Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Gabinet luster

Javier Marias gra w Serce tak białe ze strukturą kryminału, sięga po nią i zaprzęga na swoje usługi. Rzecz to bardzo zwodnicza, poszczególne plany powieści nachodzą na siebie, a wydarzenia są jak płyty tektoniczne — ścierają się, głównie w głowie narratora, i wywołują drgania powieściowego świata.

Javier Marias to jeden z tych pisarzy, którzy cieszą się dość osobliwą renomą — wiadomo, że to autor istotny, oryginalny, warty przeczytania, lecz sytuacja ta nie przekłada się w żaden sposób na jego popularność. Serce tak białe, które w Polsce ukazało się po raz drugi, po dwunastu latach od pierwszego wydania, uważane jest za jedno z największych osiągnięć hiszpańskiego prozaika, lektura książki zaś wyjaśnia poniekąd, dlaczego nie zdołał on powtórzyć w Polsce sukcesu swoich rodaków-piłkarzy i nie zajmuje na listach bestsellerów najbardziej eksponowanych miejsc, lecz raczej cieszy się estymą wąskiego grona literackich snobów tudzież, co gorsza, krytyków.

Byłby to zresztą osobliwy przypadek, gdyby w kraju, gdzie czytanie coraz powszechniej traktuje się jako mniej lub bardziej podejrzaną duchową aberrację, wielką popularnością zaczął cieszyć się pisarz w gatunku Mariasa. Od pierwszego zdania Serca… wiadomo bowiem, że autor nie zamierza się w żaden sposób wdzięczyć do czytelnika, za to żąda odeń nie lada wysiłku. Nie jest to powieść, którą można by sobie poczytywać w wolnej chwili; wymaga intelektualnego zaangażowania, nie tylko ze względu na wielopoziomowość fabuły, ale i równie skomplikowane zdania, pełne wtrąceń, ekskursów, nawrotów. A tych „przeszkód” bez pewnej mobilizacji i skupienia wziąć się nie da, Marias w swej opowieści meandruje, kluczy, przeplata wątki, tak że w trakcie lektury może się wydawać, iż panuje tu lekki chaos, że poszczególnym elementom brak uzasadnienia, a pewne passusy są pozbawionym większego znaczenia naddatkiem. Tyle że ostatecznie, jak to przy różnego rodzaju znojach często bywa, dochodzi wreszcie do kulminacji, a w niej wszystkie elementy fabuły zbiegają się w jednym punkcie i nagle naszym oczom ukazuje się doskonale zaprojektowany mechanizm.

Cała powieść jest jak gabinet luster, w których zwielokrotniają się kolejne motywy, korespondują ze sobą zdarzenia odlegle w czasie i rozgrywające się w dalekich od siebie miejscach, a teraźniejszość jest jak echo czy cień czegoś, co miało miejsce w przeszłości. W tych zwierciadlanych odbiciach zatraca się granica między wyobrażonym a rzeczywistym. Bo Serce… zbudowane jest na niepewności, co naprawdę się na naszych oczach rozgrywa. „Czasami odnoszę wrażenie — wyznaje przy końcu swej opowieści narrator — że to, co się zdarza, jest identyczne z tym, co się nie zdarza; to, co odrzucamy lub puszczamy mimo siebie, jest identyczne z tym, co bierzemy i chwytamy; to, czego doświadczamy, identyczne z tym, czego nie próbujemy, a mimo to schodzi nam życie i przychodzi nam życie na wybieraniu i odrzucaniu, i dobieraniu, na wykreślaniu linii, która rozdzieliłaby to wszystko co identyczne i uczyniła z naszej historii jedna jedyną historię, która moglibyśmy pamiętać i opowiadać, od razu albo po jakimś czasie, i tym samym która mogła zostać wymazana lub rozmazana […]”. Słowo ukazuje tu swą niwelującą moc, słowo rozprasza świat i poddaje w wątpliwość ludzkie uczynki, mniemania, intencje i pragnienia.

Serce… to zatem rzecz bardzo zwodnicza, w której strukturze niełatwo się zorientować, choć przecież nie dzieje się tu bardzo wiele. Poszczególne plany książki nachodzą na siebie, a składające się na nią wydarzenia są jak płyty tektoniczne — ścierają się, głównie w głowie narratora, i wywołują drgania powieściowego świata. Marias gra tu ze strukturą kryminału, sięga po nią i zaprzęga na swoje usługi. Przez całą powieść tajemnica przebija przez gęsto pisane akapity, przez uwagi i opowieści narratora, przez erudycyjne wstawki poświęcone Szekspirowi. Są, owszem, i trupy, lecz to nie rozwiązanie zagadki, kto zabił, jest clou całości.

Bo nie tyle o jakąś tam śmierć idzie, ale o rzecz znacznie poważniejszą — o ten zadziwiający proces, który z naszych drobnych i przypadkowych w sumie gestów drąży w przyszłości nasz — i nie tylko nasz — los. „Kroki, które człowiek stawia pewnej nocy na chybił trafił i bez żadnych konsekwencji, w końcu prowadzą po jakimś czasie lub w abstrakcyjnej przyszłości do sytuacji nieuchronnej i już znalazłszy się w tej sytuacji, z niedowierzającą nadzieją zadajemy sobie pytanie: «A gdybym nie wszedł do tego baru? A gdybym nie poszedł na to przyjęcie? A gdybym nie odebrał tego wtorkowego telefonu?» […] Każdy postawiony krok i każde słowo wypowiedziane przez kogokolwiek w jakichkolwiek okolicznościach […] wywołuje niewyobrażalne reperkusje u kogoś, kto nas nie zna i poznać wcale nie ma zamiaru […] życie tak wielu ludzi i tak wiele śmierci ma swój tajemniczy początek w tym, czego nikt nie dostrzega. I nikt nie pamięta”. W gruncie rzeczy mamy tu literacki efekt motyla — drobiazg w jednym miejscu przeobraża się w huragan w innym. Serce tak białe to bowiem również rodzaj literackiego cyklonu, który zmiata powieściowe konwencje. Kto przeżyje, będzie potrafił docenić kunsztowną strukturę tej prozy.

Javier Marias, Serce tak białe, Sonia Draga, 2012.

One comment on “Gabinet luster

  1. wydaje.pl
    17/07/2012

    Mam na półce pierwsze wydanie tej książki. Jest to jedna z moich ulubionych książek – czytana bodajże tylko 2 razy, ale zapamiętana. Wciągająca historia, kunszt słowa autora… Czego chcieć więcej?🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 25/06/2012 by in lektury nadobowiązkowe, powieść and tagged .
%d bloggers like this: