Doczytania – Krzymianowski / Kożuchowski

CYNIZM, PESYMIZM, LITERATURA

Po co nam Rymkiewicz?

Rymkiewicz to pisarz dla nas, Polaków, bardzo ważny; ważny, bo – jak to ważni pisarze mają w zwyczaju – zmusza, by się do niego jakoś ustosunkować, by się wobec niego ustawić albo chociaż stanąć okoniem.

rymkiewicz

Jarosław Marek Rymkiewicz nie jest pisarzem, z którym łatwo się ułożyć. To twórca wybitnie niewygodny, przekorny, ostentacyjny, który dokłada starań, by irytować, drażnić, jątrzyć i wbijać szpile tam, gdzie to najbardziej nieprzyjemne. Autor Wieszania nie tylko nie pasuje do współczesności, ale wręcz dokłada starań, by pasować do niej jak najmniej. Widoczną radość sprawia mu granie na nosie oponentom, niezależnie od tego, czy wadzi się z nimi na gruncie literaturoznawczym, czy wyzywa ich na ubitą ziemię, by pojedynkować się do krwi z powodów, nazwijmy to, polityczno-metafizycznych.

Jego równie wielka, co kontrowersyjna trylogia (już zresztą poszerzona przez Reytana, o którym też będę zapewne w niedalekiej przyszłości pisał), w skład której wchodzą Wieszanie, Kinderszenen i Samuel Zborowski, to wszak nie tyle (nie tylko) rozprawa z polskością — głównie polskością współczesną, bardzo nie w guście poety z Milanówka — co właśnie projekt polityczno-metafizyczny. Bo Rymkiewicz liczy się w tych dziełach nie tylko ze zbyt ustępliwymi wobec rzeczywistości rodakami, ale nade wszystko z ludzkim życiem i światem.

Jest oczywiście kilka doskonałych powodów, by traktować Rymkiewicza podejrzliwie; jego pojmowanie narodu jako metafizycznej jedni, jako wspólnoty jednostek, której losy pisze Opatrzność, a nade wszystko mistyczne rozumienie polskości, której fundamentem jest krew, zarówno ta płynąca w naszych żyłach, jak i przelana przez naszych przodków, może przyprawiać o dreszcze, a nawet nasuwać jednoznaczne skojarzenia – z jakąś etniczną ekumeną krwi (a nie trzeba przecież wyjątkowej pamięci, by przypomnieć sobie, jaką hekatombę kosztowała Europę ta idea). Nie mniej istotną przyczyną kontrowersji, które Rymkiewicz wywołuje – zwłaszcza w kontekście współczesnej skłonności do zatracania się w zabawie – wydaje się jednak kreślona przez niego wizja egzystencjalna. W Kinderszenen zrównał nasze życia z losem zajęcy próbujących wymknąć się watahom wilków, w Samuelu Zborowskim dosadnie oceniał nasze szanse po śmierci: „wieczność nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek istnieniem, wieczność to jest czyste nieistnienie. Nawet mniej niż nieistnienie […] Wieczność to jest momentalne widowisko, które dodajemy (domyślamy) do naszego tutejszego istnienia; chcąc zaczarować jego okropności; jego potworność; jego nieprzeniknioną ciemność; jego śmiercionośną głębię”.

samuelAle to nie śmierć i niebyt, lecz pogranicze między istnieniem a nieistnieniem najbardziej Rymkiewicza uwodzi i pociąga. Ten klasycyzujący poeta jest bowiem z ducha romantyczny. Świat rzeczy widzialnych i dotykalnych jest dlań tylko jedną z warstw rzeczywistości, a istnienie pulsuje czymś poza nie wykraczającym, jakąś tajemnicą prześwitującą, a niekiedy wybijającą spod powierzchni realnego życia. Rymkiewicz to wprawdzie ateusz („Kto umiera, ten umiera, a cała reszta to są czary”), ale ateusz paradoksalny; ze swej niewiary w pośmiertny byt indywidualny wywodzi przecież jakieś bycie. Choć zatem nie pokłada wielkich nadziei w jakichś dantejskich zaświatach, a w kwestii naszych perspektyw na żywot wieczny pozostaje, delikatnie rzecz ujmując, wstrzemięźliwy, to przecież w jakąś tam trwałość wierzy, jakiś rodzaj wieczności wydaje mu się całkiem możliwy.

Jaki rodzaj? – na to pytanie nie udziela klarownej odpowiedzi. Rymkiewicz bowiem to nie pisarz odpowiedzi, lecz właśnie – pisarz wątpliwości. Roi się w jego książkach od tych wszystkich „nie wiem”, „tego się już dowiedzieć nie sposób” albo: „na to pytanie nie da się udzielić żadnej sensownej odpowiedzi”. Dzieje się tak, kiedy snuje swoje rozważania na temat lwowskich kwaterunków Mickiewicza, i wtedy, gdy zagląda w szeroko rozwartą paszczę śmierci, gdzie próbuje dojrzeć jakieś zarysy tego, co nas, ludzi – i jego osobiście – tam czeka.

Jak się wydaje, właśnie z tej egzystencjalnej niepewności wywodzi się u Rymkiewicza nie tylko owa gloryfikacja polskości jako bytu ponadindywidualnego, ale nade wszystko jego ufność w literaturę traktowaną jako wehikuł pamięci. A nawet więcej – jako wehikuł czasu. Autor Żmutu z tymi, o których pisze, nie żyje przecież w stosunkach właściwych dla relacji badacz — przedmiot badań. Pozostaje ze swoimi bohaterami, czy pisze o Mickiewiczu i Słowackim, czy o bytach, które ci przywiedli do istnienia na kartach swoich dzieł, w stosunkach zdecydowanie bardziej żywotnych i intymnych — zagląda im w okna, do szuflad i łóżek, przegląda korespondencję i mało brakuje, by przyjrzał się i temu, w jakim stanie znajduje się ich bielizna. Pożycie Rymkiewicza z postaciami, które go zajmują, ma charakter uczuciowy: on ich strofuje, wykłóca się z nimi, podziwia, innymi słowy, przydaje im istnienia, z którego odziera ich czas i zapomnienie.

Literatura ocala, twierdzi Rymkiewicz. Ocala, rzecz jasna, nie wszystkich, a nawet nie większość z tych, którzy jej zawierzyli. Nie wystarczy sumiennie zaczerniać kolejne strony, trzeba mieć też trochę szczęścia. A mówiąc precyzyjniej — należy być bożym pomazańcem, jak choćby Mickiewicz (któremu autor Kinderszenen poświęcił już pięcioksiąg, a mimo to, jak zapowiada, cykl zostanie jeszcze dopełniony szóstym tytułem). Albo chociaż — mimo że sposób to mniej pewny — jakoś zainstalować się w pobliżu geniusza na podobieństwo Zana czy Odyńca, przyjaciół wieszcza. Zainstalować możliwie blisko, bo i to trzeba za Rymkiewiczem zaraz dodać, że odległość ma tutaj spore znaczenie — im dalej bowiem od geniusza, tym słabsze, mniej krwiste i konkretne, istnienia towarzyszących mu cieni.

Jasne, że to jest szaleństwo, ale akurat szaleństwo tego sortu, które warte jest zazdrości i które może literaturę podtrzymać. Stwierdzić bowiem, że nie przeżywa ona w tej chwili apogeum popularności, to szacować jej położenie ostrożnie, żeby nie powiedzieć – optymistycznie. Być może bowiem zbliżylibyśmy się do prawdy bardziej, gdybyśmy zupełnie serio potraktowali apokaliptyczną wizję Philipa Rotha z jednej z jego ostatnich powieści: „My, ludzie czytający/piszący, jesteśmy skończeni, jesteśmy duchami oglądającymi koniec epoki literackiej” (Duch wychodzi). Literatura potrzebuje do życia wiary, potrzebuje jej zwłaszcza obecnie – a czy ktoś nie wierzący w nią ślepo byłby w stanie rozważać różnice między czamarą, taratatką i sukmaną, jak to robi Rymkiewicz w ostatnio wydanej Głowie owiniętej koszulą, gdy rozważa przebieg pewnej dyskusji rozgrywającej się na przestrzeni sześciu wersów Pana Tadeusza?

głowaLiteratura przynajmniej pod jednym względem przypomina religię – jest żywa o tyle, o ile posiada zdolność przyciągania nowych wyznawców i  dopóki wzbudza żywe oraz gwałtowne uczucia.  Spór jest jej zatem po prostu niezbędny do życia. Nie tylko przydaje jej rumieńców – budzone przez literaturę kontrowersje i kłótnie są wręcz miarą jej żywotności. Rymkiewiczowi zaś trudno odmówić zarówno talentu do siania wiatru, jak i szczególnego upodobania do zbierania burzy. Ze swoją łobuzerską manierą, by tu podszczypnąć, tam podstawić nogę, a czasem po prostu walnąć na odlew, doskonale nadaje się do roli polskiego Houellebecqa (choć zapewne samemu Rymkiewiczowi to porównanie nie przypadłoby do gustu) – pisarza, którego otacza aura intelektualnego skandalu. Jego książki bowiem naprawdę wywołują emocje, rzeczywiście polaryzują opinie, faktycznie elektryzują odbiorców, niezależnie od stosunku tych ostatnich do mocno dyskusyjnych poglądów autora Wieszania. Rymkiewicza autentycznie się kocha i równie prawdziwie nie znosi. Spory, które katalizuje, nie mają nic wspólnego z zaaranżowanymi odgórnie pseudodysputami, wedle dzisiejszej mody szumnie zwanymi debatami, w których adwersarze, ledwie kryjąc się przy tym z ziewaniem, obstrzeliwują się bez przekonania świetnie wyszlifowanymi kulami. Dlatego to pisarz dla nas, Polaków, bardzo ważny; ważny, bo – jak to ważni pisarze mają w zwyczaju – zmusza, by się do niego jakoś ustosunkować, by się wobec niego ustawić albo chociaż stanąć okoniem. Być może to jedna z ważniejszych zasług pisarza – dzięki niemu zdarza się jeszcze, że literaturę traktuje się poważnie, a więc nie jako jedną z alternatyw spędzania wolnego czasu, obok, powiedzmy, joggingu czy gotowania, lecz jako instrument badawczy, najczulszy ze znanych nam sejsmografów stanów ludzkiego ducha.

Prawdopodobnie w tej chwili Rymkiewicz jest nam, ludziom na ten czy inny sposób z literaturą związanym, potrzebny bardziej niż my jemu. Nie tylko z tego względu, że ten znakomity stylista przypomina o tym, jak może brzmieć polszczyzna wolna od infekcji anglicyzmów. Przede wszystkim jest nam potrzebny, byśmy od czasu do czasu przypomnieli sobie, że można traktować literaturę tak jak autor Zachodu słońca w Milanówku — jako przestrzeń, w której czas traci swój linearny charakter, staje się wielkim continuum, miejscem spotkania z tymi, których istnienie zależy nade wszystko od naszej pamięci.

Grzegorz Krzymianowski

Tekst pierwotnie ukazał się w „Twórczości” (nr 4/2013)

O Rymkiewiczu na Doczytaniach:

Żmut

Samuel Zborowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 21/05/2013 by in esej, lektury obowiązkowe and tagged .
%d bloggers like this: