Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Jak ubezwłasnowolniliśmy Boga?

Właściwym tematem Wieczorów petersburskich de Maistre’a jest sens cierpienia, który bezbożnicy i niedowiarkowie podają w wątpliwość. „Człowiek cierpi, ponieważ jest człowiekiem, a ci, którzy domagają się człowieka niepodlegającego cierpieniu, żądają tak naprawdę innego świata”.

maistre

Wieczory petersburskie to – jak wiemy od Isaiaha Berlina, Emila Ciorana lub Jerzego Szackiego – książka dla dziejów europejskiej myśli politycznej bardzo ważna. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że jakkolwiek potężny byłby wpływ de Maistre’a na współczesnych, jego dzieło spoczywa dziś w skarbnicy europejskiej myśli, której wieko zdążyło się już solidnie przykurzyć, nikt bowiem od dawna nie zaglądał do niej inaczej niż przez lupę historyka. Doskonałe tłumaczenie Marty Bucholc sprawia, że książkę możemy dziś czytać choćby jako fascynujące ćwiczenie retoryczne. Czy jednak Wieczory… mogą być w XXI wieku traktowane inaczej niż tylko jako szacowny zabytek, a może nawet tylko curiosum – żarliwy manifest idei, którą wiatr historii spopielił i rozproszył niemal bez śladu?

Co charakterystyczne, idea ta nie ma nawet bezspornej nazwy. Mówi się o de Maistrze jako tradycjonaliście, konserwatyście, reakcjoniście – są to wszystko terminy względne. Właściwie nie sposób określać jakiegoś autora „klasykiem konserwatyzmu” inaczej niż przez uprzejmość, bo konserwatyzm dzisiaj w gruncie rzeczy w niczym nie przypomina tego z początków XIX wieku. Aktualni konserwatyści nie opłakują już Ludwika XVI i Marii Antoniny – robią to za nich postmodernistyczne reżyserki w stylu Sofii Coppoli, a oni co najwyżej oburzają się za niewłaściwie dobrany podkład muzyczny. Wydania de Maistre’a nie sposób porównać do wznowień dzieł Lenina, które bujna wyobraźnia tzw. młodej lewicy – w Polsce i nie tylko – postrzega wciąż jako rewolucyjne paliwo do zapalania dziewiczych umysłów. Na pewno jednak warto czytać de Maistre’a choćby tylko po to, żeby przekonać się o fałszywości dość w sumie rozpowszechnionego poglądu, który Richard Pipes sformułował na marginesie swoich dziejów carskiej Rosji, która dała schronienie i zainspirowała autora Wieczorów…: „tradycyjny ancien régime nie potrzebuje ideologii”. Owszem, w ten właśnie sposób – że ancien régime tłumaczy się bez pomocy intelektualistów  – rozumowali z pewnością Ludwik XVI, Metternich oraz Mikołaj II – i kiepsko na tym wyszli. Wieczory… udowadniają, że ancien régime nie tylko potrzebował ideologii, ale że była to ideologia wysokiej klasy. Tak wysokiej, że dziś zdaje się obłędem.

maistreInna rzecz, że sam de Maistre podpisałby się pod tezą Pipesa obiema rękami. Że ideolodzy, a już zwłaszcza dobrzy pisarze nie wiedzą, czemu piszą to, co piszą, jest jednak sprawą zbyt dobrze znaną, aby się tu nad tym rozwodzić. De Maistre, jak tylu innych intelektualistów przed nim i po nim, choć może bardziej namiętnie niż inni, nienawidził kolegów po piórze. Wbrew pozorom, temu właśnie zawdzięcza, że jest autorem godnym uwagi. De Maistre był autorem straumatyzowanym przez Rewolucję; na jego oczach świat rozpadał się, wyskakiwał z fundamentów i toczył w nieznanym kierunku, miażdżąc wszystko, co było mu drogie. Impulsem do napisania Wieczorów… nie była troska o Francję, o serwisy śniadaniowe z miśnieńskiej porcelany ani o zadeptane przez tłuszczę klomby przed pałacem Fontainbleau, lecz właśnie o świat cały, o rodzaj ludzki, pogrążony w grzechu za sprawą diabelskich podszeptów filozofów. Wściekłości i zgrozy Sabaudczyka nie budziły masy zrewoltowanych biedaków, Robespierre ani nawet Napoleon, lecz Voltaire, Rousseau oraz Locke. „Kierowanie ludźmi w żadnej mierze nie należy do nauki. Nie powierzono jej niczego, co jest konieczne: trzeba stracić ducha, by uwierzyć, że Bóg wybrał akademików, by nas nauczyli, jaki jest i cośmy mu powinni” – pisał i dodawał z rozbrajającą otwartością: „Depozyt prawd zachowawczych i pieczę nad nimi powierzono prałatom, szlachcie, wielkim funkcjonariuszom państwa. To oni mają uczyć narody, co jest dobre, a co złe, co prawdziwe, a co fałszywe w porządku moralnym i duchowym – nikomu innemu nie wolno rezonować na temat spraw tego rodzaju”. Autora takiej deklaracji chciałoby się uznać po prostu za „tępego reakcjonistę”, w istocie był on jednak niezwykle elokwentnym chrześcijaninem, ze swadą broniącym praw swego Boga w świecie doczesnym, który właśnie przestawał je respektować.

Zatrute pisma oskarżał z zajadłością inkwizytora o zbrodnię najwyższą – obrazę Majestatu. Był to, w sensie dosłownym, majestat boski, ale też i majestat władzy doczesnej, który z boskiego się wywodzi, jest jego odbiciem i w pewnym sensie namiastką. Albowiem Bóg jest wedle de Maistre’a suwerenem, władającym światem w sposób analogiczny do tego, w jaki Książę włada swoimi poddanymi. Spośród cnót ludzkich zaś obaj najbardziej upodobali sobie posłuszeństwo. Władcy – wywodzi de Maistre – winniśmy bezgraniczne oddanie. Kary przez niego nałożone należy przyjmować z kornym oddaniem, albowiem „szafot jest ołtarzem”. Bezwzględny radykalizm tej doktryny kazał Isaiahowi Berlinowi dopatrywać się w jej autorze prekursora faszyzmu. Jest to gruba nadinterpretacja. Władza, którą sławi de Maistre, nie pochodzi z nadania narodu, nie zdobywa jej ludzka wola, nie uwodzi mas; jest praprzyczyną i praporządkiem, jest ładem kiełznającym chaos, jej bezwzględność jest surowa, ale nie brutalna, podyktowana miłością: „Jeśli czułość niczego nie wybacza, to po to, aby nie mieć niczego do wybaczenia”. Winie musi odpowiadać kara, a w mocy władzy doczesnej nie leży wybaczanie, jest ona bowiem narzędziem Opatrzności.

Właściwym tematem Wieczorów… jest bowiem sens cierpienia, który bezbożnicy i niedowiarkowie podają w wątpliwość, a de Maistre wpisuje w porządek Opatrzności. „Człowiek cierpi, ponieważ jest człowiekiem, a ci, którzy domagają się człowieka niepodlegającego cierpieniu, żądają tak naprawdę innego świata”. Bunt wobec wyroków Opatrzności zdaje się autorowi książki istotą grzechu pierworodnego, który ludzkość, ku swej zgubie, powtarza od swego zarania, a który wraz z Oświeceniem i Rewolucją przybrał monstrualne rozmiary. „Jesteśmy zaślepieni przez nowoczesną filozofię, która mówi nam, że wszystko jest dobre, podczas gdy zło splamiło wszystko i w pewnym bardzo prawdziwym sensie słowa wszystko jest złe, ponieważ nic nie jest na swoim miejscu […] Stworzenie z upragnieniem, w bólu i trudzie zdąża do innego porządku rzeczy” – pisze de Maistre i w tej jakże dobitnej deklaracji zawarta jest chyba istota jego filozofii, istota tak mroczna, że dzisiejszemu czytelnikowi może się wydać bliska szaleństwu. W gruncie rzeczy jednak jej Autor jest człowiekiem rozumującym nad wyraz chłodno, myślicielem na wskroś racjonalnym, a jednocześnie głęboko chrześcijańskim. Tyle że jego wiara pochodzi z czasów, gdy Bóg był wciąż Wszechmocny.

W moim przekonaniu pożytek z lektury de Maistre’a polega przede wszystkim na tym, że pozwala zrozumieć, dlaczego Zachód musiał ubezwłasnowolnić swojego Boga. Genialnie przenikliwy, lecz notorycznie skłonny do retorycznej przesady Nietzsche w pół wieku po de Maistrze skonstatował, że Bóg umarł. W istocie jednak darowaliśmy mu życie za cenę utraty prerogatyw suwerena, proponując status równie wątpliwy i marginalny jak ten, który zachowali współcześni monarchowie. Zwolennicy jego doczesnej władzy, wciąż przecież bardzo liczni, domagają się jej respektowania w kilku zaledwie skrajnych sytuacjach: przy łóżku nieuleczalnie chorego, w probówce z zarodkami ludzkimi bądź w brzuchu ciężarnej kobiety. Z całej właściwie przestrzeni egzystencji między narodzinami a agonią został bezapelacyjnie wyrugowany. De Maistre, piszący w czasach przełomu, gdy proces wywłaszczania Boga właśnie dojrzewał, ujmował wszystkie jego zwyczajowe prerogatywy i przywileje językiem na wskroś racjonalnym i nowoczesnym, językiem Deklaracji Praw, bez niedopowiedzeń i omówień. Uświadamia nam, jak horrendalną ideą stał się Wszechmocny w wyniku racjonalizacji.

Geniusz i zasadnicza słabość Wieczorów… polegają bowiem na tym, że książka ta przypomina pozew sądowy w procesie o władzę nad światem. Adwokat dowodzi praw swego klienta w sposób elokwentny i bezwzględny, przytaczając niezbite argumenty, precedensy, jednoznaczne opinie dziesiątków autorytetów i niekwestionowane dokumenty, a przy tym nieustannie miesza z błotem adwersarzy. Wniosek nie może jednak zostać rozpatrzony z przyczyn formalnych: adwokat domagający się uznania, że jego klient jest sędzią, budzi co najwyżej zdumienie. Gdy kończy mowę, otrzymuje małe brawa. Potem wszyscy rozchodzą się do swoich zajęć i zostaje sam ze swoim niewidzialnym klientem, do którego modli się, dopóki na salę nie wchodzi publiczność zupełnie innej sprawy: liberałowie, socjaliści, narodowcy, faszyści, komuniści, neokonserwatyści, neoliberałowie, obrońcy praw człowieka, feministki, ekolodzy, członkowie uciskanych mniejszości albo jeszcze ktoś inny.

Joseph de Maistre, Wieczory petersburskie. O doczesnym panowaniu Opatrzności, tłum. i red. Marta Bucholc, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego 2011.

Adam Kożuchowski

5 comments on “Jak ubezwłasnowolniliśmy Boga?

  1. Agnieszka
    10/05/2013

    Blog przechodzi „la conversion”? Tekst jest bardzo ciekawy. Bravo!

    • krzymianowski
      10/05/2013

      Obawiam się, Agnieszko, że obaj pozostajemy zatwardziałymi ateuszami – po prostu jesteśmy podatni na urok reakcji i ładnego stylu.

      • Agnieszka
        12/05/2013

        To właśnie obecność Boga sprawia, że możecie nazywać się ateuszami, w przeciwieństwie pozostałby Wam tylko przymiotnik „zatwardziali”. „Podatność na urok ładnego stylu”- jest tylko drogą okrężną. „Uroku reakcji”, niestety nie rozumiem. Pozdrawiam serdecznie.

      • krzymianowski
        16/05/2013

        Agnieszko, nie chcę wchodzić w pseudodysputy, bo to nie miejsce na to, ale nie obecność, a najwyżej pojęcie Boga (a to nie to samo, choć to już wyższy problem ontologiczny) sprawia, że można określić się mianem ateusza.
        Co do ładnego stylu, Eustachy Rylski do refleksji: „przyszło mi do głowy, że w pięknie, którym się tak cieszę, jest coś diabelskiego, że istnieje ono po to, by znieczulić nasz ból związany z okrucieństwem egzystencji, i że służy złej sprawie”.
        Również pozdrawiam cię serdecznie
        Grzegorz

      • Agnieszka
        17/05/2013

        E. Rylski miał chyba problem z rozeznaniem prawdziwego piękna, jeśli się go tak diabelnie bał. Także do refleksji:”Przed tobą postawiono ogień i wodę, ty zaś wyciągniesz rękę po to, czego sam zapragniesz” (Syr.15,16).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 06/05/2013 by in lektury nadobowiązkowe and tagged .
%d bloggers like this: