczne doświadczenie wybranych, będziemy skazani na pełną wysiłku i trudność ufność w istnienie niewiadomego. Gładka, wypolerowana powierzchnia codzienności usłużnie podsunie nam nasze własne, płaskie odbicia jako głębię”.

Hołdująca zasadzie absolutnej aseptyczności cywilizacja nie uchroni nas przed trwogą. Wszystkie te higieniczne rozwiązania, tak charakterystyczne dla przemysłu funeralnego — chromy, stale, ogień, a nade wszystko dystans między żyjącymi a sprowadzonym do roli przedmiotu martwym, to tylko skazane na niepowodzenie próby ucieczki. „Przecież wciąż jesteśmy dzicy i potrzebujemy totemów, potrzebujemy fetyszy” — konstatuje pisarz. „Myśl musi czegoś dotykać. Ja sam muszę nad czymś zapłakać. Nad czymś konkretnym, nie tylko nad wspomnieniami”.

Mimo bardzo osobistego tonu Grochów to jednak nie wyznanie i nie rzecz, którą czyta się z lekka żenującym poczuciem wchodzenia w nazbyt intymne światy drugiego człowieka. Stasiukowi, którego twórczość bazuje przecież na fakcie, konkrecie, detalu, udała się rzecz bardzo trudna — jest w tym zbiorze zarazem konkretny i wstrzemięźliwy, melancholijny, ale bynajmniej nie łzawy, bardzo prywatny, lecz zarazem uniwersalny. Bo w swych najlepszych momentach, na tych osobliwych przełęczach języka między niezdobytymi dla innych graniami naszych doświadczeń, literatura podnosi osobiste do rangi ogólnego, występuje z jednostkowych ram i staje się opowieścią snutą dla każdego z nas. Grochów to właśnie jedna z takich książek.

Andrzej Stasiuk, Grochów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 14/06/2012 by in lektury obowiązkowe, opowiadanie and tagged .
%d bloggers like this: